„Żyjemy wśród tysięcy i miliardów historii, nie ulega jednak wątpliwości, że kiedy próbujemy tę istotę opowiedzieć, kiedy próbujemy ją sformułować, nazwać, komukolwiek przekazać sedno naszej historii, zazwyczaj to się nam nie udaje, bo albo zatrzymujemy się w czasie i długo analizujemy przesłanki, albo gubimy się w szczegółach konsekwencji.” 

Skłamię jeśli powiem, że to prosta lektura. Skłamię jeśli nie przyznam, że do niektórych stron wracałam, ponieważ uciekała mi ich treść i sens, więc istnieje ryzyko, że w atmosferze zmęczenia czy pośpiechu ta lektura umknie. „A świat trwa” to klaustrofobiczny język, który zamknie Cię w pomieszczeniu bombardowanym przez słowa i różne znaczenia. Język wywołujący panikę i uczucie duszności świata, który  na nas prze, popycha, goni i dobija. To labirynt ze słów, który ma nas otaczać, osaczać, pokazywać, że świat uparcie trwa nawet jeśli dzieją się tragedie, a sensu nie da się wtedy nigdzie odszukać, nawet słowa nie przynoszą pocieszenia. Nie jest to lektura łatwa, ale pod koniec roku zmusi do zwolnienia i pełnego skupienia na oryginalności i zawiłościach językowych autora. 

Na tom „A świat trwa” przypada 21 mikro i makro opowieści prowadzonych przez osobliwych bohaterów. Niektóre zajmą zaledwie dwie strony, by zostawić nam z głębią refleksji nad danym zagadnieniem, inne będą ciągnąć się stronami, by przeczołgać nas egzystencjonalnie, tak jak autor robi to swoim bohaterom. Próbują oni nadać sens istnieniu, dotykają ich minione wydarzenia, kluczą wokół zapętlonych zdarzeń, które wprawiają czytelnika w poczucie nieznośnej trudności bytu. Wszystko to po to, by ukazać samotność oraz zagubienie jednostki w świecie pełnym małych i wielkich katastrof. „

Tegoroczny noblista otrzymał tę nagrodę za „fascynującą i wizjonerską twórczość”. „A świat trwa” stanie się dla Was trafnym dowodem na słuszność tego stwierdzenia. Krasznahorkai tworzy enigmatyczne świata, których język nie będzie łatwy. Książką bez wątpienia wymaga skupienia i nie nadaje się do czytania w biegu, trasie, hałasie. Ona sama jest hałasem, który dudni w skroniach intensywności i przeżywania sztuki. 

„A świat trwa”, László Krasznahorkai, tłumaczenie Elżbieta Sobolewska, Wydawnictwo Czarne, seria Nowa Klasyka, wydanie grudzień 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„Jak dobrze miały motyle, topole, brzozy i pasące krowy, nie musiały być Żydami.” – to zdanie, jak i cała powieść, dowodzą jakim zmyślnym poetą był Erno Szep. Frapujący tytuł „Woń człowieka” przybliża trzy tygodnie z życia węgierskiego poety żydowskiego pochodzenia, który został zmuszony do opuszczenia domu i w wycieńczającym marszu udać się do obozu pracy przymusowej. Jest to niezwykle przejmujący zapis udręki, który na zawsze odmienił postrzeganie człowieczeństwa przez autora. Szep skupia się na roku 1944, zwłaszcza po puczu strzałokrzyżowców.  

To, co zasługuje na uwagę to poetyckość opisu, ale i niezwykłe przywiązanie do szczegółów. W literaturze opisującej Holocaust sposób opowieści potrafi uwypuklić ciężki los, ale jednocześnie dopatrzyć się człowieczeństwa w bestialskim świecie. Szep wygnany ze swojego domu staje się kronikarzem własnego wygnania. Przeciąga nas przez szczegóły wyciągania go z mieszkania, marszu bez znajomego celu, próby spania na stłoczonym stadionie, po żal, że własny kraj poznajesz z perspektywy marszu pogardzanych zamiast zwiedzić go uprzednio w przyjemnych warunkach w osobie turysty we własnym kraju.  

Książka opisuje kolejne niemożliwe doświadczenie, które zabrało wiele ludzkich żyć. Staram się wyszukiwać narracji wyróżniających się językiem i sposobem opowieści. Szep stworzył coś na miarę reportażu lirycznego, który niejednokrotnie wplata poetycki język w okrutny świat, nie szczędzi też ironii, co można też zauważyć w tytule. 

„Woń człowieka”, Erno Szep, tłumaczenie Łukasz Woiński, wydanie 2024, Wydawnictwo Austeria

Książkę zakupiłam w Księgarni kameralnej Austeria w Krakowie.

„Czym jest dom i z czego się składa?” – to rezonujące pytania ma wiele odpowiedzi w tej kolejnej, tnącej jak brzytwa powieści Navarro wydanej na polskim rynku wydawniczym. To pytanie dokucza bohaterom „Pustych domów”, ale w szczególności dwom kobietom, które są w centrum tej historii. Jedna z nich wiedzie życie z pozoru bardziej spełnione. Bardziej niż dziecka, pragnie mężczyzny, ale jednak otrzymuje też potomka. Rodzi się syn, dziecko marzeń, ale nie do końca tych, o których marzy macierzyństwo. Pierwsza matka z tej historii musi zmierzyć się z zaginięciem syna, własnym sumieniem i tornadem pytań czy w ogóle pragnęła zostać matką i wątpliwościami, które ją dopadają. Druga matka mieszkająca na drugim końcu Meksyku od zawsze pragnęła stabilności, nieprzemocowego partnera i ponad wszystko, chciała zostać matką. Ta jednak postanawia się dziecko ukraść i nie ma pojęcia jak bardzo zmieni to jej życie.  

„Zniknięcia to zbiorowe mogiły, które rozwierają nas w środku, i jedyne, czego pragniemy, to móc je wreszcie zasypać.” To, co ponownie urzeka w prozie Navarro to to, co dzieje się w języku, między słowami, w każdym zdaniu. Autorka przedstawia nam dwa światy z dwóch kompletnie innych stron. Te dwie narracja różnią się po mistrzowsku. Oddziela je klasa społeczna, położenie na mapie, wychowanie, rozterki, ale łączy je jedno – syn w spektrum, które obie nauczył czegoś innego. Jeden głos, matki, która nie dopilnowała syna i zniknął mówi językiem cierpienia, drobnych rytuałów, poczucia winy i mroku. Druga narracja wypływa z głębin biedy, życiowych trudności, przemocy wobec kobiet i granic patologii. Obie łączy niezmiernie pustka, którą zapełnia dziecko. Obie starają się zapełnić swoje „puste domy”. S 112 

„Urodziliśmy się po nic”- mówi jedna z matek. Ciężki los ich doświadcza, nie da się wyrwać z biedy, przekroczenie granicy z USA kosztuje krocie, a przemytnicy potrafią oszukać, nie ma ucieczki od beznadziei losu. Tutaj fabuła krwawi, pulsuje, wszystko jest czuciem i bólem jednostki, która powodowany czymś innym potrafi łączyć. Brenda Navarro stworzyła mocny debiut, który wraz z „Prochami w ustach” czyni ją obecnie moim ulubionym głosem z meksykańskiej sceny literackiej.  

„Puste domy”, Brenda Navarro, tłumaczenie Agata Ostrowska, wydawnictwo Artrage, wydanie grudzień 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

„Całymi dniami błąkisnułem się”… „Lunatyczna kraina” wypłynęła na koniec wydawniczego roku i stała się jedną z ukochanych powieści tego roku. W te rejony literacko jeszcze nie zabłądziłam, więc cieszę się, że Mozambik znalazł się na mojej czytelniczej mapie wraz z końcem roku. Mia Couto tworzy niesamowity literacko świat. akie tu są małe-wielkie zdania, ciekawy, niespotykany język, który staje się osobnym bohaterem tej poruszającej książki nazywanej jedną z najwybitniejszych afrykańskich powieści XXI wieku. Aż trudno uwierzyć, że to debiut autora, potomka portugalskich emigrantów. 

Pierwsze zdanie zostaje na zawsze. Czy chcę Wam je zdradzać? Bardzo. Ale to Wy musicie po nią sięgnąć i jej doświadczyć i doświadczyć języka, który jest tu osobnym pulsującym mięśniem. Skosztujcie sami tych nowosłów, wymieniam zaledwie kilka, ale uwierzcie, że każde pada w idealnym miejsce opowieści nadając jej jeszcze głębszego sensu i skali odczuwania. 

Pośnisnuć. Wydurmyślenia. Szlamotność. Czarowieści. Namysłuchując. Przeradrżenie. 

„Dzisiaj każdy, kto tu trafia, przynosi na czubkach palców śmierć.” – tłem do opowieści i naszej podróży po tytułowej lunatycznej krainie jest wojna domowa, która jest tutaj silnym powidokiem, przyczynkiem do wyruszenia w drogę dwóch głównych bohaterów, Młodego i Starszego. Kim są dla siebie? Nie dowiemy się do końca, młodszy nazywa swojego opiekuna wujkiem, a ten wyciągnął go z obozu dla uchodźców. Skrywają się w spalonych zgliszczach autobusów, a tam odnajduje ich zeszyt pełen opowieści, które stanę się paralelną historią. 

„Zanurzymy się w tych zeszytach, w nich będziemy śpiewać. W nich będziemy tańczyć.” Kocham fakt, że akt czytania staje się w „Lunatycznej krainie” ocaleniem od samotności, od strachu przed tym, co czai się na wojnie. Młody umie czytać, za co starszy staje się dozgonnie wdzięczny. Świat jest okrutny, nie ma między nimi wiele czułości, przejawia się w chwilach, gdy starszy prosi młodszego, by czytał. 

Couto lepi świat ulepiony z nędzy i głodu, gdzie mało zostaje miejsca na miłość czy przyjaźń. To pełnokrwista powieść, w której liryzm łączy się z brutalnością wojny i samotnością wygnańców, ale w jakiś szalony sposób odnajduje się w niej dom i walkę o bezpieczeństwo i ciepło wypływające z wielu zdań z tych powieści, która stara się ukazać obywateli Mozambiku jako naród pełen hardości i kulturowego piękna. „Lunatyczna kraina” snuje się pomiędzy fikcją, faktami, realizmem magicznym a snem, ale jedno jest pewna, spowija czytelnika literaturą niełatwą, ale pełna lirycznego piękna w zgliszczach tego świata.  

„Lunatyczna kraina’, Mia Couto, tłumaczenie Michał Lipszyc, wydawnictwo Artrage, wydanie grudzień 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

„Nie pozwoli się jeszcze raz zmusić do pokory, do czekania na ich decyzję, skoczy! Jeden gwałtowny zamach i runie na ulicę jak z trampoliny do basenu. Czuje w ustach chłodny prąd powietrza, wyczuwa ramionami próżnię, brak oparcia, wymykanie się granic przestrzeni. Nogi chwieją mu się miękko, jak u szmacianej lalki, całe ciało wypada ze swego kształtu, ze swojej umownej spoistości, krew tryska, wszystko się rozpada, cały świat, rozpada się ulica, ku której leci.”

„Skazany jest – z własnej woli – na wieczne krążenie po znanych drogach i ulicach, uważny, bezczynny, znużony obserwator.” – to chyba najlepsze zdania podsumowania narratora powieści „Księga Blama”, będącej częścią nowosadzkiej trylogii: „Użycie człowieka” i znany już polskim czytelnikom „Kapo”, który wylądował na niejednej półce najbardziej cenionych tytułów 2025 roku. Naturalne zatem, że zaczęłam szukać kolejnych wydań na polskim rynku wydawniczym i tym sposobem natrafiłam na stare wydanie tej części. 

Ta część odnosi się do masowego mordu dokonanego przez wojsko węgierskie sprzymierzone z III Rzeszą, który miał miejsce w styczniu 1942 roku w Nowosadzie na Żydach i Serbach. Nie jest to jednak jedynie zapis tejże masakry, na całość składają się między innymi rozważania na temat poczucia winy ocalałego i przymus życia dalej z obrazami, które się widziały i strat, których się doświadczyło. Są to obrazy nielinearne, kluczą pomiędzy teraźniejszością i przeszłością, nakłaniając czytelnika do uważnego śledzenia zajść z przeszłość i ich wpływu na „teraz”. Niekiedy „teraz” jawi się jak mara senna, koszmar, powidoki traum. Tisma ponownie przyciąga nas do siebie językiem stworzonego świata. W „Kapo” po mistrzowsku rozrysował świat poczucia winy oprawcy. Nie inaczej jest w „Księdze Blama”, gdzie bycie ofiarą, która ocalała nabiera wielowymiarowego wydźwięku, dzięki maestrii języka autora. Pozycja obowiązkowa dla ceniących głębię doświadczeń i sposób pisania serbskiego pisarza. 

„Księga Blama”, Aleksandar Tisma, tłumaczenie Magdalena Petryńska , wydawnictwo Czytelnik, wydanie 1978

Książkę kupiłam w antykwariacie na Allegro.