Gdy myślę o farmie, widzę błoto. Żałoba za paznokciami męża, strupy zaschniętej ziemi oblepiające kolana i włosy dzieci. Błoto pochłaniające moje stopy niczym niemowlę łapczywie ssące pierś matki, znaczące śladami butów drewnianą podłogę domu. Było nie do pokonania. Pokrywało wszystko. Moje sny miały brązowy kolor.

Na początku muszę przyznać, że zgrzeszyłam przeciw książce. „Błoto” przyszło do mnie najpierw w postaci jej ekranizacji. „Mudbound” nakręcone przez czułe, szczegółowe oko Dee Rees uderzyło wszystkie struny mojej empatii i niezgody na nierówność na tym świecie. Słuchając przeplatającej się narracji głównych bohaterów i przyglądając się świetnej grze aktorskiej, nie byłam do końca pewna czy scenariusz jest oryginalny czy też adaptowany. Jednak, gdy usłyszałam w filmie powyższy cytat byłam już pewna, że ten film musiał powstać na bazie książki, bo przeszyła mnie narracyjna wrażliwość, która bardziej odpowiada medium książkowemu niż filmowemu. W ten sposób po seansie natrafiłam na Hillary Jordan, rozpaczając, że jej książka nie została jeszcze przetłumaczona na język polski. Nie minęło parę tygodni, gdy Wydawnictwo Otwarte spełniło nieświadomie moją prośbę i zapowiedziało wydanie książki w Polsce. Po seansie filmowym, wiedząc jak ważny wciąż jest ten temat, a sposób jego podjęcia oryginalny, chęć patronowania tej książce stała się jasna.

Jaki zatem ważny temat podejmuje „Błoto”? Gdzie zaczyna się ta historia i do jakiego końca nas zaprowadzi? W tym przypadku istotniejszym pytaniem jest jednak: kto zaczyna tę historię? Pierwszy przemawia do nas Jamie McAllan z niemal przeklętej farmy w delcie Missisipi. Książkę otwiera scena wykopywania grobu i złowieszczej burzy, która z łatwością może złapać człowieka w swoje sidła i niepostrzeżenie go zatopić. Jednym z najciekawszym zabiegów użytych w tej książce będzie właśnie przeplatana narracja różnych bohaterów. Sama autorka przyznaje, że podczas tworzenia tej książki, co trwało siedem lat, najtrudniejszym wyzwaniem było właśnie stworzenie osobnych głosów dla każdego z bohaterów, zwłaszcza próby odtworzenia języka Afroamerykanów tuż po II wojnie światowej, kiedy to właśnie rozgrywa się akcja książki.

Akcja ta prowadzi nas przez, ogólnie rzecz ujmując, kolejny w literaturze smętny i duszący obraz rasizmu. Co odróżnia tę powieść od innych o podobnej tematyce jest fakt, że wokół pozornie drobnego szczegółu, powstała bogata fabuła obrazująca wielowarstwowe uprzedzenia, tłamszące konwenanse i niespełnione marzenia. Tym drobnym szczegółem, zapalnikiem do powstania „Błota” stała się farma, na której dziadkowie autorki zamieszkiwali przez rok bez dostępu do bieżącej wody, prądu i telefonu. Było to prymitywne miejsce wraz z niepomalowaną chatą, które w opowieściach małej Hillary Jordan urosło do rangi legendy. Z wywiadu udzielonego przez autorkę zamieszczonego na końcu książki dowiadujemy się, że ta historia zaczęła się właściwie już w szkole podstawowej, kiedy to pilna uczennica otrzymała zadanie domowe, w którym miała napisać opowieść głosem jednego ze swoich członków rodziny. Wybrała babcię i to jej głos pobrzmiewa w silnej narracji Laury McAllan.

To właśnie postać Laury osadza narrację w błocie. Kreśli pierwsze oznaki uprzedzeń, sztywnych konwenansów i obezwładniającej siły przywiązania. Laura to przyszła bratowa Jamiego, która długo pozostawała starą panną z wykształceniem. Laura przenosi się wraz z dwiema córkami z dostatniej, miejskiej scenerii na wiejskie Południe, licząc na powodzenie rolniczego przedsięwzięcia swojego męża, Henry’ego. To rozwój Laury jako postaci, budzącej się do wyrażania własnego zdania jest jedną z najciekawszych bohaterek tej powieści. Wraz z biegiem lat dochodzi do niej, że słowo „wytrwać” przy mężu, może się łatwo przeistoczyć się w „wyrwać”. Jedna literka w skomplikowanym splocie swojego losu może zmienić całe życie nie jednej rodziny:

Tak zaczęło się moje wierne trwanie. Pokochałam przyziemność domowego życia, poczucie przynależności, które dzięki niemu zyskałam. Należałam teraz do Henry’ego. Posłuszeństwo wobec niego – gotowanie potraw, które mu smakowały, pranie i prasowanie koszul, codzienne oczekiwanie na jego powrót z pracy. (…) Dopiero w szóstym roku małżeństwa przyszło mi do głowy, że jeśli usunąć ze słowa „wytrwać” jedną literę, powstanie wyraz o innym znaczeniu: „wyrwać”, czyli „wydobyć siłą, odebrać przemocą, wydrzeć”. 

Z przeszłości zieje również widmo II wojny światowej i jej wyniszczające skutki odciśnięte na dwóch bohaterach – Jamie i Ronsel. Rodzice Ronsela, Hap i Florence Jacksonowie, są czarnoskórymi dzierżawcami ziemi McAllenów. Dość sporo miejsca poświęcam tutaj fabule, ale to ona właśnie jest tutaj główną bohaterką, siła jej przekazu rezonuje w czytelniku długo po lekturze. Te dwie rodziny połączone ze sobą przez zaskakujący los będą musiały zmierzyć się na swój własny sposób z bezlitosną hierarchią społeczną i wrogim krajobrazem, ustawicznie tocząc swoje prywatne wojny, w których nigdy nikt nie wygrywa. Hillary Jordan trzyma czytelnika w ryzach oddając głos różnym bohaterom, co jest najsilniejszą stroną tej książki. Płynna narracja kończąca każdy rozdział dosadną puentą bądź zatrzymanym w napięciu punktem, czekającym na swoje rozstrzygnięcie w dalszych rozdziałach, co czyni tę książkę nieodkładalną. Język opowieści nie przysłania jej przekazu i nie umniejsza wartości poruszanych kwestii. Każdy z indywidualnych głosów opowiada swoją ważną dla fabuły historię, układając całość w poruszający portret ludzi przywiązaniach do swoich niekoniecznie słusznych przekonań.

Nie ma to jak w domu. Czarnuch. smoluch, murzaj, bambus. Pojechałem walczyć za swój kraj wróciłem, żeby się dowiedzieć, że nic się nie zmieniło. Czarni ludzie dalej jeżdżą na końcu autobusu, wchodzą tylnymi drzwiami, zbierają bawełnę białych i proszą ich o wybaczenie. Nieważne, że odpowiedzieliśmy na ich wezwanie i walczyliśmy na wojnie, dla nich zawsze będziemy czarnuchami. A czarni żołnierze, którzy polegli, będą po prostu martwymi czarnuchami. 

„Kolor purpury”, „Korzenie” czy niedawna „Kolej podziemna”, wszystkie oddające głos afroamerykańskim narratorom. Każda ze swoją unikatową wizją i wyróżniającymi cechami. Jednak „Błoto” to coś więcej niż zwyczajowa powieść o segregacji rasowej, z którymi mieliśmy już wiele razy do czynienia. Stykamy się tutaj z wielowarstwowym dziełem, które więzi swoich bohaterów w emocjonalnie wyżymających relacjach, od których nie ma ucieczki. Niespełnione ambicje młodej żony, rasistowski teść, niezdarny mąż, do tego sąsiedzi o odmiennym kolorze skóry. Wszyscy przywiązani do tej samej ziemi, na której łono dodatkowo wracają poobijani wojennymi doświadczeniami synowie. Wszyscy zatopieni w błocie własnych lęków, uprzedzeń i dyskryminacji, które czynią z tytuły powieści mocną metaforę nieuchronności własnego losu, którą każdy czytelnik zapragnie rozszyfrować samodzielnie.

 

Błoto, Hillary Jordan, tłumaczenie Adriana Sokołowska-Ostapko, kwiecień 2018, Wydawnictwo Otwarte

Wypatrujcie też pytania konkursowego na Facebooku i Instagramie, gdzie będziecie mogli wygrać jeden z trzech egzemplarzy książki! 🙂