„Nieposkromiona ambicja, słaba etyka, przesadny patriotyzm.” To zaledwie skrawek tego, co można powiedzieć o cechach nazistów osadzonych we wspólnym więzieniu przed procesem norymberskim. Niejeden psychiatra czy psycholog marzył w swojej akademickiej karierze, by być tak blisko umysłów ludzi odpowiedzialnych za jedne z największych zbrodni XX wieku. Douglas M. Kelley — amerykański psychiatra wojskowy — znalazł się w samym centrum tej historycznej i moralnej próby. Przez miesiące prowadził rozmowy, obserwacje i badania psychologiczne najważniejszych nazistowskich dygnitarzy, próbując odpowiedzieć na pytanie, które nurtowało nie tylko naukowców, ale całe powojenne społeczeństwa: czy zło ma wspólne psychiczne źródło?

Reportaż „Norymberga. Naziści oczami psychiatry” nie przynosi jednak łatwego ukojenia ani prostych diagnoz. Przeciwnie — jego największą siłą jest konsekwentne burzenie komfortowych wyobrażeń. Lektura przeraża właśnie dlatego, że oskarżeni nie okazują się „potworami” oderwanymi od ludzkiego świata. Wielu z nich było troskliwymi ojcami, czułymi mężami, miłośnikami muzyki, poezji czy sztuki. Miewali lęki, neurozy, ambicje i kompleksy — czyli cechy boleśnie znajome. To zderzenie banalnej codzienności z masową zbrodnią rodzi jedno z najbardziej niepokojących pytań książki: jak możliwe było pogodzenie tych dwóch porządków?

Kelley z chirurgiczną precyzją oddziela mit „nazistowskiego szaleństwa” od faktów. Jego badania nie potwierdzają tezy, że zbrodniarzy wojennych łączyła wspólna patologia psychiczna. Wręcz przeciwnie — większość z nich mieściła się w granicach normy. To nie obłęd, lecz splot ambicji, oportunizmu, ideologicznego zaślepienia i moralnej kapitulacji doprowadził do tragedii. Brzmi niepokojąco patrząc na współczesnych rządzących, prawda? Autor pokazuje, jak łatwo inteligencja, wykształcenie i społeczny prestiż mogą stać się narzędziami usprawiedliwiania przemocy.

Reportaż ma przy tym ogromną wartość dokumentalną, ale nie traci literackiej siły. Relacje z rozmów, opisy zachowań więźniów, ich reakcji na wyroki czy własne czyny tworzą gęstą, momentami duszną atmosferę zamknięcia — zarówno fizycznego, jak i mentalnego. Kelley nie moralizuje, nie feruje wyroków zamiast sądu. Pozwala faktom mówić same za siebie, a czytelnika zmusza do samodzielnej konfrontacji z niewygodnymi wnioskami.

„Jak wytłumaczyć ich niewytłumaczalne poczynania?” — to pytanie powraca jak refren. Patrząc na współczesny świat, odradzające się nacjonalizmy, kult siły i retorykę wykluczenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że lekcja Norymbergi nie została w pełni odrobiona.To reportaż, który nie tylko dokumentuje historię, ale stawia czytelnika przed lustrem. I choć odbicie jest niewygodne, właśnie w tym tkwi jego największa wartość.

„Norymberga. Naziści oczami psychiatry”, Jack El-hai, tłumaczenie Jarosław Skowroński, listopad 2025, Wydawnictwo Czarne 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej. 

„Obrzeża pośrodku” Báyò Akómoláfé to książka wymykająca się łatwym klasyfikacjom. Nie jest ani zbiorem klasycznych esejów, ani traktatem filozoficznym, ani manifestem politycznym — a jednocześnie zawiera w sobie wszystkie te formy, co od razu czyni ją intrygującą. Jej struktura przypomina raczej mozaikę krótkich, gęstych tekstów, w których refleksja filozoficzna, osobista narracja, poetycki obraz i publicystyczna diagnoza płynnie się przenikają. To literatura „pogranicza”, celowo sytuująca się na obrzeżach znanych sposobów myślenia i opowiadania świata. Niczym tytułowe „obrzeża pośrodku.” 

Tematycznie książka wyrasta z poczucia głębokiego kryzysu współczesności — ekologicznego, politycznego, poznawczego i duchowego. Akómoláfé nie tyle szuka odpowiedzi, ile podważa same pytania, które zwykliśmy zadawać. Krytycznie odnosi się do idei antropocenu, widząc w niej kolejną narrację kolonialną, przedłużającą władzę Zachodu w przyszłość. Proponuje zamiast tego posthumanistyczny „przewrót kopernikański”: odejście od człowieka jako centrum świata i uznanie splątanych relacji między ludźmi, nieludzkimi bytami, historią i materią.

Istotnym kontekstem książki jest nigeryjskie, jorubijskie pochodzenie autora. Pamięć kolonialnej przemocy, niewolnictwa i wykorzenienia nie jest tu abstrakcyjną teorią, lecz doświadczeniem dziedziczonym i wciąż żywym. Akómoláfé obrazuje jak losy przodków i ich ból rezonuje w teraźniejszości. 

Język „Obrzeży pośrodku” jest jednym z najmocniejszych elementów książki. Poetycki, miejscami mistyczny, pełen metafor i rytmu, potrafi przejść nagle w ton gniewny, ironiczny lub prowokacyjnie dosadny. Akómoláfé swobodnie porusza się między liryzmem a ostrą krytyką polityczną, między czułością a sarkazmem. To buduje potrzebne napięcie i sprawia, że tekst działa na czytelnika nie tylko intelektualnie, ale i wywołuje niepokój, opór, a czasem złość.

To nie jest lektura, która ma „uspokajać” czy oferować gotowe recepty. Raczej celowo destabilizuje, pokazując, że sposób, w jaki myślimy o kryzysie, bywa częścią samego kryzysu. Akómoláfé tworzy niejako własny język opisu świata. 

„Obrzeża pośrodku” to książka do powolnego, uważnego czytania. Nie oferuje nadziei w prostym sensie, lecz zaprasza do „dziwniejszej podróży”, w której przeszłość może dopiero nadejść, a my uczymy się patrzeć poza mur, nie po to, by znaleźć gotowe odpowiedzi, lecz by nauczyć się inaczej zadawać pytania.

„Obrzeża pośrodku”, Báyò Akómoláfé, tłumaczenie Dawid Czech, listopad 2025, Wydawnictwo Współbycie 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej. 

Grupa Wydawnicza Filia tworzy kolejną serią klasyków na rynku wydawniczym, sięgając po literaturę, która stała się ponadczasowa, a jedyne co się zmienia, to jej czytelnicy. Dorian Gray napotkał mnie na mojej studenckiej drodze na filologii angielskiej i tak skutecznie porwał mnie swoją wielopłaszczyznową opowieścią, że stał się ważnym elementem mojej pracy magisterskiej. Dostojewski zakochał mnie w literaturze rosyjskiej, gdy byłam licealistką poznającą powoli swój gust czytelniczy, za pośrednictwem „Zbrodni i kary”, zatem z miłą chęcią wróciłam do niego w małej-wielkiej powieści „Białe noce”. Z kolei Mary Shelley i jej kultowy „Frankenstein” zawsze przemijali się u mnie w formach adaptacji filmowych, zatem z wielką chęcią sięgnęłam w końcu po oryginalną historią bez alternatywnych wersji scenarzystów. 

„Białe noce” to zmyślnie napisana powieść na zaledwie 80 stronach, która idealnie spisała się w chłodną, zimową aurę stycznia. Podobną aurą oziębłości zdaje się być okraszony narrator, który przechadza się po ulicach Petersburga ziejąc poczuciem dogłębnej samotności. To moc klasyków, która zawsze we mnie rezonowała – miasto czynić osobnym bohaterem będącym towarzyszem niedoli. Dostojewski robi to po mistrzowsku. Jest niepoprawnym romantykiem, który częściej życie przeżywa w wyobraźni i odzywa się do kobiet w swojej głowie niż w rzeczywistości. Wszystko się zmienia za sprawą łez pięknej nieznajomej, który nie pozwalają mu przejść obok niej obojętnie. Ta niepozorna chwila staje się punktem zapalnym tej uniwersalnej historii o miłości niemożliwej. Moc tej historii buduje swój nieśmiertelny fundament na uniwersalności prostoty z jaką została ujęta. „Białe noce” mówi o ponadczasowej sile złamanego serca i niespełnionej miłości oraz o marzeniach silniejszych niż zdrowy rozsądek i rzeczywistość. Dostojewski prowadzi nas przez Petersburg i dolę bohaterów w sposób liryczny, pełen niedopowiedzeń kryjących się między zdaniami, co sprawia, że dzisiejsi czytelnicy wciąż czytają ją z zachwytem i refleksją nad samotnością, która nie kończy się wraz z minionymi epokami. 

„Frankenstein” w wyobraźni czytelników często bywa kategoryzowana jako książka grozy, a to filozoficzna rozprawa nad konsekwencjami ludzkich ambicji i jeden z dotkliwszych traktatów o dogłębnej samotności jednostki. Przepadłam w tej prozie pełnej chłodu i namiętności rozbijających się od siebie w kontrastujących ze sobą postaciach twórcy i monstrum. Shelley stworzyło niesłychane dzieło, które wciąż zaświadcza o humanizmie odrzucanej istoty. „Frankenstein” nieustannie porusza swoimi pytania o granicę pomiędzy postępem a moralnością. Język jest ucztą dla czytelnika – klasyczny, ale bez patosu, przepełniony emocjonalną nutą rozterek bohaterów uwypuklający ich osobne tragedie. Niesamowity klasyk kwestionujący doszukiwanie potworności w niewinności. 

„Portret Doriana Graya” nie potrzebuje przedstawieniu wielu czytelnikom, ale wiem, że wciąż zachwyca kolejnych, którzy niekiedy zaczynają przygodę z Dorianem szukając swojej czytelniczej drogi w młodości. Wilde po mistrzowski mami nas światem pozornie estetycznym, pękającym od piękna, które pcha w stronę próżności i tragedii. To kolejny klasyk, która pod płaszczykiem narracji skrywa moralny niepokój. Wilde przeprowadza nas przez londyńskie salony, rozmowy o sztuce i szeroko pojęty hedonizm. Tutaj również w niepokojący sposób zanika granica miedzy dobrem a złem. To książka, która wciąż porusza, ponieważ ukazuje konsekwencje próżności i życia bez refleksji, ale  rozprawia też o lęku przed przemijaniem. Wilde cierpiał i w życiu i w literaturze. „Portret Doriana Graya” uważany był za obsceniczny i był cenzurowany ze względu na swoje podteksty homoerotyczne, promowanie postaw amoralnych i dekadenckich. Dziś trudno w to uwierzyć, kiedy to język tej książki wciąż zachwyca trafną ironią, błyskotliwością i zgrabnie przemycanymi aforyzmami. To literacki obowiązek. 

„Białe noce”, Fiodor Dostojewski, tłumaczenie Stasia Budzisz, Filia Literacka, styczeń 2026

„Frankenstein”, Mary Shelley, tłumaczenie Noemi Cis, Filia Literacka, wydanie styczeń 2026

„Portret Doriana Graya”, Oscar Wilde, tłumaczenie Maria Feldmanowa, Filia Literacka, wydanie styczeń 2026

Książki przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

Już od pierwszych zdań czytelnik daje się porwać tej prozie, niczym do tanga. Zdania poddają nas hipnozie, ciągną się, wiją, cofają, a raz idą do przodu niczym tytułowy taniec. Pierwszym co mnie urzekło w tej prozie, to jak obrazowo noblisty pisze o tym, jak śmierć zamieszkuje w przedmiotach, w zupie, mięsie, a nawet w ścianach. Wszystko tu gnije, rdzewieje. Język oddaje naturę rozkładu, który trafnie współgra z degeneracją mieszkańców pozostałych w osadzie. 

„Będziemy mieć złote życie!” – wykrzykuje jeden z bohaterów osady. Miejsca przeklętego, opuszczonego, w którym niewielka garstka pozostałych karmi się złudną nadzieją poprawy bytu, ucieczki z miejsca cuchnącego rozkładem. Nagle przybywa w ich strony dwóch zmarłych. – „Podejrzliwie się obserwują, bekają w ciszy i czekają. Czekają wytrwale i uporczywie, i wydaje im się, że ktoś ich po prostu oszukał. Czekają przyczajeni, niczym koty w czasie świniobicia, czy nie spadnie im jakiś kąsek.” Tak opisuje mieszkańców osady Irimias, jeden z przybyłych, i jest to najlepsze odzwierciedlenie też uczuć, jakie budzą oni w czytelniku. Tutaj nie znajdziecie bohatera do polubienia.

W kolejnym rozdziale poznajemy świat z perspektywy lekarza, który nieustannie siedzi w oknie i obserwuje. Wszystko co mu potrzebne do życia ułożył w tylko sobie znanym ładzie, podczas gdy jego mieszkanie obrasta nieład i smród. „Postanowił więc wszystko bacznie obserwować i na bieżąco dokumentować, zważając na najdrobniejsze szczegóły, zrozumiał bowiem, że przeoczenie pozornie nieistotnej rzeczy oznacza przyznanie się, iż stoimy bezbronni na wiszącym moście rozpiętym pomiędzy porządkiem i rozpadem.” Wierzy, że w ten sposób nie stanie się zakładnikiem szatańskiego ładu. Gdy jego czujność nie będzie uśpiona. Krasznoharkai tworzy małą społecznością, który karmi się nadzieją jako fałszywą formą manipulacji. To ludzie, którzy przeżyli rozpad dużego i  swojego, małego świata. Nie dziwota zatem, że nagle zaczynają wierzyć w sens, gdy powraca dwóch przybyszy, których ludność bierze jako omen powrotu do normalności.

Autor wiedzie nas za literacki noc, ciągnie nas w swoim literackim tango. Cofa narrację, miesza kroki, a czytelnik zostaje z przyjemnym czytelniczym wyzwaniem śledzenia go uważnie, by nasycić się każdym słowem budującym ten zdegenerowany świat. Trzy motywy tej powieści to społeczność na skraju rozpadu, złudne nadzieje, które są formą wysublimowanej manipulacji i pokładanie nadziei w kimś, kto przywróci sens. „Szatańskie tango” zaprasza do niełatwego tańca z wymagającą prozą. Hipnotyzuje rozbudowanymi zdaniami, nie daje wytchnienia, nie zawsze uwzględnia interpunkcje, może wycisnąć z nas siódme poty niczym taniec z diabłem. 

„Szatańskie tango”, László Krasznahorkai, tłumaczenie Elżbieta Sobolewska, styczeń 2025, seria Nowa Klasyka, Wydawnictwo Czarne

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

„Pamięć drzewa” cała składa się z czułości. To mała, wielka powieść, która przemyca w sobie troskę o drugiego człowieka w najmniejszych detalach. To książka, którą czyta się szybko, ale czytelnik tym bardziej nie chce się w niej spieszyć. Zamieszkuje razem z dziadkami u ich ukochanego wnuka i śledzi z niewielką trwogą co się wydarzy. Bo wnuczek jeszcze nie wie, nie rozumie, dlaczego nagle dziadkowie wprowadzają się do nich. Obserwuje jedynie, że dziadkowi czasami szklą się oczy w najmniej oczekiwanych momentach, a babcia z mamą zamykają się w kuchni na tajemnicze rozmowy. 

Czułość mieszka tutaj w małych zdaniach. Urywkach codzienności, gestach miłości przekazywanych między pokoleniami. Poczujcie to sami w słowach młodego narratora: 

„Mój pokój przylega do gabinetu i kiedy dziadkowie posłali mi całusa na dobranoc, za ścianą usłyszałem szeptanie. Wyobraziłem ich sobie wkładających piżamy i między szyją i piersią poczułem jakąś bolesną radość. (…) chwyciłem z całej siły za brzeg pościeli, żeby nie spaść, nie wiem gdzie, ale żeby nie spaść.” 

Przecież przyjazd dziadków to zwiastun wiecznych wakacji. Nagle pod szkołę codziennie o 17tej przychodzi dziadek i w drodze powrotnej zawsze słucha, ale i opowiada, o drzewach. Ich wspólna pamięć zamieszkuje w korze, korzeniach, gałęziach, a czytelnik rozsiada się w nich wraz z nimi. Babcia zawsze czeka z podwieczorkiem w postaci pysznych kanapek. Młody Jan czuje jednak, że coś przed nim ukrywają, coś, co chowa się „pod ścierką, pod łupinami ziemniaków i skorupkami jajka, w worku na śmieci.” Jan boi się szarości swoich bliskich, bo smutek i niepewność mają w jego oczach właśnie ten odcień. 

„Nie wiem za bardzo, co mamie powiedzieć, bo nie znajduję słów, bo pewnie oddaję wszystkie dziadkom.” To powieść pełna „dawania” sobie nawzajem, w małych gestach. To książka, która ma też zapachy i smaki. Zapadnie mi w pamięć zmysłami. Czytelnik zakoduje ją jako zapach palonego drewna, babci, katalońskich specjałów mięsnych i dźwięk tykania zegarów, ale również spis małych katalońskich zwyczajów. To nie jest powieść pchająca się z dramatami, to książka oszczędnych gestów, subtelności i prostoty języka, ale sprawiła, że zamieszkała we mnie mnóstwem kadrów. „Pamięć drzewa” to piękna mała-wielka powieść o roli pamięci, sile rodzinnych więzi i budowaniu relacji na całe lata, nawet jeśli pamięć zawodzi. 

„Pamięć drzewa”, Tina Vallés, tłumaczenie Andrzej Flisek, styczeń 2026, Wydawnictwo Znak 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

Gdy odchodzi ktoś najbliższy, to w jakiś niesłychany sposób stajemy się kronikarzami wszystkiego co od tej chwili się wydarzy. Nie dziw zatem, że Geraldine Brooks jako poważana autorka, odtwarza każdą sekundę przed i po feralnej chwili, w której otrzymała telefon ze szpitala informujący ją o śmierci ukochanego męża. We wrażliwy i kronikarski sposób jej pisarska wyobraźnia zbiera wszystkie skrawki tego, co się wydarzy, a później odzwierciedliła nam w poruszających „Dniach Pamięci.

Brak empatii tego milowego skrawka jej życia, który dotknął ją do żywego, rzucił ją w spiralę zadaniowości oczekiwanej się od wdowy. Nawał obowiązków, który odbiera jej czas i prawo do żałoby będącej hołdem w stronę uczucia jakie łączyło wieloletnie małżeństwo. Brooks chce to zmienić, chce oddać się w pełni przeżywaniu straty na własnych warunkach, dlatego decyduje się na podróż w rodzinne, australijskie strony, po trzech latach tej niepowetowanej straty: „Uświadomiłam sobie, że od śmierci Tony’ego moje życie to jedno niekończące się, wykańczające przedstawienie. Przydzieliłam sobie w nim rolę: normalnie zachowująca się kobieta.”  

Od pierwszych chwil czytania przyszła mi na myśl Joan Didion i jej „Rok magicznego myślenia” będący relacją z żałoby po jej mężu, zatem byłam bardzo ciekawa formy opowieści Brooks. (Zaśmiałam się pod nosem, gdy okazało się, że Tony, mąż Brooks, był w jury National Book Award, która Didion otrzymała, a nagrodzona książka nie przypadła mu do gustu:)) Dzień Pamięci w USA to długi weekend przypadający na nieoficjalny początek lata i jednocześnie okres, w którym trudno znaleźć transport. To na ten czas przypada niefortunna data w życiu autorki, która musi ruszyć machinę powiadamiającą wszystkich o tragedii. 

„Nie jestem deistką. Żaden bóg nie odpowie na moje wołanie. Przestworność, której szukam, znajdę wśród przyrody, ciszy, w upływie czasu.” Brooks we wnikliwy sposób rozdwaja się narracyjnie. Jeden rozdział poświęca sytuacjom związanym z organizacją życia tuż po śmierci najbliższego – powiadomienie bliskich, sprawy pogrzebowe, odpowiadanie na maile. Kolejne rozdziały, które ułożone są naprzemiennie przenoszą nas do Tasmanii, w której Brooks zawsze chciała osiąść, a gdzie znajduje się jej „narracyjne teraz”. To na Wyspie Flindersa oddaje się rozważaniom, żałobie i wspomnieniom. 

Autorka przywołuje Tony’ego w jego dziennikach, w jego pisarstwie, w relacjach, które stworzył i dzięki temu zostawił skrawek siebie w każdym bliskim, choć jego życie przerwano w połowie zdania. „Dni pamięci” to wyważona mieszanka retrospekcji godnej reporterskiej precyzji oraz czułej prozy ku pamięci najważniejszej osoby na świecie. Brooks podaje dłoń sobie samej i robi to na własnych warunkach. Urzeka szczerością i językowym sznytem, który funkcjonuje jako kolejny walor tej opowieści o przechowaniu kogoś najdroższego w czułym zmyśle pamięci. 

„Dni pamięci”, Geraldine Brooks, tłumaczenie Elżbieta Janota, styczeń 2026, Wydawnictwo Relacja 

Książka przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

 

Jeśli podoba Ci się to, co tworzę i chcesz wesprzeć moje miejsce i działalność w sieci, to możesz to zrobić za pomocą wirtualnej kawki 🙂

https://buycoffee.to/ksiegarkanaregale