„Nie oddalaj się tak, żebyś nie pamiętał drogi do domu. I wracaj, zanim się zmęczysz.” Mawiała mama Maxa, narratora tej gargantuicznej powieści. I Max oddala się od domu, będąc przymuszonym do emigracji do Nowego Jorku przez rodziców. To też tutaj rozgrywa się jego sztuka, zwana życiem. Tu pozna miłość swojego życia, najlepszego przyjaciela, odnajdzie wuja, weterana wojny w Wietnamie i odnajdzie się w roli reżysera teatralnego.
Narrator czuje się „przetransplantowany” do miejsca, w którym nie trudno czuć się jak w domu i tę wszechmocną tęsknotę czuć na każdej stronie tej niezwykłej powieści. Powieści przez wielkie P. Rozpisanej na całe życie Maxa, który przemawia do nas z różnych miejsc, różnych perspektyw i chwil swojego życia. Śledzimy jego losy jako dojrzałego reżysera teatralnego, który ocieka samotnością w wielkiej Ameryce. Biegamy razem z nim, gdy jako dziecko bawi się z kolegami w wojnę w Wietnamie i łamie sobie ręce. Sączymy wszystkie jego lęki, bolesne tęsknoty norweskiego emigranta. Osobnym bohaterem jest tu sztuka i teatr. Teatr jako miejsce, w którym jesteś zdany na bycie sobą. Miejsce, które obnaża trywialność codzienności i ludzkie przywary. Harstad swoją powieść rozpisał też na dekady ważnych wydarzeń z historii USA, w które zostają wplątani bohaterowie. Wietnam. Atak na World Trade Center. Huragan Sandy. Nie sposób nie zachwycić się nad złożonością tej powieści.
„Podbój słów” – ta fraza trafnie odzwierciedla maestrię z jaką autor skomponował wielostronicowe dzieło, które nie nuży żadną stroną. Są książki, które odkładają się w nas na różne sposoby i z różnych powodów. Niektóre zapadają nam w pamięć ze względu na fabułę, inne sprawiają, że odkładamy w sercu narratora i sposób jego snucia opowieści, a jeszcze kolejne pozostają w nas ze względu na emocje, które wywołały. Harstad stworzył dzieło wielopłaszczyznowe, które obnaża, ale też jednocześnie próbuje zaleczyć dogłębną samotność jednostki dzisiejszych czasów.
Autor pisze tak wnikliwie, tworzy tak nieokiełznanie głębokie portrety psychologiczne postaci, że one nigdy nie opuszczą czytelniczego serca. Każdy bohater jest tu opisany niczym pejzaż, krajobraz, horyzont charakterologiczny, na którego patrzenie nigdy się nie nudzi. Czuję rozterki Mordecai’a, nie mogę zasnąć razem z Maxem, czuję się zagubiona z Mischą i odczuwam piętno Wietnamu z Owenem.
Autor robi coś jeszcze fascynującego. To skoki czasowe w fabule. Nie nazwałabym tego retrospekcjami ani wyrwami w chronologii. Przeplata zgrabnie losy bohaterów, by pod koniec rozdziału znienacka pokazać nam ich losy dekady do przodu. Kończąc je jednym zdaniem podsumowania. Ich życia, porażek, sukcesów, tęsknot. Wtedy robiłam czytelniczy przystanek. Czytałam to ostatnie zdanie rozdziału i wracałam do niego. Bo kochasz tutaj wszystkich bohaterów, chcesz z nimi być, nawiązujesz z nimi relację. To zasługa ogromnego talentu pisarskiego Harstad’a.
„Max, Mischa i ofensywa Tet” nazywana jest norweską powieścią dekady. Może się stać Waszą powieścią życia. Dla mnie ma potencjał stać się powieścią tego roku.
„Max, Mischa i ofensywa Tet”, Johan Harstad, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Relacja, wydanie wrzsień 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
„Równiny” to powieść o zwodzeniu. To proza niewielkich rozmiarów, które zabiera nas do australijskiego interioru, by nie opowiedzieć nam tak naprawdę o krajobrazie, ale o jego wpływie na ludzi. O tym, jak życie w jednej okolicy potrafi zmienić percepcję i postrzeganie. Jak z grupy ludzi czyni grupę opętanych jednym horyzontem. O tym jak zaciera się granica między równinami a postrzeganiem go jako kolejny rodzaj żywotu czyniąc mieszkańców dwubiegunowymi.
To proza, w którą trzeba się wgryźć, przepaść w niej i zatopić. Australijski kandydat do Literackiej Nagrody Nobla pisze powieść, która zmusza nas do hipnotycznego patrzenia w horyzont równin aż zamaże się nam zdrowy rozsądek. Głównym bohaterem jest filmowiec, który przybywa do miasta interioru w poszukiwaniu mecenasa pośród majętnych właścicieli ziemskich, który pomoże mu zrealizować projekt filmowy o tytułowych równinach i wszechmocnej sile pustki, znużenia i piękna. Im dłużej narrator tu przebywa, tym bardziej jego projekt mu ucieka. Przekonuje się, że „każdy człowiek równin chciał jawić się samotnym mieszkańcem pewnego regionu, jedynym zdolnym go objaśnić”, a z takimi ludźmi i krajobrazem trudno współpracować.
„Równiny nie są olbrzymim teatrem, przydającym znaczeń zachodzącym tu wydarzeniom. Nie są również bezkresnym polem działania dla wszelkiej maści odkrywców. To po prostu wygodne źródło metafor dla osób świadomych, że ludzie sami wymyślają sobie sensy.”
Proza australijskiego autora rozciąga się po wyobraźni jak tytułowe równiny. Zwodzi, momentami męczy tak, jak mieszkańcy zapatrzeni w swoje żywoty. To prozatorka podróż nie tylko po geograficznej krainie, ale i po zawiłościach wewnętrznych. Tu słowa pulsują powidokami rutyn, stagnacji, która prowadzi do nieświadomych śladów obłędów, stopienia się ułudy z rzeczywistością. „Równiny” to proza dla cierpliwych, rozsmakowujących się w każdym zdaniu.
„Równiny”, Gerald Murnane, tłumaczenie Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Czarne, Seria Nowa Klasyka, wydanie sierpień 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
To proza prosto z wnętrzności. Proza, która pełza, obłazi i wycieka. Nie jest filigranowa, łagodna czy okiełznana. Momentami wymyka się granicom dobrego smaku, bywa bluźniercza, wręcz ohydna. Zaciera granicę pomiędzy tym, co ludzkie, a tym, co demoniczne. Otwiera drzwi przed nieczystymi siłami, by wpuścić przez próg wiele odmian zarazy i ludzkich nieszczęść. Wszystko kosztem paktu z diabłem, by osiągnąć miałkie cele ludzkiej chciwości.
Kto czyha za drzwiami domu w górskiej katalońskiej wsi Mas Clavell? Tę odważną hiszpańską prozę otwiera scena umierającej staruszki i grupy kobiet, która je otacza. Centralną postacią jest Joana, która zawiera pakt z diabłem, by później go zerwać. Cenę za ten czyn ponoszą kolejne pokolenia kobiet, a właściwie każde dziecko poczęte w tej rodzinie. Jednej brakuje rzęs, innej języka, a jeszcze kolejnej ćwiartki serca.
Irene Solà bawi się konwencjami, przekracza granice i czerpie z kilku źródeł. Tutaj życie igra ze śmiercią, człowiek z diabłem. Styl gawędy przeplata się z ludowymi przesądami i baśniami. To wszystko składa się na szaloną, przeobrażoną wersję opowieści o rodzinie, powieść, której jeszcze nie było. Zatapia nas w mackach momentami ohydnych konsekwencji zerwanego paktu z diabłem. Myślę, że w tej prozie odnajdą się osoby lubiące elementy realizmu magicznego, fantastyki czy mroku, które nie boją się historii, które wymykają się logice i spokojnej fabule.
„Dałem ci oczy, a ty sporzałaś w ciemność, Irena Solà, tłumaczenie Barbara Bardadyn, Wydawnictwo Czarne, wydanie wrzesień 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
Kerouac, Ginsberg, Burroughs – żadnego z nich nie powinno się czytać w oderwaniu od zrozumienia nurtu bitników. „Beat” – zmęczony, przegrany, to słowo dające początek ruchowi, którego „wyznawcy” byli buntowniki, pogardzali konsumpcjonizmem, wyznawali swobodę twórczą, często dążący do prawd objawionych zażywając narkotyki i nadużywając alkoholu. „W drodze” Kerouac’a, „Skowyt” Ginsberg’a oraz „Nagi lunch” Burroughs’a uznawane są za najważniejsze powieści w tym nurcie. Wydawnictwo Filia ogłosiło, że przybliży polskim czytelnikom wszystkie trzy najważniejsze powieści Burroughs’a, na początek raczy nas powieścią „Queer”.
„Queer” swoją dekadencją perfekcyjnie wpisuje się w filozofię bitników. Jednocześnie jest też niepokojącym obrazem życia samego autora, który w swoich dzieła przemyca burzliwe karty swojej własnej „drogi bitnika”. Życie Burroughs’a jest istnym materiałem powieściowym. Lata zmagania się z nałogiem oraz homoseksualizm autora to najczęstsze motywy przewodnie jego twórczości. „Queer” został napisany w latach 50-tych, jednak na swoją publikację czekał do 1985 roku, my możemy doświadczyć obcowania z tą w pięknym wydaniu w 40 lat po jej publikacji.
„Queer” towarzyszy również głos samego Burrougs’a we wstępie, który wyjawia najważniejszą przyczynę powstania tej powieści. Jej punktem wyjściowym była chwila, w której Burroughs zabił własną żonę podczas pijackiej nocy. Udało mu się uniknąć długo wyroku więzienia, ale za podejrzenie posiadania narkotyków, uciekł do Meksyku, która stała się głównym miejscem akcji w „Queer”.
Jednak „Queer” to przede wszystkim powieść, która snuje się po zakamarkach pragnienia, które skazane jest na porażkę. Lee, główny bohater, skrywa się w meksykańskich światku przed wymiarem sprawiedliwości, ale też szuka chociażby skrawka miłości. Jest starzejącym się mężczyzną, któremu brak pewności siebie, młodość upłynęła, ale chęć posiadania kompana życia nie przemija. Obcowanie z tą prozą będzie obrazoburcze, główny bohater irytująca, nie będzie szukał czytelniczej sympatii czy rozgrzeszenia. Nie liczcie na tolerancyjny język, tamte czasy go nie znały, a Burroughs na samym sobie wieszał „homofobiczne psy”. „Queer” to powieść o obsesji, pragnieniu, które jest narratorowi wydawane i wyszarpywane, dlatego nie ma tu nic czystego, niewinnego czy skazanego na powodzenie. William to Lee czy Lee to William i jednego i drugiego spotykają ściany obojętności, kochanie za dwoje czy wieczne poczucie pustki i niespełniona oraz próby zapełnienia ich uniesieniami wywoływanymi przez używki. „Queer” wyje, drażni i nie nasyca. Przygotujcie się.
„Queer”, William S. Burroughs, tłumaczenie Teresa Tyszowiecka, Wydawnictwo Filia Literacka, wydanie wrzesień 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Jeśli chcesz mi pomóc w tworzeniu treści i wesprzeć moje miejsce w wirtualnym świecie, bądź doceniasz to, co robię i pomagam Ci w doborze nietuzinkowych lektur, to możesz mnie wesprzeć wirtualną kawą:
https://buycoffee.to/ksiegarkanaregale




