„Solea Minor” zabiera nas do Świata, który  zniszczyła kataklizmosa. Trzynaście godzin ulewy, która zdewastowała kontynenty zmieniając je w szlam. Godziny, które sprawiły, że przepadły systemy i cywilizacje. Ocaleni zbili się na ostatniej wyspie, tytułowej Solei Minor. Niech nie zwiedzie Was „słodka” okładka polskiego wydania, ta powieść to najwyższa próbka węgierskiej współczesnej literatury. Autorka w wywiadach przyznaje, że jednym z jej ukochanych miejsc na świecie jest Tasmania, która posłużyła za inspirację do napisania tego dzieła.

„Wygłaszał gorzkie tyrady o katastrofalnych w skutkach nowych doświadczeniach i wiedzy, które zalewają go, od kiedy przejął spadek po dziadku. Cóż, niech sam dozorca powie, tylko szczerze, jaki jest sens rozumieć, że życie w izolacji – mówiąc dawnym językiem – oznacza po prosto samotność. Na co to komu?”

W tej często ironicznej dystopii autorka przemyca niepodważalne prawdy o nas samych. Izolacją oraz samotność to głównie motywy tej powieści, motywy, które często przewijają się w utworach autorki. Autorka często odnosi się również do siły współpracy, ale nie w „Solei Minor”. To wyspa absurdów i ślepych zaułków. Zniknęła płodność, przepadły kobiety, pojawiła się długowieczność, która uwypukla bezcelowość wielu zajęć, które postrzegamy jako sensowne. 

Marton wskazuje literackim palcem na absurd pracy, jej powtarzalność oraz bezsens. Sklepikarz wciąż pakujący asortyment, którego już nie ma, czy geodeta prostujący pręty, które nikomu się nie przydadzą. Autorka z literacką swadą pokazuje wszystkie ludzkie przywary, bezsens wiary i nadmiaru wiedzy, która przynosi tylko większe cierpienie. Rozsiadałam się w tych rozważaniach rozpisanych na kilku bohaterów jak w wygodnym fotelu uniwersalnych prawd. 

„Problemy psychiczne są powodowane całkowitą beznadzieją i zbyt dużą ilością konserw.” Na stronie 102 pada cytat, który totalnie mnie zakochał w tej książce bez reszty i ugruntował ją w mojej możliwej top książek tego roku. Rzadko w literaturze można się spotkać z dystopiami, które czyta się w tak humorystyczny i piekielnie zadziorny sposób. 

Odwiedźcie literacki świat „Solei Minor”, nie pożałujecie tej podróży. 

„Solea Minor”, Evelin Marton, tłumaczenie Daniel Warmuz, wydanie 2025, Wydawnictwo Warsztaty Kultury

Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa. 

Z katastrofy uczynić lyricznie piękny pejzaż zniszczenia to nie lada wyczyn. To serwuje nam Anna Kavan w swojej powieści „Lód”.

„Cisza narzucała się, przytłaczała. Nic się nie poruszało. (…) Zdałem sobie sprawę, że nie jestem pewny, co jest rzeczywiste – ani wokół, ani wewnątrz mnie. Wszystko, co widziałem, nie miało w sobie nic stałego, namacalnego, solidnego, jakby składało się tylko z nylonu i mgły.”

Kavan napisała „Lód” na rok przed swoją śmiercią, by dopiero zdobyć sławę po swoim burzliwym życie, które doczekało się aż 4 autobiografii. Sławę całkowicie zasłużoną. Autorka pisze tak, że lód zdaje się być niemal żywą istotą, cichym mordercą, który czai się, trudno go przewidzieć, skuwa ludzi wieczną zmarzliną, by już nigdy nie ruszyli się z miejsca. Lód żyje, przemieszcza się, dziesiątkuje ludzi i ich cywilizowane zachowania. Czyni z nich szabrowników, dzieli na silnych i słabych. To „połacie martwej ciszy”, „potworny biały spokój”. Przepadłam w liryczności tej katastrofy. Możliwe, że „Lód” dołączy do moich ulubionych „skończonych światów”.

„Przyszłość była nieopiętą nicością zagłady.” Tutaj świat jest bez nadziei. Lód boli, zabija, rozpętuje wojny między ludźmi i w ludziach. Za taką wewnętrzną wojną podąża też główny bohater. Ma się poczucie, że przez całą swoją tułaczkę dąży on podświadomie do nieuchronnej egzekucji, do niepohamowanego końca. Cechuje go obsesja na punkcie dziewczyny, za którą ustawicznie podąża, pragnie ratować, jednocześnie pragnie i nienawidzi, chce jej wolności i zniewolenia. Dziewczyna, która zdaje się być metaforą zniewolenia, niewypowiedzianych leków i wrażliwości zabijanej stopniowo przez lód zakrywający świat i ludzką dobroć.

„Coś w niej domagało się bycia ofiarą, więc zatruwała moje sny, prowadziła mnie w ciemne miejsca, których nie miałem najmniejszej ochoty eksplorować. (…) Może byliśmy ofiarami dla siebie nawzajem.”

Niesamowitym jest fakt, że kobieca autorka tworzy tak antykobiecy świat, pełen mizoginii i przemocy wymierzonej w bezimienną bohaterkę, którą widzimy tylko oczami i postępkami dwóch mężczyzn, którzy wciąż ją ścigają i prześladują pod pretekstem chęci jej uratowania.

„niepowstrzymane rozprzestrzenianie się tych niepokojących obszarów całkowitej ciszy podkopywało morale społeczeństwa.”

Kavan tworzy świat nienazwany. Napotkamy w nim bohaterów bez imion, miejsca bez nazw. Świat ten jest deliryczny, majaczy, jest jak narkotyk. „Lód” może być światem tu i teraz. Zagmatwanym przez obsesje, polityczne potyczki, ludzką degradację moralności i współczucia dla innych. Fascynująca to była lektura, która dumnie stanie na moim regale ulubionych dystopii.

Pisanie Kavan mrozi i rozgrzewa niesamowicie plastycznym, a zarazem okrutnym językiem końca świata. Pisze tak, że żaden i żadna z nas nie chciałoby się znaleźć w świecie pochłoniętym wieczną, powiększającą się zmarzliną.

Lektura wywołująca ciarki gwarantowana.

„Lód”, Anna Kavan, tłumaczenie Agata Ostrowska, seria Cymelia, Wydawnictwo Artrage, wydanie czerwiec 2025 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

Osiedlowe wampiry, trzy pokolenia mężczyzn – to ich odwiedza na początku narrator. Odwiedziny u rodziny są przyczynkiem do wysłania sondy w przeszłość losów każdego z pokolenia. „Rumun rodzi się poetą, a mieszkaniec Bukaresztu zaś jest Rumunem i nosi w duszy melancholię” – takim melancholikiem przesiąkniętym beznadzieją i dekadencją jest narrator. To powieść o pokoleniu „rozjechanym przez półwiecze chowające w zanadrzu pełen pakiet ofert: pogromy, stalinizm, komunizm z ludzką twarzą.” 

„Dom pod Lwami był jak szklany dzwon niepozwalający wysunąć głowy na zewnątrz.” 

Michi opisuje dzieciństwo w Domie pod Lwami na tle niełatwej rumuńskiej rzeczywistości, rodzinnych sekretów, traum i historii, które bolą, ale budują też jego tożsamość. Dzieciństwo naznaczone komunizmem, rządami Ceasescu, trudną matką i zmieniającymi się ojczymami. Dwa lwy sprzed wejścia do domu wracają do młodego chłopca w koszmarach, ale tych nie brakuje też w życiu. Narracyjne rozpasanie autora to największa zaleta tej powieści. Każde zdanie ocieka brutalnością prawdy i w mistrzowski sposób przyciąga nas do każdego szczegółu życia czterdziestoletniego narratora. „Ralu. Jak ona potrafiła wziąć w dłonie materię życia i ulepić z niej tragedię.” Postać matki, księżniczki Ralu, to jedna z najlepszych opisów postaci, jakie spotkałam w literaturze. 

Śledzimy z zapartym tchem „przeszłość przypominająca worek z robactwem”, która kładzie się cieniem na przyszłość. „Robactwo” doprowadzi narratora do wielu nieudanych relacji, kryzysów, alkoholizmu. Narrator ma w sobie „tyle porzucenia siebie nagromadzonego przez 40 przeżytych lat”, które czuć na każdej stronie w tym lirycznym arcydziele rumuńskiego pisarza. „Abraxas” ocieka przemocą wielopłaszczyznową, narratora bije fizyczność, tnie się psychika, a życia nie rozpieszcza dodatkowa też system. 

Stanescu napisał powieść pełną trudów i znojów życia w reżimie, reżimie dosłownym i tym przenośnym, w który człowiek wpędza się sam. „Abraxas” to powieść o pamięci i o tym, jak bardzo przeszłość wciąż żyje w nas – czasem wbrew naszej woli. To książka trudna, gęsta, pełna symboli, ale nagradzająca cierpliwego czytelnika niezwykłą intensywnością. To nie jest powieść, którą połkniecie w kilka nocy. Nawet nie powinniście, bo w tym języku człowiek zatapia się niczym w strumieniu geniuszu. „Abraxas” idealnie się wpasowuje w nadchodzące chłodniejsze wieczory.

Jeśli cenicie literaturą wymagającą, pełną głębi i emocjonalnego ciężaru na tle ważnych historycznych wydarzeń – to jest lektura dla Ciebie.

„Abraxas”, Bogdan-Alexandru Stanescu, tłumaczenie Kazimierz Jurczak, Oficyna Noir sur Blanc, wydanie sierpień 2025 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„I nagle pomyślałem o Srebroniu, o którym, chociaż szedł pode mną, zapomniałem, jakby on był moim ciałem.” 

Powyższe zdanie momentalnie rozkochało mnie w tej czułej prozie noblisty, który scala się ze swoim zwierzęciem w jedno i perspektywy ich dwojga opisuje nam znoje i piękno tego świata. „Śrebroń i ja” to klasyka najwyższej próby, tkane czułe powiastki, kadry z życia, widziane z grzbietu osiołka imieniem Srebroń to mistrzowska soczewka ludzkiej egzystencji spisana geniuszem języka hiszpańskiego noblisty. Narrator przemierzając na swoim osiołku może zwolnić, zadumać się, zachwycić się nad pięknem natury, ale i nad jego niedociągnięciami, występkami, wyrwami. To książka, której nie da się zamknąć gatunkowo w jednej klatce. Może być traktowana jako bajka, dziennik bądź poemat, ale jedno jest pewne i wspólne – zachwyci każdego czytelnika wrażliwego na naturę i język. 

Narrator często zestawia niewinność zwierzęcej istoty z ludzką naturą i w rezultacie wskazuje na to, jakim parszywym stworzeniem bywa człowiek. Jak we fragmencie „parszywy pies”, w którym bez powodu niewinny czworonóg zostaje zastrzelony przez człowieka. Każdy występek ludzki odznacza się smutkiem w przyrodzie, ciszą i zadumą zwierząt, niemych świadków okrucieństw. Wszystko tutaj brzmi rytmicznie i jest wezwaniem do celebrowania do tego, co mijamy na co dzień. 

„Samotność jest jedną wszystko ogarniającą myślą ze światła.” 

Pod koniec tego jednego z najbardziej czułych tekstów wraca jak mantra pytanie: „Srebroniu, ty nas widzisz, prawda?” – czytelnikowi pozostaje interpretacja i od jego wrażliwości zależy jak głośno zabrzmi w nim to rezonujące pytanie. Czy to zwierzęta widzą nas bardziej, głębiej, wyraźniej niż mi siebie sami? Osiołek traktowany czy jako dosłowność czy jako metafora pozostaje ważnym obserwatorem świata, w którym wszyscy powinniśmy zwolnić i w tempie tego cudownego zwierzęcia przyjrzeć się otoczeniu. „Srebroń i ja” pozwala zwolnić nie tylko literacko, ale i mentalnie. 

Cudowna lektura na zakończenie lata. Wsiądziecie na tę czułą przejażdżkę? 

„Srebroń i ja”, Juan Ramon Jimenez, tłumaczenie Florian Śmieja, Państwowy Instytut Wydawniczy, wydanie sierpień 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

„Cała historia świata jest historią przemocy” wybrzmiewa w czytelniku jako najgorsza lekcja dyktowana przez tą bezwzględną powieść. Tutaj nie ma litości dla jeńców wplątanych w trybiki historii konfliktów, których żołnierze nie są prowodyrami, ale padają ofiarami. Nie ma wytchnienia dla katów, którzy przeżyli i schowali się w cichej egzystencji. Nie jest też lekko cywilom, rodzinom, które oczekiwały na powrót jeńców do domu, by mierzyć się z ich traumami do końca życia. 

„Ścieżki północy” nie bez powodu trafiły do serii Nowa Klasyka. Jest to już niemal pozycja kultowa, nagrodzona Bookerem w 2014 roku, zgłębia temat konfliktu wojennego z perspektywy Dorrigo Evans’a, australijskiego jeńca, chirurga, ale widzimy też ten powojenny świat oczami jednego z katów, któremu udało się uniknąć schwytania i stracenia. Dorrigo nie będzie tutaj nieskazitelnym bohaterem, który pozostał wspaniałym mężem i ojcem dla swych dzieci. Wojna nie pozostawia nikogo bez ran, które drążą człowieka całe życie. To tytułowe „ścieżki”, które wydrążyły w ocalałych i ich bliskich bolesne miejsca nie do uleczenia. 

„Dobra książka sprawia, że chce się ją przeczytać jeszcze raz. A książka wielka każe człowiekowi jeszcze raz przeczytać swoją duszę.” – to zdanie celnie podkreśla, jakim przeżyciem jest czytanie Flanagan’a. To nie jest zwyczajny memuar jeńca, ale kompletna imersja w świat cierpienia i przemocy. Plastyczny język Flanagan’a zabiera nas do takiego świata, w którym niemalże namacalnie odczuwamy głód, czujemy odór ludzkich odchodów i zapadamy się w błocie oraz znoju pracy przy budowie Kolei Śmierci. Przetrwają tylko pozorni szczęśliwcy, a językowy geniusz tej powieści sprawi, że i czytelnicy nie pozostaną bez burzliwych emocji. 

„Nie można uciec od koszmaru, w którym przemoc jest wieczną, ogromną i jedyną prawdą, większą niż jakikolwiek bóg czczony przez człowieka, bo tylko ona jest prawdziwym bogiem.” 

Flanagan oferuje zagłębienie się w koszmar będący niczym błoto, w którym czytelnik grzęźnie i nie jest w stanie się z niego wykaraskać. To książka, która zostawia ślady. Wiem, że właśnie po takie do mnie zaglądacie. 

„Ściężki Północy”, Richard Flanagan, tłumaczenie Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Czarne, seria Nowa Klasyka, wydanie sierpień 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

„A jednak kiedy popłynęły łzy z oczu Heleny Lifki, nie rozpoznał w nich swoich, żydowskich łez. Bo wtedy nie był już Żydem, tylko kapo, nie należałem do warstwy poniżonych, lecz do siebie, swojego ciała, które chciało się obnażyć, rozpaść, aby przeżyć.” 

Trudno przy tej książce powiedzieć : koniecznie ją przeczytajcie. 

Dlaczego trudno? Bo jest niemożliwa do zniesienia i udźwignięcia. Jest cholernie niewygodna. Momentami ohydna, pełna obrazów żywej przemocy, która pali skórę czytelnika. Mamy cierpieć razem z ofiarami, ale jesteśmy też zmuszeni wejść w tę historię oczami i duszą oprawcy. A tam rzadko kto z nas ma odwagę i chęć zajrzeć. 

Handlarz życia. Zamieniacz. Kapo. Jak byście Wy nazwali kogoś, kto kolaboruje z wrogiem, wykonuje najgorsze z rozkazów, by przetrwać ? Lamian, tytułowy kapo, nigdy nie robił nic, by ludzie mogli zapomnieć o Zagładzie. „On zagładę tylko przyspieszał, wykonując rozkazy w całej ich surowości.” Anioł śmierci, przeprowadzający na drugą stronę, bezwzględny, bez namysłu. Wszystko, by ocalić siebie, a potem żyć tak, by nikt cię nie pamiętał, nie rozpoznał, nie wyróżniać się z tłumu. Przemknąć niezauważonym przez życie. Okazuje się jednak pewnego dnia, że nie da się go przeżyć bez wyrzutów sumienia i strachu czającego się każdego dnia. Strachu przed byciem rozpoznanym, schwytanym i rozerwanym. Uczucie duszności w tej powieści jest rozpisane na każdą stronę, nie ma ucieczki i przerwy od okrutnej mechaniczności Żyda, który, by przetrwać postanawia krzywdzić swój własny naród i każdego, kogo mu się wskaże. Tytułowy kapo spędza życie na wiecznym udawaniu. Najpierw zostaje ochrzczony, by udawać katolika, a gdy trafia do obozu skrywa swoje żydowskie korzenie, by wcielić się w kata. 

Aleksandar Tisma tworzy dzieło jednocześnie nieznośne i nieodkładalne. „Kapo” jest ostatnią częścią tzw. trylogii żydowskiej, w której autor eksploruje kwestie Zagłady, winy, pamięci i życia po tym wszystkim. Autor wykreował szczegółowy portret dehumanizacji jednostki i mechanizmów przetrwania, jakich potrafi chwycić się jednostka, by ocalić swoje marne jestestwo. Głęboko psychologiczny język pełen chirurgicznej precyzji, brutalnej szczerości i szczegółowych opisów obozowych zbrodni sprawia, że podczas lektury potrzeba się zatrzymać i odetchnąć, a potem wrócić i dalej próbować zrozumieć to, co najtrudniejsze: Dlaczego? To dzieło zostawia czytelnika jednak z jednym z najbardziej nieznośnych pytań: czy kat może być jednocześnie ofiarą? Czy jeśli tak, to czy można mu w pewien sposób wybaczyć? 

„Kapo” z pewnością będzie Was nawiedzał i nie opuści Waszej wyobraźni na długo po lekturze. Nie bójcie się jednak z nią zmierzyć, bo współczesny świat dalej zmusza nas do bycia świadkiem katów i ich bezbronnych ofiar. 

„Kapo”, Aleksandar Tisma, tłumaczenie Magdalena Petryńska, Wydawnictwo Artrage, seria Cymelia, wydanie sierpień 2025 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.