Oto mała wielka powieść, która zaczyna się od strzału. Nie w plecy, z tchórzostwa, nie w biegu, nie przypadkiem. Precyzyjny, zimny, strzał między oczy. A potem pustka.
„Tak wyszło” Natalii Ginzburg to jedna z tych niewielkich książek, które swoją objętością zupełnie nie zdradzają ciężaru, jaki będą miały po odłożeniu ich na półkę. To zaledwie krótka powieść, a jednak podczas lektury miałam poczucie, że Ginzburg prowadzi mnie przez całe życie swojej bohaterki, próbując wraz z nią zrozumieć coś, czego być może nigdy nie da się do końca zrozumieć. Czym właściwie jest miłość i po czym rozpoznać, że to, co czujemy do drugiego człowieka, rzeczywiście nią jest? Co ciekawe, powieść zaczyna się od końca, od precyzyjnego strzału między oczy, którym młoda narratorka zabija Alberta, a potem zamiast prowadzić nas przez historię w zwyczajnym porządku, Ginzburg cofa się razem z nami i pozwala obserwować kolejne etapy życia kobiety, która długo nie potrafi nazwać własnych uczuć, a jeszcze dłużej nie potrafi zrozumieć, dlaczego tak bardzo potrzebuje człowieka, którego właściwie nigdy nie będzie mogła mieć naprawdę…
Ten początek przez swą oszczędność w opisie uderza jeszcze mocniej. Nie ma w nim sensacji ani dramatycznego napięcia, które podpowiadałoby nam, że za chwilę wydarzy się coś wielkiego. Jest raczej chłód i pustka, a sam fakt zabójstwa szybko przestaje być najważniejszym pytaniem tej książki. Zaczynamy bowiem zastanawiać się nie nad tym, dlaczego narratorka zabiła, ale nad tym, co musiało wydarzyć się w jej wnętrzu, aby pewnego dnia ten jeden gest stał się możliwy. „Tak wyszło” przestaje być opowieścią o zbrodni, a staje się przejmującym studium samotności, emocjonalnego zagubienia i potrzeby miłości, która zamiast przynieść ukojenie, coraz bardziej pogłębia wewnętrzną pustkę.
Czy jeśli przez kogoś płaczemy, to znaczy, że go kochamy? Czy jeśli na niego czekamy, myślimy o nim i cieszymy się z jego wizyty, to już jest miłość? A jeśli ten człowiek podaruje nam rękawiczki, czy taki drobny gest może być dowodem uczucia? Co właściwie oznacza fakt, że na myśl o fizycznej bliskości z nim odczuwamy wstręt? To są pytania niezwykle proste, ale w ustach narratorki stają się przejmujące, ponieważ pokazują kobietę, która nie potrafi zaufać własnym emocjom i zamiast je przeżywać, bezustannie poddaje je analizie.
Albert, znacznie starszy od niej, pojawia się w jej życiu w momencie, kiedy jest szczególnie podatna na tę relację. Nie jest jednak żadnym wielkim uwodzicielem ani romantycznym bohaterem, który zjawia się po to, by wyrwać ją z monotonii codzienności. Jest człowiekiem chłodnym, nieobecnym i uwikłanym we własne życie, a przede wszystkim od początku wiadomo, że kocha inną kobietę. Narratorka ma więc świadomość, w co wchodzi, a mimo to decyduje się pozostać przy nim, jakby sama możliwość posiadania kogoś obok siebie była ważniejsza niż prawda o tej relacji. Ginzburg jest tutaj niezwykle przenikliwa, bo sugeruje, że czasami człowiek nie zakochuje się nawet tyle w drugim człowieku, ile w nadziei, że jego obecność pozwoli mu uciec od własnej samotności.
Relacja narratorki z Albertem jest przez to niemal bolesna w swojej zwyczajności. Nie ma w niej wielkiego romansu, który mógłby usprawiedliwić jej obsesję. Przemierzamy raczej drobne gesty, oczekiwanie, nieobecność, powroty i przede wszystkim nieustanna praca wyobraźni. Kiedy Albert wyjeżdża, narratorka zaczyna tworzyć w głowie obrazy jego życia z Giovanną, wyobraża sobie ich spotkania, rozmowy, przestrzenie, do których nie ma dostępu, a jej własna wyobraźnia staje się stopniowo czymś w rodzaju więzienia. Ginzburg w mistrzowski sposób pokazuje, że samotność nie musi przecież oznaczać braku ludzi wokół nas, ponieważ czasem polega przede wszystkim na tym, że nie jesteśmy w stanie uciszyć własnych myśli. Możemy mieć obok siebie drugiego człowieka, a jednocześnie całymi dniami przebywać w świecie własnych domysłów, lęków i wyobrażeń, które stają się bardziej rzeczywiste niż to, co faktycznie dzieje się wokół nas.
Albert zauważa zresztą tę skłonność narratorki i mówi jej, że powinna „wyleczyć się z tej przypadłości”, ponieważ bezustannie „wgapia się w swoje wnętrze”. To zdanie bardzo mocno we mnie zostało, bo można je potraktować niemal jak klucz do całej powieści. Narratorka jest kimś, kto nie potrafi po prostu żyć własnym życiem, musi je nieustannie obserwować, analizować i interpretować, jakby sama dla siebie była zagadką wymagającą rozwiązania. Tyle że im głębiej zagląda w siebie, tym bardziej się gubi, a próba zrozumienia własnych uczuć nie prowadzi jej do wolności, tylko jeszcze mocniej zamyka ją w świecie własnych myśli.
Finał, choć znamy go od pierwszych stron, wcale nie wydaje się prosty. Kiedy narratorka strzela do Alberta, nie ma w tym triumfu ani poczucia zwycięstwa nad człowiekiem, który przez tak długi czas był źródłem jej cierpienia. Nie ma też melodramatycznej furii. Jest raczej ogromne zmęczenie i wrażenie, że ten gest jest końcem długiego procesu, który rozpoczął się znacznie wcześniej. Strzał nie rozwiązuje jednak żadnego z problemów bohaterki, nie przywraca jej dziecka, nie odpowiada na pytanie, czym była jej relacja z Albertem, nie usuwa samotności ani nie daje jej nagle pewności co do własnych uczuć. Pozostaje po nim jedynie pustka, a może właśnie dlatego początkowy strzał wydaje się tak mocny, bo wiemy, że do niego dojdzie, ale dopiero podczas lektury zaczynamy rozumieć, jak wiele musiało wydarzyć się wcześniej, żeby jedna chwila mogła zakończyć całe życie emocjonalne człowieka.
Język Ginzburg pozostaje oszczędny i pozornie prosty, a jednak pod tą prostotą kryje się niezwykła precyzja psychologiczna. Autorka nie musi nazywać rozpaczy rozpaczą ani informować czytelnika, że dana scena jest dramatyczna. Urzekło mnie to, że emocje przedostają się między zdaniami i osiadają gdzieś pod skórą. Ginzburg świadomie odmawia czytelnikowi wygody i zamiast wielkich deklaracji daje mu codzienność, w której cierpienie narasta niemal niezauważalnie.
Wielu czytelników mocno przeżywa tę książkę i ja im się nie dziwię. Nie dlatego, że opowiada o wyjątkowej kobiecie, której los różni się od losu wszystkich innych ludzi, ale dlatego, że pokazuje coś bardzo zwyczajnego i przez to przerażającego. To, jak łatwo można pomylić miłość z potrzebą bycia kochaną, bliskość z przywiązaniem, tęsknotę z uczuciem, a cierpienie z dowodem na to, że relacja musi być ważna. Narratorka próbuje zrozumieć siebie przez Alberta, ale im bardziej się w niego angażuje, tym mniej rozumie samą siebie.
Po lekturze zostałam przede wszystkim z pytaniem, które Ginzburg właściwie stawia bez udzielania na nie odpowiedzi. Czy można kochać kogoś, nie wiedząc, czym jest miłość? Ile cierpienia jesteśmy w stanie przypisać miłości tylko dlatego, że bardzo chcemy wierzyć, że nasze cierpienie ma sens?
„Tak wyszło” to dla mnie kolejna niezwykle mocna książka z kobiecą narracją od Wydawnictwa Filtry, ale jej siła leży w czymś innym niż w samej historii. To przede wszystkim niezwykle przenikliwe wejście do wnętrza kobiety, która próbuje zrozumieć własne życie, a jednocześnie coraz bardziej się w nim gubi. Ginzburg pokazuje, że człowiek może całymi latami żyć obok własnych emocji, przyglądać im się, analizować je i próbować nadać im właściwe nazwy, a mimo to pozostać wobec nich bezradny. Okazuje się, że „Tak wyszło” nie jest opowieścią o jednym strzale, lecz o wszystkich chwilach, które musiały wydarzyć się wcześniej, żeby ten strzał w ogóle stał się możliwy.
„Tak wyszło”, Natalia Ginzburg, tłumaczenie Weronika Korzeniecka, Wydawnictwo Filtry, wydanie maj 2026
Książkę dostałam jako prezent od wydawnictwa.
Jakiż tu jest język! To była moja pierwsza myśl po lekturze „Kapelusza w lamparcie cętki” Anne Serre. Język niezwykle uważny, czuły, a jednocześnie ciężki od tego, czego nie da się powiedzieć wprost. Serre patrzy na Fanny z taką koncentracją, jakby próbowała za pomocą słów zatrzymać kogoś, kto od dawna wymyka się życiu.Ta zaledwie 112-stronicowa książka zostawiła we mnie tak dużo, że musiałam przybiec i Wam o tym opowiedzieć.
Fanny nie jest bohaterką, którą łatwo opisać. Nie poznajemy jej poprzez wielkie wydarzenia, wyraziste decyzje czy spektakularne zwroty akcji. Poznajemy ją przez spojrzenie Narratora, przyjaciela z dzieciństwa, który próbuje po latach zrozumieć kobietę, której nigdy chyba nie był w stanie do końca zrozumieć. Im więcej Narrator o niej mówi, tym mocniej czujemy, że Fanny pozostaje tajemnicą. To dla mnie jeden z najpiękniejszych aspektów tej powieści, kiedy Narrator mówi o Fanny, ale jednocześnie próbuje ją niejako ożywić. Słowa mają sprawić, żeby znów zaczęło w niej krążyć to „nieustraszone, kipiące życie”, które gdzieś się schowało.
Mam wrażenie, że sama proza jest zbudowana podobnie jak Fanny. Jest zaciśnięta, gęsta, ciężka, nie płynie też swobodnie. Spoczywa na czytelniku swoim ciężarem. Czytając ją, nie miałam poczucia, że zmierzam szybko od jednego wydarzenia do następnego. Raczej zatrzymywałam się przy Fanny, przy jej gestach, spojrzeniach, nieobecnościach. Przy tym wszystkim, czego nie można do końca nazwać…
Fanny właściwie nie żyje w pełni, a raczej trwa. Przeżywa kolejne dni, ale jakby pozostawała odgrodzona od świata, który dla innych ludzi wydaje się czymś naturalnym. Ależ mocno zadziałała na mnie scena z kapeluszem w lamparcie cętki, kiedy Fanny kradnie go nie po to, żeby po prostu go nosić. Kapelusz staje się czymś więcej, a mianowicie możliwością wyobrażenia sobie innej siebie. Innej Fanny. Takiej, która mogłaby przekroczyć granicę własnego zamknięcia.
A przecież Fanny nie składa się wyłącznie z tego, czego nie potrafi zrobić. „Fanny nie składała się bowiem wyłącznie z niespełnionych możliwości. Miała w sobie istotę, która się wyłaniała od czasu do czasu.” To zdanie jest dla mnie kluczowe, bo pokazuje, że Fanny nie jest jedynie kobietą złamaną, chorą, zamkniętą w sobie. Od czasu do czasu pojawia się w niej coś zupełnie innego, jakaś intensywność, iskra, prawdziwa obecność. Dlatego tak trudno było mi ją zostawić.
Narrator mówi: „Zapewne każdy z nas ma w sobie jakąś postać, chociaż muszę przyznać, że nie zdarzyło mi się wyczuć jej w nikim oprócz Fanny”. Uwielbiam to zdanie, ponieważ pokazuje, że Fanny jest dla niego kimś więcej niż wspominaną po latach przyjaciółką. Jest kimś, w kim dostrzegł drugą osobę ukrytą pod osobą, jakby gdzieś głębiej istniała jeszcze jedna Fanny, której prawdziwej postaci nie można było zobaczyć na co dzień.
Mam słabość do takich postaci. Do upadłych aniołów. Do ludzi wewnętrznie rozbitych, których nie potrafimy naprawić, a mimo to chcemy patrzeć na nich jeszcze chwilę dłużej. Fanny przypomina mi porcelanę rozbitą na chodnik, bo nie wiemy, z jakiej wysokości spadła ani co dokładnie doprowadziło do upadku, ale widzimy pęknięcia i czujemy, że nie da się już po prostu złożyć jej z powrotem.
Serre bardzo świadomie nie daje nam odpowiedzi na pytanie, co właściwie dzieje się z Fanny. Nie otrzymujemy wygodnej diagnozy, która zamknęłaby jej historię w jednym słowie. „Nie znała swego świata i na tym polegała jej udręka” mówi Narrator i to nam jakoś wystarcza, a może nawet znaczy więcej niż konkretna nazwa choroby.
Bo Fanny nie pasuje do świata, a może to świat nie potrafi pomieścić Fanny?
Bardzo podoba mi się również to, że Narrator nie jest neutralnym obserwatorem. On sam jest częścią tej opowieści. Jest jej przyjacielem z dzieciństwa, kimś, kto przez lata nosi Fanny w pamięci i próbuje ją odzyskać za pomocą słów. Staje się naszym przewodnikiem po jej psychice, ale jego przewodnictwo nie jest pewne. On również nie ma pełnego dostępu do Fanny. Może mieć tylko wspomnienia, obrazy, własne interpretacje.
„Była ona żywym przykładem tego, z czym każdy Narrator mierzy się jak dzień długi. Była książką przed książką”. Kocham to zdanie! Fanny staje się tutaj nie tylko bohaterką, ale właściwie samą materią opowiadania. Jest kimś, kogo trzeba dopiero napisać, choć jednocześnie żadna opowieść nie będzie w stanie uchwycić jej w całości…
„Życie z Fanny to nieustanne przechodzenie od samotności do towarzystwa i nigdy nie wiadomo, kiedy się będzie samemu, a kiedy we dwójkę.”
To zdanie doskonale oddaje charakter tej relacji. Można być obok drugiego człowieka i jednocześnie pozostawać niewyobrażalnie daleko. Można go kochać, znać od dzieciństwa, spędzać z nim czas, a mimo to nie mieć dostępu do miejsca, w którym naprawdę przebywa.
„Kapelusz w lamparcie cętki” jest więc dla mnie powieścią o niemożności pełnego poznania drugiego człowieka. Ale nie jest to książka chłodna czy filozoficzna. Przeciwnie, bo jej siła bierze się z ogromnej czułości Narratora wobec Fanny. Z tego, że mimo świadomości własnej bezradności wciąż próbuje ją przywoływać.Nie przeszkadzało mi, że ta powieść nie oferuje klasycznej fabuły. Tutaj fabułą jest Fanny. Jej obecność. Jej nieobecność. Jej możliwości, które czasem się pojawiają, a potem znowu znikają. Jej zamknięcie i te krótkie chwile, kiedy coś w niej nagle zaczyna żyć. To mała wielka książka. Niewielka objętościowo, ale ogromna w tym, co pozostawia po sobie.
Nie chciałam opuszczać Fanny. Chciałam zostać przy Fanny trochę dłużej, choć przecież wiedziałam, że nie mogę jej naprawdę poznać. Przyciąga mnie taki paradoks, że im bardziej próbujemy zbliżyć się do drugiego człowieka, tym wyraźniej dostrzegamy granicę, której nie jesteśmy w stanie przekroczyć.
Może właśnie dlatego „Kapelusz w lamparcie cętki” jest dla mnie książką tak przejmującą, bo Anne Serre przypomina, że człowiek nigdy nie jest wyłącznie tym, co widzimy. Pod zamkniętym ciałem, pod milczeniem, pod wycofaniem może istnieć „jakaś postać”, która tylko czasami wychodzi na powierzchnię.
„Kapelusz w lamparcie cętki”, Anne Serre, tłumaczenie Katarzyna Marczewska, Wydawnictwo Filtry, wydanie czerwiec 2026
Książkę dostałam jako prezent od wydawnictwa.
„Co to jest, cyrk? Tutaj? Kiedy nie wiadomo, czy do jutra nie zawali się cały świat. Wpuścić taki upiorny pojazd ze śmierdzącą bestią?”
„Melancholia sprzeciwu” zostawiła we mnie nie tyle konkretną myśl, ile ciężar. Takie podskórne poczucie niepokoju, chaosu i czegoś nieuchronnego, co zbliża się krok po kroku. Czytając ją, miałam wrażenie, że świat przedstawiony przez László Krasznahorkaia nie tyle zmierza ku rozpadowi, ile już dawno się rozpadł, a bohaterowie próbują jeszcze udawać, że istnieje jakaś granica między porządkiem a chaosem. Czytasz i razem z bohaterami chcesz się nieustannie obracać za siebie.
Najmocniej zapamiętałam właśnie atmosferę lęku, która jest niemal fizyczna. Zimno, ciemność, pustka ulic, niedobory, wyobcowanie i narastające napięcie sprawiają, że miasteczko staje się miejscem dusznym i wrogim, mimo że na pozór nic niezwykłego nie powinno się w nim wydarzyć. Tutaj od początku czuć, że coś jest nie tak. Pojawienie się cyrku z ogromnym wielorybem tylko uruchamia proces, który wcześniej już wisiał w powietrzu. Pierwsza scena w pociągu dosłownie przykleiła się do mnie i nie chciała puścić, to genialny obraz budowania atmosfery słowem pisanym.
Krasznahorkai bardzo sugestywnie pokazuje, jak łatwo krucha warstwa cywilizacji może zostać zerwana. Wystarczy plotka, tłum, poczucie zagrożenia i obietnica pojawienia się kogoś, kto przyniesie zmianę. Ludzie, którzy wcześniej funkcjonowali obok siebie, nagle stają się częścią bezładnej, agresywnej masy. Przerażające jest to, że przemoc nie pojawia się tutaj jako coś całkowicie obcego. Raczej wychodzi na powierzchnię z czegoś, co od początku było obecne w człowieku i w społeczności.
Wieloryb, cyrk i tajemniczy Książę tworzą atmosferę niemal groteskową, ale nie jest to groteska, która pozwala czytelnikowi odpocząć czy się uśmiechnąć. To chyba jedna z najbardziej przejmujących cech tej powieści. Nie wiadomo do końca, co właściwie oglądamy, czy polityczną alegorię, opowieść o rozpadzie wspólnoty, przypowieść o ludzkiej naturze czy wizję świata pozbawionego jakiegokolwiek sensu.
Oczywiście nie jest to książka łatwa. Proza Krasznahorkaia wymaga cierpliwości. Długie, meandrujące zdania i gęsty sposób prowadzenia narracji potrafią przytłoczyć. Momentami miałam wrażenie, że sama forma powieści odbiera mi poczucie stabilności. Trudno złapać oddech, trudno znaleźć wyraźną granicę między jedną myślą a drugą. Ale z czasem zaczęłam odbierać to nie jako przeszkodę, lecz jako część doświadczenia tej książki. Ten język pasuje do świata, który opisuje, do świata pozbawionego porządku, w którym myśli, lęki i wydarzenia nie układają się w spokojną, logiczną całość. Ale to cały Krasznoharkai i bierzemy go z całej krasie.
„Melancholia sprzeciwu” jest dla mnie przede wszystkim powieścią o rozpadzie. Nie tylko społecznym czy politycznym, ale też wewnętrznym. Tutaj człowiek może utracić poczucie bezpieczeństwa i jak łatwo tłum może przestać być wspólnotą, a stać się bezimienną siłą zdolną do przemocy. Jest to książka bardzo ponura, gdzie niebezpieczeństwo niekoniecznie rodzi się na zewnątrz, ale pokazuje jak drzemie w człowieku. Ta książka kojarzyła mi się z melancholią narastającego szaleństwa, a ja w niej się kompletnie zatopiłam.
„Melancholia sprzeciwu”, Laszlo Krasznoharkai, tłumaczenie Elżbieta Sobolewska, wydawnictwo Czarne, seria Nowa Klasyka, wydanie sierpień 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
„Ten dom jest prawdziwym domem, lecz także konstrukcją pamięci”.
To zdanie wydawało się dla mnie najlepszym kluczem do „Księgi duchów”, ponieważ Siri Hustvedt rzeczywiście oprowadza nas po domu, ale nie tylko po tym fizycznym, który dzieliła z Paulem Austerem przez czterdzieści trzy lata. Przede wszystkim oprowadza nas po domu pamięci, w którym po śmierci męża nadal wszystko wydaje się znajome, a jednocześnie nic nie jest już takie samo. Pozostały książki, przedmioty, wspólne rytuały, rozmowy, wspomnienia i drobne szczegóły codzienności, które za życia wydawały się zupełnie zwyczajne, a po śmierci ukochanej osoby nagle nabierają ciężaru, jakiego wcześniej nie miały.
Czytając tę książkę, miałam poczucie, że uczestniczę w czymś bardzo intymnym, ponieważ Hustvedt nie opowiada o żałobie z bezpiecznego dystansu i nie próbuje jej uporządkować ani nadać jej prostego sensu. Przeciwnie, pozwala jej być chaotyczną, nieciągłą i pełną sprzeczności, dlatego wspomnienia przeplatają się z teraźniejszością, fragmenty wspólnego życia pojawiają się obok zapisków dotyczących choroby Paula, listów, wiadomości do przyjaciół oraz refleksji o sztuce, literaturze, pamięci i ludzkiej psychice. Taka konstrukcja może momentami męczyć, ponieważ nadaje jej fragmentaryczności, ale dla mnie to były zapiski z żałoby, ale też pięknej miłości i w ogóle mnie nie męczyły. Pamięć przecież nie działa linearnie i nie układa wspólnego życia w chronologiczną opowieść, którą można spokojnie prześledzić od początku do końca.
To bardzo do mnie trafia, ponieważ im dłużej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że nie istnieje coś takiego jak kompletna opowieść o wspólnym życiu. Nawet po czterdziestu trzech latach spędzonych z drugą osobą pozostają rzeczy, których nigdy sobie nie powiedzieliśmy, sytuacje, których nie zapamiętaliśmy, chwile, które w momencie ich przeżywania wydawały się zupełnie nieistotne. Po śmierci drugiej osoby nie można już niczego dopowiedzieć ani sprawdzić, czy pamiętamy właściwie, dlatego zostaje jedynie własna wersja wspólnej historii, ze wszystkimi jej lukami i zniekształceniami.
Hustvedt próbuje więc z tej niepełnej pamięci zbudować coś, co pozwoli jej zachować Paula, a jej sposób pisania wydaje mi się przy tym szczególnie poruszający. Siri jest przecież wielką intelektualistką i nie potrafi oddzielić przeżywania od myślenia, dlatego nie tylko doświadcza żałoby, lecz także nieustannie próbuje ją zrozumieć, analizuje ją, przygląda się jej z różnych perspektyw i szuka języka, który pozwoliłby uchwycić coś tak trudnego do nazwania. Rozkłada wspólne życie na części pierwsze, wraca do szczegółów, zastanawia się nad pamięcią, ciałem, śmiercią, tożsamością i tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy nagle zostaje sam.
Właśnie dlatego pisanie staje się dla niej sposobem ratowania siebie, ponieważ nie może zatrzymać Paula, cofnąć czasu ani sprawić, żeby ponownie usiadł obok niej i żeby mogli prowadzić swój codzienny, wieloletni dialog. Może jednak próbować zatrzymać słowa, obrazy i wspomnienia, które po nim zostały, a poprzez zapisanie ich nadać jego nieobecności jakiś kształt.
„To dom długiego nieustannego dialogu na temat rzeczy drobnych i wielkich, dialogu, który teraz umilkł”.
To jedno z tych zdań, które boli mnie bardziej z każdym kolejnym czytaniem, ponieważ śmierć zabiera przecież nie tylko człowieka, lecz również wszystkie przyszłe rozmowy, których nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że potrzebujemy. Nie będzie już pytania o drobiazg, komentarza do wiadomości, wspólnego śmiechu z czegoś zupełnie banalnego ani nagłej wymiany myśli przy kolacji, a wraz z człowiekiem znika pewien język, który powstawał między dwojgiem ludzi przez dziesięciolecia.
Jest tutaj drobiazgowość, która wydaje mi się czymś więcej niż tylko cechą stylu, ponieważ żałoba często polega na obsesyjnym powracaniu do szczegółów. Hustvedt nie daje nam więc wygładzonej, literacko uporządkowanej historii straty, lecz pozwala zobaczyć ją taką, jaka prawdopodobnie jest naprawdę, pełną powtórzeń, luk, obsesji i niepotrzebnych z pozoru szczegółów.
Możecie nazwać mnie wariatką, ale dla mnie „Księga duchów” jest książką o miłości, choć nie o miłości przedstawionej w romantyczny i pozbawiony skazy sposób. Najbardziej przekonuje mnie właśnie to, że jej źródłem są czterdzieści trzy lata wspólnego życia, zbudowanego z setek tysięcy małych chwil, a Paul Auster nie staje się w tej opowieści wyłącznie wielkim pisarzem, którego należy podziwiać, lecz przede wszystkim człowiekiem, z którym Hustvedt dzieliła codzienność. Był mężem, partnerem, ojcem, dziadkiem, przyjacielem i kimś, kto przez tak długi czas był obecny w jej życiu, że jego obecność stała się częścią jej własnej tożsamości. Paul kiedyś jej powiedział, że jeśli żyliby razem sto lat, to staliby się jedną osobą. Dlatego po jego śmierci musi zmierzyć się nie tylko z pytaniem, jak żyć bez niego, lecz także z pytaniem, kim właściwie jest teraz, co też jest ciekawą częścią tej książki.
W tym aspekcie szczególnie bliski jest mi analityczny sposób przeżywania żałoby przez Hustvedt. Sama mam skłonność do rozbierania emocji na części, szukania dla nich nazw, przyczyn i sensów, chociaż jednocześnie wiem, że nie wszystko, co boli, da się wytłumaczyć. U Hustvedt ten odruch zostaje doprowadzony do literackiej konsekwencji, ponieważ ona pisze, ponieważ myśli, a jednocześnie myśli właśnie poprzez pisanie. Słowa nie usuwają bólu, ale pozwalają nadać mu formę, a może dzięki temu umożliwiają przetrwanie kolejnego dnia.
Dlatego „Księga duchów” nie jest dla mnie książką wyłącznie o śmierci Paula Austera, lecz przede wszystkim o uporczywej potrzebie ocalenia tego, co śmierć próbuje nam odebrać. Hustvedt próbuje powiedzieć, że ten człowiek naprawdę tutaj był, że żył, kochał, pisał, rozmawiał, miał swoje przyzwyczajenia, poczucie humoru, słabości i codzienne rytuały, a czterdzieści trzy lata wspólnego życia nie mogą zostać sprowadzone do jednego faktu, że pewnego dnia umarł. Może właśnie dlatego tak dobrze działa na mnie metafora domu, który jest jednocześnie prawdziwym miejscem i konstrukcją pamięci.
Było to moje pierwsze spotkanie z Siri Hustvedt i zdecydowanie nie należało do tych, po których odkładam książkę z poczuciem, że po prostu poznałam nową autorkę. Znacznie bardziej przypominało spotkanie z czyjąś pamięcią, co z pewnością zachęciło mnie do poznania całej prozy i Siri i Paul’a.
„Księga duchów”, Siri Hustvedt, tłumaczenie Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Znak, wydanie sierpień 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
„Przyznam się Wam do czegoś… dawno nie miałam tego uczucia podczas lektury: Boże, ja muszę wiedzieć, jak to się kończy!” Od tego powinnam zacząć, bo „Buckeye” Patricka Ryana jest jedną z tych powieści, przy których początkowo po prostu poznajemy bohaterów, ich codzienność i małe miasteczko, a zanim się obejrzymy, zaczynamy żyć ich historią. Chcemy wiedzieć więcej. Zaglądamy za kolejne drzwi, odkrywamy kolejne przemilczenia i coraz mocniej zastanawiamy się, dokąd doprowadzą decyzje tych ludzi.
Bonhomie w Ohio nie jest miejscem, w którym pozornie dzieje się coś wielkiego. Tymczasem właśnie tutaj, w cieniu wielkiej historii, rozgrywają się dramaty, które będą miały konsekwencje przez kolejne lata. Jest Cal, mężczyzna z jedną nogą krótszą od drugiej, który nie może pozbyć się poczucia skrępowania własną obecnością, ponieważ nie został powołany na front II wojny światowej. Jest Becky, jego żona, która słyszy głosy zmarłych. Jest Margaret, wychowana w sierocińcu i naznaczona doświadczeniem porzucenia oraz Felix, człowiek, który również nosi w sobie tajemnicę.
Ryan nie podaje nam tych postaci w gotowej, łatwej do ocenienia formie. Z każdym rozdziałem pozwala nam wejść głębiej w ich psychikę, zobaczyć ich pragnienia, lęki, samotność i to, czego nie potrafią powiedzieć na głos. Dlatego z czasem zaczynają być dla mnie kimś więcej niż bohaterami powieści. Stają się ludźmi.
Urzekło mnie to, jak autor pokazuje wpływ historii na życie zwykłych mieszkańców. Wojna nie jest tutaj tylko wydarzeniem gdzieś daleko, na froncie. Jej obecność przenika domy, związki i sumienia. Zmienia sposób, w jaki ludzie patrzą na siebie i na własne życie. Zostawia poczucie winy, tęsknotę, strach i pytania, na które czasem nie ma dobrej odpowiedzi.
„Wojna zdawała się szarpać za niewidzialną strunę, która przebiegała przez każdego człowieka, wibrację tę Becky czuła przez cały dzień.” Mam wrażenie, że ta metafora dobrze oddaje również całą powieść. Wielka historia jest gdzieś w tle, ale jej drżenie czuć w życiu każdego z bohaterów.
Jednocześnie „Buckeye” nie jest powieścią, w której wszystko dostajemy od razu. Fabuła rozwija się spokojnie, kolejne postacie pojawiają się stopniowo, a ich historie zaczynają się ze sobą splatać. To zdecydowanie książka dla czytelnika, który lubi, kiedy autor daje mu czas na poznanie bohaterów i pozwala tajemnicy narastać zamiast co kilka stron fundować kolejny zwrot akcji.To jest dla mnie jedna z największych zalet tej powieści. To spokojne tempo wcale nie oznacza, że czytałam ją bez napięcia. Wręcz przeciwnie i coraz bardziej chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej!
Szczególnie poruszył mnie wątek Becky i jej kontaktu ze zmarłymi. Zaskoczyło mnie to, że nie traktowałam tego jako fabularną fanaberię i zbędny dodatek, które odbiega od praw nauki i logicznego myślenia. Ryan wykorzystuje ten niezwykły element nie jako efektowny dodatek, ale jako sposób opowiadania o stracie, pamięci i więzi, która nie zawsze kończy się wraz ze śmiercią. To jeden z tych motywów, który okazuje się świetna klamrą dla tej wciągającej powieści.
Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak psychologiczna warstwa tej powieści. Autor bardzo dobrze zagląda pod powierzchnię swoich bohaterów. Pokazuje nie tylko to, co robią, ale również dlaczego to robią nawet wtedy, gdy ich decyzje są trudne do zaakceptowania. Ten głęboki wgląd w bohaterów może właśnie sprawił, że nie dało się jasno osądzić, wydawać wyroki czy nie polubić jakiejś postaci. Bardziej interesowało mnie ich zrozumienie. Co sprawia, że człowiek wybiera kłamstwo zamiast prawdy? Czy można kochać kogoś i jednocześnie go skrzywdzić? Ile jesteśmy w stanie wybaczyć drugiemu człowiekowi? I czy można naprawdę uciec od tego, co wydarzyło się w przeszłości? Nie dostajemy odpowiedzi, a sami oddajemy się refleksji i pytamy samych siebie: co ja bym zrobiła w tej sytuacji?
„Buckeye” najbardziej zapamiętam jako powieść o ludziach uwikłanych w swoje wybory. Jako powieść o pragnieniach, których nie zawsze potrafimy się pozbyć oraz o tajemnicach, które zamiast znikać, potrafią przechodzić z jednego życia w kolejne. Ryan swoją świetnie skontruoowaną powieścią przypomina, że czasami najbardziej dramatyczne wydarzenia nie rozgrywają się wcale na wielkich scenach historii, ale za zamkniętymi drzwiami zwyczajnych domów.
Dawno nie przepadłam tak w prozie. Nie dlatego, że książka pędzi od wydarzenia do wydarzenia, ale dlatego, że z każdym rozdziałem coraz bardziej byłam z tymi ludźmi. Przejmowałam się ich losem, próbowałam zrozumieć ich decyzje, a przede wszystkim, chciałam wiedzieć, jak potoczy się ich historia. Tyle razy chciałam wejść w tę powieść i przytulić ich i ich niełatwe historie. To dowód na pięknie snutą opowieść.
„Buckeye” zostaje ze mną nie jako kolejna saga rodzinna, ale jako opowieść o tym, jak wiele może wydarzyć się pomiędzy jednym człowiekiem a drugim, kiedy do miłości, tęsknoty i potrzeby bliskości dołączą sekret, poczucie winy i strach przed prawdą. To jedna z tych książek, o których po prostu chce się komuś opowiedzieć. Mam nadzieję, że „czujecie” moją opowieść o niej na tyle, by po nią sięgnąć tej nadchodzącej jesieni.
„Buckeye”, Patrick Ryan, tłumaczenie Anna Halbersztat, wydanie sierpień 2026, Filia Literacka
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
„Po prostu chcę się spotkać. Czy naprawdę osoba chora powinna zamykać się w czterech ścianach? Przecież to absurd… nawet jeśli nie jestem w pełni sił, to wciąż chcę być częścią społeczeństwa. Chorzy to też ludzie.”
Ten fragment jest dla mnie kwintesencją „Pięknej rozłąki”. Nao-cola Yamazaki opowiada o chorowaniu i umieraniu w sposób, który bardzo do mnie trafia, bo nie ma tu wielkiej walki ani wroga, którego trzeba pokonać. Choroba nie jest czymś do wygrania albo przegrania, bo jest czymś, co po prostu trzeba przeżyć. To też właśnie próbuje zrobić to małżeństwo. Próbuje żyć dalej, choć wie, że czasu jest coraz mniej.
Najbardziej poruszyło mnie to, że chorująca żona nie chce przestać być sobą. Nadal chce spotykać się z ludźmi, interesować się światem, mieć swoje zdanie i decydować o sobie. Diagnoza nie odbiera człowiekowi jego tożsamości. Chory to nadal ktoś, kto ma relacje, potrzeby, granice i swoje życie, nawet jeśli to życie zaczyna wyglądać inaczej.
Po połowie książki coraz mocniej czułam, że tytułowa piękna rozłąka jest też opowieścią o pięknym umieraniu. Nie „pięknym” w sensie łatwym czy pozbawionym bólu, ale godnym. Bez odcinania chorego od świata, bez traktowania go wyłącznie przez pryzmat diagnozy i bez tej pożerającej rozpaczy, która czasem odbiera nam zdolność do bycia naprawdę obecnym.
To bardzo spokojna, oszczędna książka, ale właśnie dlatego zostawia po sobie tyle emocji. Nie krzyczy. Nie wymusza łez. Pokazuje, że czasem największą formą miłości jest po prostu być obok nawet wtedy, kiedy wiemy, że nie możemy już niczego naprawić. „Piękna rozłąka” to dla mnie książka nie tyle o śmierci, ile o tym, jak nie przestać widzieć człowieka, kiedy jego życie zbliża się do końca.
„Piękna rozłąka”, Nao-Cola Yamazaki, tłumaczenie Marta Klimiuk-Nikkarinnen, Wydawnictwo Tajfuny, wydanie sierpień 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
Jakaż to jest gęsta, lepka proza. Proza ociekająca wszystkimi brudami amerykańskiego snu, który dla wielu dawno przestał być obietnicą, a stał się koszmarem. Kelby Losack w „Wypuścić diabły” nie zabiera nas do Ameryki z pocztówki. Nie ma tu szerokich uśmiechów, spektakularnych sukcesów ani mitu o tym, że każdy jest kowalem własnego losu. Jest za to morda Ameryki, której boimy się spojrzeć w twarz i to nie tylko po zmroku.
To świat ulicznych kaznodziejów, bezdomnych, ćpunów, wykolejeńców i ludzi, którzy najwyraźniej dawno wypadli poza margines systemu. Jest broń zrobiona z pociętej puszki po zupie, jest bieda, uzależnienie, przemoc i codzienność tak absurdalna, że momentami można się tylko gorzko roześmiać. Losack nie wygładza rzeczywistości i nie próbuje uczynić jej bardziej znośną dla czytelnika. Przeciwnie wrzuca nas w sam środek tego bałaganu i każe patrzeć, a patrzy się na to trudno.
Narrator tej historii funkcjonuje w świecie kryzysu, ale jednocześnie próbuje zachować coś, co można jeszcze nazwać normalnością. Jest mężem i ojcem. Ma żonę i córeczkę, a więc także coś do stracenia. Ta perspektywa sprawia, że „Wypuścić diabły” nie jest wyłącznie opowieścią o brudzie, przemocy i społecznej degradacji. Pod warstwą ulicznego chaosu kryje się historia człowieka próbującego nie dać się całkowicie wciągnąć w rzeczywistość, która każdego dnia podsuwa mu kolejne powody, by się poddać, wściec albo przestać cokolwiek czuć.
Losack pisze językiem ulicy, językiem kryzysu, językiem ludzi, którzy nie mają czasu ani potrzeby pięknie się wysławiać. Zdania bywają ostre, chropowate i brutalne, a język nie stoi obok przedstawianego świata, a jest jego częścią. Dzięki temu czytelnik nie ma poczucia, że ogląda biedę i wykluczenie przez bezpieczną szybę. Jest raczej tak, jakby ktoś tę szybę rozbił.
To właśnie intensywność tej prozy zrobiła na mnie największe wrażenie. Czytałam i chciałam więcej niczym czytelniczka-ćpunka, która potrzebuje kolejnego strzała takiej ostrej literatury. Losack potrafi stworzyć narrację, która wciąga nie dlatego, że obiecuje przyjemność, ale dlatego, że jest niebezpiecznie żywa. Człowiek czyta dalej, choć wie, że raczej nie czeka go po drodze ukojenie.
Tu nie ma łatwego piękna ani w słowie, ani w życiu. Tu nie ma gwarancji, że wszystko jakoś się ułoży. Happy end nie jest obowiązkowym punktem programu. Jest za to życie w swojej najbardziej niewygodnej postaci, bo chaotyczne, brutalne, czasem groteskowe, czasem śmieszne w sposób, który powinien nas raczej zaniepokoić niż rozbawić.
Warto też docenić, że Wypuścić diabły nie zamienia swoich bohaterów w eksponaty. Nie są oni jedynie „biednymi”, „uzależnionymi” czy „patologią”, którą można z bezpiecznej odległości obserwować i oceniać. To ludzie pełni sprzeczności, czasem odpychający, czasem zabawni, czasem zagubieni. Losack nie wybiela ich, ale też nie odbiera im człowieczeństwa.
Ta książka przypomina mi literacki odpowiednik spojrzenia prosto w miejsce, od którego zwykle odwracamy wzrok. Amerykański sen pokazany przez Losacka ma popękaną skórę, brud pod paznokciami i zmęczone oczy. Jest daleki od filmowej legendy o sukcesie. To raczej rzeczywistość ludzi, którzy zostali gdzieś po drodze i teraz próbują przetrwać kolejny dzień.
„Wypuścić diabły” to proza bezkompromisowa, brudna i intensywna. Taka, która nie chce się przypodobać, nie wygładza języka i nie oferuje łatwych odpowiedzi. Czasem dobra literatura nie ma nas głaskać. Czasem ma po prostu wypuścić diabły.
”Wypuścić diabły”. Kelby Losack, tłumaczenie Tomasz S.Gałązka, Wydawnictwo Artrage, wydanie lipiec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.






