Kolejny reportaż z serii Sulina, który wymyka się prostym kategoriom reportażu czy literatury podróżniczej. Dla mnie to raczej literacki fresk utkany z esejów, rozmów, wspomnień i miejskich mitów. Fresk, który próbuje uchwycić Neapol w jego najbardziej sprzecznej, pulsującej formie.
Już na poziomie konstrukcji widać, że Kępiński nie interesuje się linearną opowieścią. Zamiast tego prowadzi czytelnika przez miasto fragmentami, jakbyśmy sami błądzili jego ulicami, skręcając w kolejne zaułki historii, kultury i codzienności. To Neapol widziany z wielu perspektyw, przez rozmowy z mieszkańcami, przez literaturę, przez pamięć i przez teraźniejszość, która nieustannie przetwarza przeszłość.
Największą siłą tej książki jest jednak dla mnie język. Kępiński operuje stylem gęstym, obrazowym, momentami niemal poetyckim, ale nigdy przesadnie ozdobnym. Jego opisy mają w sobie coś z reporterskiej precyzji, a jednocześnie potrafią przechodzić w ton niemal oniryczny. Dzięki temu Neapol nie jest tu tylko miejscem, staje się stanem umysłu.
Skosztujcie sami:
„W Neapolu piękno przenika brzydotę, brud przykrywa wspaniałe mozaiki (…) spalone motorowery albo samochody są pamięcią codzienności.”
To zdanie właściwie streszcza całą filozofię tej książki. Kępiński nie próbuje „oczyszczać” miasta ani go estetyzować, przeciwnie, pokazuje, że jego tożsamość rodzi się właśnie z napięcia między tym, co zachwycające, a tym, co odpychające. Brzydota nie jest tu defektem, lecz integralną częścią pejzażu.
„Neapol to świat z lekka psychotyczny. Z jednej strony religijny (…) z drugiej okrutny i zbrodniczy.”
To jedno z najcelniejszych ujęć ducha miasta. Kępiński znakomicie uchwycił tę schizofreniczną dwoistość, religijność splatającą się z przemocą, sacrum z profanum, świętość z przestępstwem. Co więcej, autor sugeruje, że te porządki nie tylko współistnieją, ale wręcz się warunkują. To bardzo dalekie od stereotypowego, „turystycznego” spojrzenia.
Warto też podkreślić, że język Kępińskiego buduje specyficzne napięcie emocjonalne. Nie jest to narracja neutralna, czuć w niej fascynację, ale i niepokój. Autor nie ukrywa, że Neapol bywa przytłaczający, chaotyczny, a nawet brutalny, ale jednocześnie nie pozwala czytelnikowi się od niego zdystansować. Kocham takie reportaże, jest niemal oniryczny, ponieważ Kępiński rzeczywiście tworzy coś na pograniczu snu i dokumentu, rzeczywistość jest tu realna, ale jednocześnie lekko przesunięta, jakby filtrowana przez emocje, pamięć i wyobraźnię.
Istotne są też tematy, które autor podejmuje, od historii i polityki, przez działalność kamorry, po kwestie społeczne, migracyjne i kulturowe. Jednak nie są one podane w formie suchych analiz, ale zawsze zakorzenione są w konkretnych historiach, twarzach, rozmowach.
Najciekawsze jest jednak to, że mimo całej tej „ciemnej” strony, mimo przemocy, chaosu, biedy, to książka wcale nie zniechęca do Neapolu, wręcz przeciwnie. Jest w w tej książce coś na kształt literackiej ody. Nie naiwnej, nie idealizującej, ale głęboko zaangażowanej emocjonalnie.
„Neapol słodki jak sól”, Piotr Kępiński, Wydawnictwo Czarne, seria Sulina, wydanie 2025
Książkę zakupiłam na Vinted.
Czekaliśmy na tę książkę ponad dekadę i każdy zadaje sobie pytanie czy było warto. Czytając naprawdę czułam ciężar tego oczekiwania. „Bilans snów” to powieść, którą czyta się nie tylko jako historię, ale jako pewnego rodzaju rozrachunek z czasem, wyborami, złudzeniami i tym, co zostaje po ich rozpadzie. To jej pierwsza powieść od czasu „Americanah”, a „Bilans snów” nie próbuje nikogo uwodzić łatwą narracją. Ta książka wymaga, zatrzymuje, ale mnie absolutnie nie zmęczyła, wręcz przeciwnie, nasycała mnie ze strony na stronę i pomimo swoich 460 stron, to przeczytałam ją błyskawicznie.
„Bilans snów” to jakby cztery książki w jednej. Mamy tutaj cztery kobiety, cztery biografie, cztery sposoby przeżywania świata, które nieustannie się przekształcają i przenikają. Nie ma tu klasycznej, linearnej fabuły. Raczej powracające fale wspomnień, decyzji, strat i nadziei. Akcja zaczyna się tuż przed pandemią, w świecie jeszcze „normalnym”, ale już podszytym niepokojem, który bardzo pasuje jako wprowadzenie do rozterek głównych bohaterek. To tło dla znacznie głębszego rozrachunku z mężczyznami, z miłością, z samymi sobą. To powieść o niespełnieniu, ale zachwyca to, że to niespełnienie, które nie jest porażką, ale raczej jednym wielkim krzykiem wobec cudzych oczekiwań.
Trudno mi oddać sposób, w jaki pisze Adichie, ale pisze w sposób, który mnie rozbraja, ponieważ zdania płyną spokojnie, niemal kojąco, by nagle uderzyć w coś bardzo czułego, bolesnego i zostawić ślad. To pisanie trochę wstydliwie, trochę z poczuciem, że wchodzimy w coś zbyt intymnego. I chyba właśnie na tym polega siła tej prozy, bo ona nie opowiada o bohaterkach, a ona pozwala być w nich. Świetnym jest to, że to też język bardzo świadomy kulturowo, zakorzeniony między Nigerią a Stanami Zjednoczonymi, balansujący między doświadczeniem emigracji a pamięcią miejsca pochodzenia.
Najmocniejszą osią powieści są dla mnie kobiety, ponieważ każda z nich reprezentuje inny sposób mierzenia się z życiem, które nie poszło zgodnie z planem. Chiamaka to dla mnie przede wszystkim pytanie o kompromisy. O to, co się dzieje, gdy osiągamy sukces zawodowy, ale coś bardzo osobistego się rozpada. Omelogor jest chodzącym buntem. Inteligentnym, ostrym, momentami niewygodnym. Rozbija schematy i narracje, które często przyjmujemy bezrefleksyjnie. A jednocześnie czuć w niej ogromne zmęczenie, z którym łatwo współodczuwać. Zikora to opowieść o złudzeniu kontroli. O tym, jak jedno wydarzenie potrafi przesunąć całe życie na inny tor. Kadiatou to chwila, w której wszystko cichnie. Jej historia jest jak otwarta rana tej książki. Inspirowana rzeczywistymi wydarzeniami, niesie w sobie ciężar przemocy, rasizmu i systemowej niesprawiedliwości. O czym tak naprawdę jest ta książka?
Dla mnie „Bilans snów” to powieść o bilansie ciała, bilansie oczekiwań, rozczarowań, bólu, ale też walki o własną godność i słuszność obranej drogi życiowej. To też o tym, że miłość nie zawsze ratuje, sukces nie zawsze daje spełnienie, a życie rzadko wygląda tak, jak je sobie zaplanowaliśmy. A przede wszystkim uśmiecha się tutaj do nas siostrzeństwo. Obecność drugiej kobiety, która rozumie, widzi i zostaje. Czy było warto czekać 10 lat? Tak. Bez wahania. To powieść przez duże P. Ktoś powie, że rozwlekła, kliszowa, ale ja czytałam ją zachłannie, pędząc przez kolejne historie, a jednocześnie czując, że coś we mnie zostaje po każdej z nich.
„Bilans snów”, Chimamanda Ngozi Adichie, tłumaczenie Kaja Gucio, Filia Literacka, wydanie kwiecień 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
W „Moich przyjaciołach” ujęło mnie to, że Matar buduje opowieść, która rozgrywa się jednocześnie w historii i w ciszy, która zostaje po strzałach, po utracie domu, po słowach, których nie można wypowiedzieć. To powieść, która nie tyle opowiada o wygnaniu, ile pozwala je odczuć. I ja czułam je od pierwszej strony.
Już pierwsze zdanie jest rozciągnięte, gęste, niemal hipnotyczne i ustawiło dla mnie ton całej książki. Jest w nim coś z zawieszenia między przeszłością a teraźniejszością, między tym, co powiedziane, a tym, co przemilczane. Matar od początku sygnalizuje, że jego język będzie pracował na granicy.
Tłem wydarzeń jest Libia pod rządami Muammara Kaddafiego oraz doświadczenie emigracji politycznej. Punktem zapalnym staje protest pod ambasadą w Londynie w 1984 roku, które jest wydarzeniem opartym na faktach i w powieści urasta do rangi momentu granicznego. To właśnie wtedy historia wdziera się w życie bohaterów z brutalną siłą.
„Demonstranta dzieli od wznoszonego przez niego hasła rozległa przepaść. W tej przepaści zawiera się cała historia polityki” to słowa, które we mnie uderzyły i doskonale oddają sposób, w jaki Matar myśli o polityce. To nie ideologia, ale jako niemal przestrzeni pęknięcia.
Podoba mi się, że nie znajdziemy tu retoryki ani publicystycznego tonu. Reżim istnieje przede wszystkim poprzez swoje konsekwencje w życiach bohaterów. To strach w rozmowach telefonicznych, autocenzura, konieczność zakładania masek.
Chaleda obserwujemy od młodości aż po dojrzałość. Dojrzewa w sposób gwałtowny i nienaturalny, „strzały wymierzone w jego ciało” stają się początkiem przyspieszonej dorosłości. To bohater, który nie ma czasu na stopniowe stawanie się, ale zostaje w tę dorosłość wrzucony.
Jego relacje z przyjacielem Mustafą i innymi emigrantami nie są silnie odczuwalne, raczej próbuje wtopić się w brytyjskość i zniknąć. Matar buduje Chaleda z drobnych gestów, rozmów, wspólnego milczenia, prób odtworzenia smaków dzieciństwa. Pięknym jest to, że przyjaźń nie jest tu romantycznym ideałem, ale formą przetrwania. Pięknym zrozumieniem, że nikt inny cię nie zrozumie.
Szczególnie poruszający jest motyw „podwójnego życia”, ponieważ bohaterowie funkcjonują w dwóch rzeczywistościach, tej londyńskiej, która jest względnie bezpieczna i tej libijskiej, która istnieje w telefonach, listach, wspomnieniach. Każda rozmowa z rodziną staje się aktem napięcia, bo każde słowo może zostać podsłuchane.
Fabuła nie rozwija się w klasycznym sensie. To raczej ciąg doświadczeń, które nakładają się na siebie przez dekady od lat 70. aż po Arabską Wiosnę. To „trwanie” jest kluczowe, bo lata mijają, miejsca się zmieniają, ale pewne rzeczy pozostają niezmienne, mianowicie tęsknota, niepewność, poczucie tymczasowości. Nawet gdy pojawia się możliwość powrotu, to nie przynosi ona ulgi, lecz kolejne pytania. Matar potrafi uchwycić doświadczenie emigracji w jednym zdaniu bez patosu i bez nadmiaru słów, ale z emocjonalnym ładunkiem, który wybuchał we mnie silnym współodczuwaniem.
„Moi przyjaciele” to przede wszystkim opowieść o przynależności i o jej utracie i o tym, że dom nie zawsze jest miejscem, do którego można wrócić. Czasem staje się czymś, co istnieje tylko w pamięci lub w relacji z drugim człowiekiem i to te relacje mnie tu kompletnie urzekły. Matar pokazuje też, jak przemoc polityczna przenika do najbardziej intymnych sfer życia, ale jednocześnie robi to bez dramatyzowania. To również książka o przyjaźni jako wspólnym niesieniu doświadczenia, którego nie da się w pełni opisać i o byciu razem w świecie, który nie daje stabilności. „Moi przyjaciele” zostają we mnie jak echo tej sceny pod ambasadą, gdzie strzały rezonują do kresu dni.
„Moi przyjaciele”, Hisham Matar, tłumaczenie Hanna Jankowska, Wydawnictwo Czarne, wydanie kwiecień 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Powieść biograficzna autorstwa Susanne Lieder to książka, która świadomie odchodzi od klasycznej formy biografii. Nie znajdziemy tu chronologicznego zestawu dat, faktów czy szczegółowej analizy dorobku literackiego Agatha Christie. Zamiast tego otrzymujemy miękką, fabularną opowieść o dojrzewaniu do roli jednej z najbardziej rozpoznawalnych autorek kryminałów w historii.
Już od pierwszych stron widać, że osią narracji jest nie tyle kariera pisarska, co droga emocjonalna i życiowa bohaterki. Towarzyszymy Agacie jako młodej dziewczynie, która dopiero szuka swojego miejsca w świecie, w relacjach i w samej sobie. Moim zdaniem ważnym motywem staje się potrzeba szczęścia: „Nie chcę mieć tylko zapewnionego bytu, chcę być szczęśliwa.” To właśnie te słowa wyznaczają kierunek całej historii, szczególnie w początkowych fragmentach, gdzie silnie wybrzmiewa temat miłości, relacji i poszukiwania partnera życiowego.
Lieder przedstawia Agathę przede wszystkim jako kobietę, jako wrażliwą, emocjonalną, momentami niepewną i zmienną w swoich decyzjach istotę. To portret daleki od pomnikowego wizerunku „królowej kryminału”, co niektórych może zdziwić, a możliwie nawet rozdrażnić, dlatego warto zachować otwartą głowę. Zamiast pewnej siebie twórczyni sukcesu widzimy osobę, która próbuje różnych dróg, od muzyki, przez życie towarzyskie, po pierwsze literackie próby. Ta perspektywa sprawia, że bohaterka staje się bliższa i bardziej ludzka, choć chwilami jej niezdecydowanie i zmienność mogą dominować nad innymi aspektami jej osobowości.
Istotną rolę odgrywają również relacje, szczególnie z matką, a później także z mężem i córką. To właśnie one budują emocjonalny fundament opowieści. Życie rodzinne, miłość, rozczarowania i codzienność zajmują tu znacznie więcej miejsca niż sama twórczość literacka. W efekcie poznajemy Agathę przede wszystkim jako córkę, żonę i matkę, a dopiero w dalszej kolejności jako pisarkę.
Warto mieć świadomość, że przez dużą część książki pozostajemy w etapie „przed”. Przed wielkimi sukcesami, przed ugruntowaną pozycją literacką. Moment wejścia w świat kryminału i rozpoznawalności przychodzi stosunkowo późno, a gdy zaczyna nabierać znaczenia, narracja zmierza już ku zakończeniu. To sprawia, że czytelnik może odczuć pewien niedosyt w kontekście rozwoju kariery autorki, ale myślę, że fani słynnej pisarki ucieszą z kolejnej perspektywy ujęcia jej życiorysu.
Pod względem językowym powieść jest bardzo przystępna. Styl Susanne Lieder jest lekki, płynny i nastawiony na emocjonalny odbiór historii. Książkę czyta się szybko i bez większego wysiłku. Momentami pojawia się delikatna nuta sentymentalizmu, szczególnie w wątkach romantycznych, co jednak pozostaje ona spójna z charakterem całej opowieści.
Nie jest to książka, która ma ambicję odkrywania nieznanych faktów czy redefiniowania postaci Agatha Christie. Jej siła leży gdzie indziej, mianowicie w próbie pokazania, skąd wzięła się ta ikona literatury, zanim jeszcze nią została. To opowieść o procesie, o drodze pełnej wątpliwości, prób i emocji.
„Narodziny Królowej Kryminału” to przede wszystkim historia o stawaniu się. Zdecydowanie bardziej intymna niż faktograficzna, bardziej emocjonalna niż dokumentalna, co myślę warto wiedzieć zanim zabierzecie się za lekturę. Dla czytelników zainteresowanych ludzkim obliczem Agathy Christie będzie to wartościowe uzupełnienie jej literackiego wizerunku. To książka, która nie tyle odpowiada na pytanie „co osiągnęła?”, co raczej „jak do tego doszła”.
„Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału”, Susanne Lieder, tłumaczenie Barbara Niedźwiedzka, Wydawnictwo Marginesy, wydanie kwiecień 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
„Każdy powinien nieść kości tego, kogo zabił. Aż do swojej śmierci. To doskonała kara.” Myśli narrator tego kolejnego poturbowanego obrazu traum spod pióra wybitnego autora. Fabuła skupia się na Filipie Latinoviciu, człowieku, który „odsiedział nieludzkość”. Już samo to zdanie jest jak wyrok. Filip wychodzi na wolność po 25 latach spędzonych w norweskim więzieniu, ale bardzo szybko okazuje się, że wolność jest pojęciem czysto teoretycznym. Bo jak opuścić więzienie, skoro nie da się opuścić samego siebie?
To trzecia odsłona trylogii po „Windzie Schindlera” i „Czemu na podłodze śpisz”, ale mam wrażenie, że tutaj wszystko dochodzi do punktu granicznego. Do miejsca, w którym język już nie wystarcza, a jednak autor wciąż nim operuje, oszczędnie, ascetycznie, z chirurgiczną precyzją. Ta poetyka zdań nie zapiera dech w piersiach, ona go zabiera.
„Ale ja jestem byłym człowiekiem, teraz spadłem niżej, o całą oktawę. Nie poznaję samego siebie. Siwy człowiek.”
To nie jest tylko portret jednostki. To wiwisekcja człowieczeństwa po katastrofie. Filip nie jest „postacią” w klasycznym sensie. Dla mnie on jest pęknięciem, szczeliną, przez którą wycieka wszystko, co najtrudniejsze, wina, trauma, pamięć. To właśnie w jego konstrukcji Cvijetić osiąga coś niezwykłego, ponieważ zmusza nas, czytelników, do rzeczy niemal niewybaczalnej, mianowicie do współczucia.
„Być Filipem Latinovicem to coś naprawdę strasznego.”
To zdanie wraca jak refren, jak przekleństwo, którego nie da się zagłuszyć. I w pewnym momencie zaczyna rezonować niepokojąco szeroko. Autor bardzo świadomie przesuwa akcent z „kim jest Filip” na pytanie, które sobie zadawałam„czy wszyscy jesteśmy Filipami?”. Nagle uświadamiasz sobie, że to już nie jest bezpieczna literatura o kimś innym. To jest lustro.
Szczególnie uderza mnie, jak Cvijetić rozgrywa formę tej opowieści. To jest literacka brawura najwyższej próby. Filip prowadzi dialog z Darko, samym autorem. autorem. Są niemal kumplami. Za chwilę patrzymy na Filipa z dystansu, jakby był obcym. Potem zanurzamy się w nagłówkach gazet, które czyta. Zaglądamy do książki, którą bierze do ręki po wyjściu na wolność. Narracja rozpada się i skleja na nowo, jak pamięć osoby po traumie, jest fragmentaryczna, niespójna, ale przez to boleśnie prawdziwa.
„To właśnie nas spotyka. Nie potrafimy opuścić cmentarza.”
Tutaj wiele zdań zakorzeni się w czytelniku. Ten cytowany cmentarz nie jest miejscem. To jest stan. Ta książka jest niczym cmentarz wspomnień, cmentarzysko traum, których nie da się zakopać wystarczająco głęboko. Jednocześnie ta książka jest przerażająco aktualna. Cvijetić nie pisze tylko o przeszłości Bałkanów. On bezlitośnie punktuje współczesność. W świecie, w którym „mężczyźni z pomarańczową grzywą są wybierani na prezydentów”, gdzie decyzje polityczne mają realne, krwawe konsekwencje, jego diagnoza brzmi jak ostrzeżenie: „Bez względu na to czy chodzi o demokrację, czy o faszystowską dyktaturę (…) naród zawsze można doprowadzić do tego, by był zgodny z liderami.” Cytowanie tutaj Goringa nie było dla mnie jak historyczna ciekawostka, ale to echo, które wciąż brzmi.
Jednym z najmocniejszych aspektów tej powieści jest jej uniwersalność. To historia o winie, która nie znika wraz z karą, ale też o traumie, która przechodzi dalej w gestach, w języku, w spojrzeniach. Dotyka też kwestii zła, które nie ma jednego początku i nie daje się zamknąć w prostych definicjach, tylko krąży.
Filip wyznaje: „Boję się szaleństwa. Marzę o demencji.” To jedno z wielu rozdzierających wyznań w książce, ponieważ pokazuje, że największym ciężarem nie jest kara, tylko pamięć. Sama czytając, wielokrotnie łapałam się na tym, że chcę od tej książki uciec. Że to naprawdę „za dużo dla mnie”. A jednocześnie nie byłam w stanie jej odłożyć. Cvijetić zmusza do patrzenia tam, gdzie zwykle odwracamy wzrok. W tej prozie pod spodem wciąż są masowe groby, rozstrzelani ludzie, trauma, której nie da się „przepracować” do końca.
Darko dobitnie wytyka palcem współczesność, która dalej pławi się w brutalności i konfliktach przybierając tylko pozornie maskę demokracji i wolności. Podczas lektury mimowolnie cisnęło mi się na usta, że dzisiejszy świat „to za dużo dla mnie”. Czy ta książka to będzie za dużo dla Was? Nie wiem. Ale musicie się przekonać sami czytając ją.
„To za dużo dla mnie”, Darko Cvijetic, tłumaczenie Dorota Jovanka Cirlic, Oficyna Noir Sur Blanc, wydanie kwiecień 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
„Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko” to w gruncie rzeczy próba uchwycenia momentu pęknięcia osobistego, politycznego i cywilizacyjnego.
El Akkad, urodzony w Egipcie, wychowany częściowo w Katarze, a następnie funkcjonujący jako dziennikarz w świecie zachodnich mediów (m.in. w Ameryce Północnej), wnosi do tej książki perspektywę kogoś jednocześnie „wewnątrz” i „na zewnątrz”. To napięcie jest jednym z jej najważniejszych motorów. Autor nie ukrywa, że jego wiara w liberalny Zachód, w jego wartości, język, deklarowaną moralność, uległa erozji. „
Książka ma strukturę eseistyczną, ale jej język pozostaje zaskakująco przystępny. Narracja jest dynamiczna, El Akkad nie rozwleka wątków, lecz prowadzi czytelnika od przykładu do wniosku z dużą precyzją. To styl oszczędny, konkretny, ale jednocześnie nasycony emocją. Szczególnie mocno wybrzmiewają fragmenty, w których opisuje rozpad języka jako narzędzia opisu rzeczywistości. Bezosobowe formy, eufemizmy, selektywność faktów, wszystko to staje się nie tylko przedmiotem krytyki, ale dowodem na głębszą chorobę systemu medialnego.
Trudno nie zamknąć tej książki z bezbrzeżnym smutkiem, ponieważ El Akkad pokazuje, że sposób mówienia o przemocy, a często unikania jej nazwania, jest formą współudziału. Żyjemy w świecie kiedy lekarze muszą stworzyć akronim „WCNSF” (wounded child, no surviving family), mamy do czynienia z językiem, który próbuje uporządkować niewyobrażalne, a jednocześnie je odczłowiecza.
Kontekst Palestyny jest tu kluczowy, ale warto jasno powiedzieć, że to nie jest książka o historii Palestyny ani kompendium wiedzy o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Osoby, które oczekują chronologii wydarzeń czy szerokiego tła geopolitycznego, mogą poczuć niedosyt. Palestyna jest dla El Akkada przede wszystkim soczewką, jakby najbardziej wyrazistym przykładem mechanizmów działania Zachodu, jego selektywnej empatii, politycznej bezradności i moralności uzależnionej od interesu.
To właśnie na tym poziomie książka działa najmocniej. Autor przekonująco pokazuje, że deklaracje polityków, „bicie na alarm”, rzadko przekładają się na realne działania. W efekcie pozostaje pusty język i milczenie, które dziś jest może bardziej porażające niż same słowa. El Akkad zmusza do zadania niewygodnego pytania czy mamy do czynienia z globalną obojętnością wynikającą z fascynacji autorytaryzmem, czy raczej z logicznym produktem liberalizmu sprzęgniętego z kapitalizmem?
Ważnym wątkiem są również osobiste doświadczenia autora jako imigranta i dziennikarza w czasach „wojny z terroryzmem”. To one nadają książce emocjonalną głębię i wiarygodność. Nie jest to chłodna analiza systemu, lecz zapis stopniowego rozczarowania. To „relacja z pewnego końca”. Końca złudzeń, że liberalny porządek świata rzeczywiście stoi po stronie uniwersalnych wartości. Ostatecznie jest to książka o porażce, systemów politycznych, języka, mediów, ale też nas jako zbiorowości. O świecie, w którym „coś się zepsuło w sposobie, w jaki postanowiliśmy żyć”. I choć można mieć poczucie, że nie odkrywa ona zupełnie nowych mechanizmów, jej siła polega na tym, jak bezlitośnie je porządkuje i nazywa. To lektura wymagająca, momentami przytłaczająca, ale trudno ją zignorować. Nie dlatego, że „każdy powinien ją przeczytać”, lecz dlatego, że po jej przeczytaniu znacznie trudniej jest już nie widzieć tego, o czym mówi.
„Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko”, Omar El Akkad, tłumaczenie Agata Ostrowska, Wydawnictwo Obroty, wydanie kwiecień 2026
Książkę zakupiłam na strony wydawnictwa.





