„Jezioro stworzenia” Rachel Kushner to powieść, którą nie łatwo sklasyfikować. Choć z początku przypomina thriller szpiegowski. Mamy tutaj tajną agentkę infiltruje radykalną wspólnotę ekologiczną na francuskiej prowincji. Jednak autorka wykorzystuje tę konwencję przede wszystkim jako narzędzie do zadawania pytań o naturę cywilizacji, tożsamości i ludzkiej potrzeby przynależności. Co odróżnia ją od innych thrillerów, to książka, w której napięcie rodzi się nie tyle z samej akcji, ile z konfrontacji odmiennych wizji świata.

Główną bohaterką jest Sadie Smith, Amerykanka pracująca jako agentka operacyjna, wysłana do Gujenny z zadaniem rozpracowania komuny Le Moulin. Kushner kreśli ją jako osobę niezwykle skuteczną, inteligentną, ale też emocjonalnie zdystansowaną. Sadie opanowała umiejętności obserwacji i manipulacji, dlatego początkowo wydaje się idealnie przygotowana do realizacji misji. Sytuacja komplikuje się jednak wraz z pojawieniem się Bruna Lacombe’a, filozofa, prymitywisty i duchowego przewodnika wspólnoty. Jego rozważania dotyczące prehistorii, początków ludzkiej cywilizacji oraz alternatywnych sposobów organizowania życia stopniowo podważają pewność siebie bohaterki i zmuszają ją do zakwestionowania własnych przekonań.

„Jezioro stworzenia” może przyciągać właśnie tą siłą idei. Kushner nie ogranicza się do krytyki współczesnego kapitalizmu czy ekologicznych zagrożeń. Interesuje ją znacznie szerszy problem, a mianowicie czy rozwój cywilizacyjny rzeczywiście oznacza postęp oraz czy człowiek potrafi wyobrazić sobie życie poza strukturami, które uznaje za naturalne i nieuniknione? W tle pojawiają się refleksje dotyczące przemocy, historii gatunku ludzkiego, relacji z naturą oraz potrzeby kontroli, która współcześnie przybiera formę technologicznego nadzoru i wszechobecnej analizy danych. 

Ciekawiła mnie też jak przedstawiona została również sama wspólnota Le Moulin. Autorka unika prostego podziału na idealistów i cyników. Członkowie komuny są jednocześnie autentycznie zaangażowani w swoje idee i uwikłani w sprzeczności, które towarzyszą każdej próbie ucieczki od współczesnego świata. Odczytując to w ten sposób, widzimy, że powieść nie staje się tylko politycznym manifestem, ale też studium ludzi poszukujących alternatywy wobec dominującego modelu życia.

Narracja prowadzona jest z chłodnym dystansem, co jednocześnie współgra sposób postrzegania świata przez Sadie. Nie znajdziecie tutaj jednak spektakularnych zwrotów akcji, ale za to sporo fragmentów poświęconych rozważaniom Bruna oraz opisy francuskiej prowincji, które nadają powieści gęsty, nieco melancholijny klimat. Niektórzy mogą odczuć znużenie tempem narracji, ponieważ książka częściej zatrzymuje się przy ideach niż przy wydarzeniach, dlatego warto być na to przygotowanym.

„Jezioro stworzenia” to z pewnością ambitna i wymagająca powieść, która wykorzystuje schemat thrillera do rozważań nad kondycją współczesnego człowieka. Rachel Kushner łączy polityczną przenikliwość z filozoficzną refleksją, tworząc książkę o świecie zmęczonym własnym postępem i o ludziach próbujących odnaleźć sens poza obowiązującymi narracjami.

„Jezioro stworzenia”, Rachel Kushner, tłumaczenie Marek Fedyszak, wydanie maj 2026, Oficyna Noir Sur Blanc

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

Kiran Desai kazała swoim czytelnikom czekać na nową powieść niemal dwadzieścia lat od nagrodzonego Bookerem „Brzemienia rzeczy utraconych”, które pamiętam do dziś, dlatego bez wahania sięgnęłam po najnowszą powieść. Desai powróciła i to jak! Z ponad ośmiusetstronicowym dziełem imponującym rozmachem, ale przede wszystkim niezwykłą wnikliwością w opisywaniu doświadczenia emigracji, samotności i ciężaru rodzinnego dziedzictwa. Powoli nasiąkałam jej atmosferą, rytmem i melancholią ludzi żyjących pomiędzy światami.

Tytułowa samotność Sonii i Sunny’ego nie jest wyłącznie stanem emocjonalnym dwojga bohaterów. Desai pokazuje ją jako doświadczenie pokoleniowe i niemal egzystencjalne, bo przede wszystkim śledzimy samotność emigranta, który nie czuje się u siebie ani w kraju pochodzenia, ani w miejscu, do którego wyjechał. To wyobcowanie nie kończy się w chwili przekroczenia granicy czy zdobycia amerykańskiej zielonej karty. 

Desai równie przenikliwie opisuje, jak trudno wyrwać się z okowów tradycji i rodzinnych oczekiwań. Nawet Nowy Jork nie daje wolności od tego, co zostało wyniesione z domu. Sunny pozostaje pod ogromnym wpływem swojej matki, Babity, która jest stale obecna w jego myślach i decyzjach. To jedna z najbardziej wyrazistych postaci w powieści. To kobieta uwikłana we własne kompleksy, przekonana o wyższości swojej klasy i własnej „brązowej” tożsamości. Jej rasistowskie i uprzedzone komentarze nie są jedynie cechą charakteru, ale mechanizmem obronnym, sposobem na zachowanie poczucia wartości w świecie, który nieustannie hierarchizuje ludzi według pochodzenia, koloru skóry czy statusu społecznego. Desai nie boi się pisać o rasizmie w każdej jego odsłonie, pokazując, że uprzedzenia nie są wyłączną domeną większości.

Autorka zajmuje się też tematem sytuacji kobiet. Sonia, próbując odnaleźć się w Stanach Zjednoczonych, odkrywa, że zmiana kraju nie oznacza ucieczki od patriarchalnych mechanizmów. W Indiach była wychowywana w kulturze, która często spycha kobiety na drugi plan, ale „wielki świat” nie oferuje jej wcale pełniejszej podmiotowości. Nadal doświadcza przemocy, lekceważenia i bycia niewidzialną. 

Porwał mnie też język tej samotności. Jednym z najpiękniejszych fragmentów powieści jest dla mnie opis zimowego Vermont, które z przyjaznej, sielskiej krainy zamienia się w miejsce bezkresnej izolacji. To tutaj poznajemy Sonię, gdzie studenci pozostający na kampusie podczas przerwy świątecznej „ćwiczą w całej gamie nastrojów kształtowanych samotnością zimowych miesięcy”. To zdanie odczytałam jako metaforę całej książki, ponieważ jej bohaterowie nieustannie ćwiczą się w samotności, uczą się z nią żyć i oswajać ją, choć nigdy nie staje się ona mniej dotkliwa. Narracja płynnie przechodzi między perspektywami Sonii, Sunny’ego, Babity czy ojca Sonii, dzięki czemu otrzymujemy nie tyle historię jednej relacji, ile panoramiczny obraz kilku pokoleń i różnych sposobów przeżywania wykorzenienia. Desai nie spieszy się z opowiadaniem. Pozwala swoim bohaterom milczeć, wracać do tych samych wspomnień, tkwić w pozornie nieistotnych chwilach codzienności. Dla jednych ta rozwlekłość może być wadą, ale dla mnie właśnie ona buduje wyjątkowy rytm tej książki. Nie miałam ani chwili poczucia, że osiemset stron to przesada. Dla mnie ta opowieść potrzebowała oddechu i przestrzeni, by wybrzmieć w pełni.

Desai urzekła mnie tym, że potrafi z doświadczenia emigracji uczynić opowieść uniwersalną. Pisze o ludziach, którzy próbują uwolnić się od rodzinnych historii, klasowych podziałów, społecznych oczekiwań i dawnych krzywd, ale odkrywają, że wszystko to podróżuje razem z nimi. Można wyjechać z Indii, zamieszkać w Nowym Jorku i mówić perfekcyjnym angielskim, a mimo to wciąż słyszeć w głowie głos matki, pamiętać rodzinne przesądy i czuć się obcym we własnym życiu.

„Samotność Sonii i Sunny’ego” to jedna z tych powieści, która pod płaszczykiem powieści o miłości, opowiada o czymś bardziej uniwersalnym. Zostawia nas z refleksją, że samotność nie zawsze wynika z braku ludzi wokół nas, tylko czasem rodzi się z niemożności pełnego przynależenia do jakiegokolwiek miejsca, języka czy wspólnoty. Kiran Desai stworzyła monumentalną, wielowątkową opowieść o emigracji, rasizmie, dziedziczonych traumach i pozycji kobiet, ale przede wszystkim o ludzkiej potrzebie bycia towarzystwa.

„Samotność Sonii i Sunny’ego”, Kiran Desai, tłumaczenie Jerzy Kozłowski, wydanie maj 2026, Wydawnictwo Literackie

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„Okrągły dom” Louise Erdrich to jedna z tych powieści, które pozostawiła we mnie nie tyle wspomnienie konkretnej fabuły, ile silne poczucie obcowania z czymś prawdziwym i trudnym do jednoznacznego osądzenia. Autorka, sama wywodząca się z narodu Ojibwe (Chippewa) i podejmująca w swojej twórczości tematykę rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, stworzyła historię zakorzenioną w realnych doświadczeniach wielu społeczności indiańskich. Nie jest to jednak literacka rekonstrukcja pojedynczego wydarzenia. Erdrich połączyła liczne historie przemocy, niesprawiedliwości i systemowej bezsilności w jedną opowieść, która zyskuje dzięki temu wymiar uniwersalny, a co za tym idzie, piekielnie bolesny.

Tę powieść  faktycznie można określić jako połączenie literatury obyczajowej, powieści inicjacyjnej i thrillera psychologicznego. Punkt wyjścia stanowi brutalna zbrodnia, która momentalnie mnie pochłonęła, jednak autorkę interesuje przede wszystkim to, co dzieje się później. Świetnie portretuje to jak trauma przenika codzienność, jak wpływa na rodzinne relacje i jak stopniowo zmienia sposób postrzegania świata przez młodego bohatera. Joe Coutts, który opowiada swoją historię z perspektywy nastolatka, zostaje zmuszony do przyspieszonego dojrzewania. Jego dzieciństwo nie kończy się jednym wydarzeniem, lecz powoli eroduje pod wpływem kolejnych odkryć, rozczarowań i doświadczeń.

Największą siłą „Okrągłego domu” była dla mnie atmosfera. Erdrich buduje ją cierpliwie, bez gwałtownych zwrotów akcji i tanich efektów emocjonalnych. Napięcie narasta stopniowo, niemal niezauważalnie. Początkowo czytelnik śledzi zwykłe życie mieszkańców rezerwatu, rozmowy rodzinne, przyjaźnie i codzienne rytuały. Z czasem jednak nad tym światem zaczyna ciążyć coraz większy ciężar. Każda kolejna informacja przybliża bohaterów do prawdy, ale jednocześnie pokazuje, że poznanie prawdy nie musi oznaczać możliwości działania. To właśnie ta rosnąca świadomość bezsilności sprawia, że powieść staje się tak przejmująca. Istotnym elementem książki jest także tło społeczne i historyczne. Erdrich pokazuje funkcjonowanie rezerwatu nie jako egzotycznej przestrzeni, lecz jako żywej wspólnoty obciążonej konsekwencjami wieloletnich zaniedbań, nierówności i skomplikowanych regulacji prawnych. Autorka sprawia, że te problemy wyrastają organicznie z doświadczeń bohaterów, przez co czytelnik odczuwa ich skutki razem z nimi.

Erdrich pisze oszczędnie, bez nadmiernego patosu, a jednocześnie niezwykle sugestywnie. Totalnie urzekło mnie to, jak potrafi w kilku zdaniach oddać zarówno brutalność przemocy, jak i czułość rodzinnych więzi. Szczególnie dobrze wypada sposób prowadzenia narracji przez Joego. Młodzieńcza perspektywa pozwala zachować naturalność i autentyczność, a jednocześnie odsłania dramat sytuacji z większą siłą niż narracja prowadzona przez dorosłego bohatera. W świecie przedstawionym humor, przyjaźń i codzienność nie znikają mimo tragedii, lecz współistnieją z nią. To wszystko czyniło dla mnie tę opowieść na wskroś ludzką i wiarygodną. 

„Okrągły dom” szczególnie zapadł mi w pamięć dzięki swojej surowości. Erdrich nie oferuje łatwego pocieszenia ani prostych odpowiedzi. Zamiast tego prowadzi czytelnika przez historię, w której sprawiedliwość okazuje się pojęciem znacznie bardziej skomplikowanym, niż mogłoby się wydawać. To książka mroczna, ale nie pozbawiona człowieczeństwa, bolesna, lecz jednocześnie pełna empatii dla swoich bohaterów. Właśnie połączenie gęstego klimatu, stopniowo narastającego napięcia i emocjonalnej szczerości sprawia, że Erdrich dołącza do moich ulubionych autorek.

„Okrągły dom”, Louise Erdrich, tłumaczenie Agnieszka Walulik, wydanie maj 2026, Wydawnictwo Artrage

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

Jeśli obserwujecie mnie od dłuższego czasu, to wiecie, że moje czytelnicze wybory zazwyczaj zmierzają w stronę smutku, melancholii, rodzinnych traum, życiowych katastrof i wszelkiej maści literackich cierpień… Tym większym zaskoczeniem okazało się dla mnie spotkanie z „Czymże jest mężczyzna bez wąsów” Ante Tomicia, powieścią, która zamiast łamać serce, regularnie doprowadzała mnie do śmiechu!

Akcja rozgrywa się w Smiljevie, niewielkiej dalmatyńskiej miejscowości, gdzie wszyscy wszystko o sobie wiedzą, a jeśli czegoś nie wiedzą, to z pewnością sobie dopowiedzą. Pozornie niewiele się tu dzieje, ale właśnie z tej codzienności Tomić wydobywa cały komediowy potencjał. Mamy młodego proboszcza zmagającego się z własnymi słabościami, wdowę, która nie zamierza rezygnować z przyjemności życia, lokalnych patriotów, emigrantów wracających z Niemiec i galerię osobowości tak barwnych, że trudno byłoby je wymyślić, gdyby nie wydawały się tak boleśnie prawdziwe.

Dla mnie siłą tej powieści jest humor, który nie opiera się on na gagach czy jednorazowych żartach, lecz na ironii, absurdzie i niezwykle trafnych obserwacjach ludzkiej natury. Tomić z czułością, ale i bezlitosną przenikliwością portretuje mieszkańców swojej wioski. Wystarczy spojrzeć na fragment o lokalnej hierarchii społecznej, gdzie różnica między człowiekiem sukcesu a zwykłym mieszkańcem sprowadza się do narzędzia używanego do czyszczenia uszu. Jedni robią to czerwonym łebkiem zapałki, drudzy kluczykiem do Mercedesa. To właśnie taki humor najbardziej do mnie trafiał, inteligentny, podszyty ironią, a jednocześnie niezwykle celny.

Równie świetny jest sposób przedstawienia samego Smiljeva. To miejsce, którego mieszkańcy nie zaprzątają sobie głowy „granicami wszechświata, falowaniem światła czy Achillesem i żółwiem”, ale za to gotowi są prowadzić śmiertelnie poważne dyskusje o tym, jak prawidłowo upiec jagnię. Te fragmenty bawiły mnie najbardziej, bo pokazują, jak Tomić potrafi wydobyć komizm z rzeczy całkowicie zwyczajnych, nie wyśmiewając przy tym swoich bohaterów.

Jest to klasyczna, ale też soczysta komedia obyczajowa. Autor splata losy wielu postaci, stopniowo komplikując ich sytuacje i prowadząc do serii nieporozumień, zbiegów okoliczności oraz coraz bardziej absurdalnych wydarzeń. Fabuła rozwija się lekko, dynamicznie i bardzo naturalnie, a kolejne wątki wzajemnie się napędzają. To jednak nie jest książka, która bawi wyłącznie dla samego śmiechu. Pod warstwą humoru kryje się świetna obserwacja społeczności zamkniętej w swoich przyzwyczajeniach, lokalnych mitach i codziennych rytuałach. Tomić pokazuje ludzkie słabości, próżność, hipokryzję i śmiesznostki, ale robi to z ogromną sympatią. Dzięki temu zamiast satyry pełnej złośliwości dostajemy opowieść, przy której można się śmiać, jednocześnie rozpoznając w bohaterach bardzo uniwersalne cechy.

„Czymże jest mężczyzna bez wąsów” okazało się dla mnie jednym z najprzyjemniejszych czytelniczych zaskoczeń ostatnich miesięcy. Nie spodziewałam się, że książka tak odległa od moich zwyczajowych literackich smętów trafi do mnie aż tak mocno. To komedia błyskotliwa, ironiczna, pełna fantastycznych obserwacji i bohaterów, których długo się pamięta. A przede wszystkim przypomnienie, że czasem warto zrobić sobie przerwę od literackiego cierpienia i dać się porwać historii, która po prostu sprawia ogromną frajdę.

„Czymże jest mężczyzna bez wąsów”, Ante Tomic, tłumaczenie Dorota Jovanka Cirlic, wydanie czerwiec 2026, Oficyna Noir Sur Blanc

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„Yellowstone. Biografia parku” nie jest klasycznym przewodnikiem ani książką przyrodniczą. To rozbudowana, chronologiczna opowieść o narodzinach, dojrzewaniu i współczesności pierwszego parku narodowego na świecie. Autor traktuje Yellowstone jak żywy organizm, którego losy splatają się z historią Stanów Zjednoczonych, zmianami społecznymi, politycznymi i naukowymi.

Książka jest konsekwentnie prowadzona chronologicznie. Wilson rozpoczyna od czasów poprzedzających utworzenie parku, pokazuje proces polityczny i społeczny, który doprowadził do objęcia tych terenów ochroną, a następnie prowadzi czytelnika przez kolejne dekady sporów, błędów i sukcesów. To opowieść nie tylko o gejzerach czy spektakularnych krajobrazach, ale przede wszystkim o ludziach m.in. politykach, naukowcach, przedsiębiorcach, strażnikach i wizjonerach, którzy na różne sposoby wpływali na kształt Yellowstone.

Autor bardzo wyraźnie pokazuje, że historia parku jest jednocześnie historią zmieniającego się stosunku człowieka do natury. Początkowo przyroda traktowana była przede wszystkim jako zasób i atrakcja turystyczna. Przez dziesięciolecia podejmowano decyzje, które dziś wydają się niezrozumiałe. Tępiono drapieżniki, gaszono wszystkie pożary, ingerowano w ekosystem poprzez introdukcję obcych gatunków. Dopiero rozwój ekologii jako nauki pozwolił spojrzeć na Yellowstone jako na skomplikowany organizm wymagający możliwie najmniejszej ingerencji człowieka. Szczególnie interesująco wypada opis powrotu wilków, ochrony bizonów czy zmiany podejścia do naturalnych pożarów po katastrofalnym Lecie Ognia w 1988 roku.

Wilson nie ogranicza się jednak wyłącznie do historii ochrony przyrody. Równie dużo miejsca poświęca konfliktom społecznym i ekonomicznym. Pokazuje napięcia między ochroną środowiska a komercjalizacją, między elitarną turystyką a ideą powszechnego dostępu do parku, a także przypomina o wypędzeniu rdzennych mieszkańców z terenów, które przez pokolenia były ich domem. Dzięki temu Yellowstone przestaje być jedynie pięknym krajobrazem z pocztówek, a staje się symbolem amerykańskich sukcesów, ale również błędów i moralnych dylematów.

Trzeba przyznać, że książka ma trochę akademicki charakter. Wilson pisze rzeczowo, spokojnie i z szacunkiem dla źródeł. Nie szuka taniej sensacji ani emocjonalnych uproszczeń. Jednocześnie potrafi budować sugestywne obrazy i celnie podsumowywać znaczenie opisywanych wydarzeń. W wielu fragmentach wyraźnie widać reporterską umiejętność łączenia faktów z refleksją, dzięki czemu książka nie jest wyłącznie zbiorem dat i wydarzeń. 

Moim zdaniem to książka, którą warto czytać powoli, dając sobie czas na przyswojenie informacji. Nie da się ukryć, że bez skupienia bywa wymagająca. Autor operuje ogromną liczbą nazwisk, instytucji, dat i szczegółowych wydarzeń. Dla czytelnika niezainteresowanego historią amerykańskiej ochrony przyrody momentami może być to przytłaczające. Niektóre rozdziały przypominają trochę opracowanie historyczne, w którym trzeba zachować skupienie, aby nie pogubić się w gąszczu kolejnych postaci i decyzji administracyjnych. 

Choć trudno mówić tutaj o fabule w tradycyjnym znaczeniu, Wilson konstruuje narrację tak, aby kolejne wydarzenia logicznie wynikały z poprzednich. Konflikty dotyczące turystyki, ochrony zwierząt, zarządzania pożarami czy współczesnych zmian klimatu tworzą wielowątkową historię, której bohaterem pozostaje sam park. Dzięki temu czytelnik obserwuje nie tylko rozwój Yellowstone, ale również ewolucję ludzkiego myślenia o przyrodzie.

Wilson chce nam pokazać, że Yellowstone nie jest zamkniętym rozdziałem historii. Problemy, które pojawiały się ponad sto lat temu, pytania o to, komu park ma służyć, jak pogodzić ochronę przyrody z turystyką oraz jak reagować na zmiany klimatyczne pozostają aktualne również dziś. Książka staje się więc nie tylko biografią jednego miejsca, lecz także opowieścią o dojrzewaniu społeczeństwa do odpowiedzialności za środowisko naturalne. Yellowstone. Biografia parku to imponujące pod względem merytorycznym opracowanie, które zachwyca skalą zgromadzonej wiedzy i umiejętnością ukazania jednego miejsca jako zwierciadła historii całego kraju. To książka, która uczy, skłania do refleksji i pokazuje, że nawet najpiękniejsze krajobrazy są efektem nieustannej walki między naturą, polityką i ludzkimi ambicjami.

„Yellowstone. Biografia parku”, Randall K. Wilson, tłumaczenie Adrian Stachowski, wydanie czerwiec 2026, Wydawnictwo Filia Literacka

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„Jest minus dwadzieścia trzy stopnie i sprzedałabyś prawe ramię, żeby móc wyżłopać kilka butelek taniego wina, dzięki któremu straciłabyś przytomność i zapomniała o zimie, zapomniała, że postanowiłaś przestać pić przed czterema dniami, kiedy zrobiłaś test ciążowy.”

Witajcie w świecie kreowanym obserwacją Moustakis, gdzie zdania nie mają szokować, ale  pokazywać rzeczywistość ludzi żyjących na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Alkohol, gniew, zmęczenie czy samotność nie są tu wyjątkami, lecz elementami codzienności.

Moustakis pochodzi z Alaski, jest potomkinią greckich osadników i doskonale czuć, że opisuje miejsce, które zna od środka. Nie interesuje jej alaskański mit budowany przez literaturę przygodową czy turystyczne zachwyty nad dziką przyrodą. Jej Alaska nie jest egzotycznym krajobrazem, lecz codziennością ludzi żyjących w rytmie połowów, zimy, ciężkiej pracy i nieustannego zmagania z naturą.

Autorka zabiera nas do świata, w którym dni odmierza się haczykami i przynętami. Do gabinetu lekarki, która liczy kolejne przypadki na manekinie poprzebijanym wędkarskimi hakami, bo właśnie tam najczęściej wbijają je sobie rybacy. To obraz jednocześnie absurdalny i całkowicie zwyczajny doskonale oddający rzeczywistość, w której niebezpieczeństwo jest wpisane w każdy dzień. Witajcie w miejscu, gdzie rządzi natura, a jak mantrę śledzi nas pytanie „jaki dźwięk wydaje rzeka? Bełkocze? Paple?” Natura nie stanowi tu tła wydarzeń. Jest pełnoprawnym bohaterem, który mówi własnym językiem.

Poszczególne opowiadania tworzą mozaikę doświadczeń. Łączą je miejsca, motywy i sposób patrzenia na świat, dzięki czemu czyta się je jak fragmenty większej opowieści o ludziach ukształtowanych przez surową ziemię. Nie ma tu klasycznych puent ani efektownych zwrotów akcji. Moustakis bardziej interesuje pojedyncza scena, gest czy wspomnienie niż zamknięta fabuła. Każde opowiadanie zostawia po sobie obraz, który długo nie daje o sobie zapomnieć.

To świat ludzi tak zmęczonych pracą, że jeden z bohaterów wbija sobie kilof w stopę tylko po to, by móc odpocząć. Innej przerwy nie ma. To świat, w którym kolejne dzieci kąpią się w tej samej wodzie, bo niczego się nie marnuje, a śnieg potrafi połknąć człowiekowi nogi, zanim ten zrobi następny krok. Zima nie jest tu porą roku. Jest stanem istnienia.

Równie bezkompromisowy jest język tej książki. Szorstki, oszczędny, często wulgarny. Ociekający potem, błotem, rybim śluzem i ciężką pracą. Nie ma w nim literackiego upiększania rzeczywistości. Są za to zdania, które uderzają swoją prostotą i brutalnością.

„Jest, jak mawia Jack, jebany luty, kiedy wszyscy dostają pierdolca i strzelają sobie w łeb.”

Największą siłą Moustakis wydaje mi się jednak to, że potrafi pisać o brutalności bez popadania w sensację. Nawet najbardziej drastyczne sceny nie służą efektowi. Są konsekwencją miejsca, klimatu i życia jego mieszkańców. Tak samo jest z relacjami rodzinnymi. Nie znajdziecie tutaj wielkich wyznań miłości, są za to czyny, wspólna praca, milczenie i obecność. Uczucia wyraża się inaczej, bo na czułość często zwyczajnie brakuje czasu.

„Alaskę masz we krwi” nie opowiada wyłącznie o Alasce. To książka o tym, jak miejsce potrafi wejść człowiekowi pod skórę, ukształtować jego język, sposób myślenia i relacje z innymi. Poruszało mnie też jak tak książka wymownie mówi o dziedziczeniu nie tylko ziemi czy rodzinnych historii, ale również zmęczenia, sposobów przetrwania i przekonania, że życie przede wszystkim trzeba wytrzymać.

Po raz kolejny seria opowiadań amerykańskich Wydawnictwa Czarnego udowadnia, że krótkie formy potrafią zostawić po sobie ślad równie głęboki jak najlepsze powieści. A Melinda Moustakis pokazuje, że czasem wystarczy kilka stron, by poczuć chłód, ciężar śniegu i usłyszeć rzekę, która rzeczywiście nie szumi, lecz bełkocze.

„Alaskę masz we krwi”, Melinda Moustakis, tłumaczenie Jarek Westermark, wydanie czerwiec 2026, Wydawnictwo Czarne, Seria Opowiadań Amerykańskich

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.