„Czuję, jak piłują mi serce piłą o bardzo drobnych ząbkach.” 

Jakbyście zareagowali na zdradę małżeńską po ponad 20 latach bycia razem? Z tą sytuacją mierzy się narratorka „Kobiety zawiedzionej”, która przedstawia nam swoje przemyślenia, uczucia, lęki i znoje w formie pamiętnika. 

„Pewien człowiek stracił swój cień. Nie pamiętam już, co mu się przydarzyło, ale to było straszne. Ja straciłam swój obraz. Nie patrzyłam na niego często, ale on był w tle.” 

Niesamowicie duszne, szczegółowe studium kobiety, która żyła rodziną i mężem, która poświęciła siebie, by stworzyć dom, który runie w chwili, gdy mąż dopuści się zdrady, a Monika podejmie się próby jej tolerowania. Ze strony na stronę narratorka stawia sobie coraz więcej pytań o sens starań, lata pożycia małżeńskiego, relacji z córkami. Simone nie sugeruje rozwiązań, ona wnikliwie wpuszcza nas w świat kobiety, które całe swoje życie oplotła wokół małżeństwa, którego iluzja dla niej nagle pryska. Stawia przed czytelnikiem drzwi, za którymi drży świat i świat po zdradzie. Świat, który trzeba stworzyć, świat, który budzi strach, bo pachnie nowością i nieznanym. Czy narratorka ośmieli się przekroczyć te drzwi, to pytanie, które rezonuje w czytelnikach przez całe opowiadanie. 

„Kupiłam owoce, kwiaty, powłóczyłam się. Przejść na emeryturę to brzmi trochę jak pójść w „odstawkę”. To słowo mnie mroziło. Przerażała mnie ilość wolnego czasu. Myliłam się. Ten czas jest dla mnie jakby za szeroki w ramionach, ale daję sobie z nim radę. A jak przyjemnie żyć bez poleceń, bez przymusu!” 

Tymi słowami wprowadza nas w swój świat starsza narratorka drugiego opowiadania obecnego w tym zbiorze  „Wieczna młodość świata trzyma mnie w napięciu.” – wyznaje i przeprowadza nas przez swoje rozterki, niemoc twórczą i stagnację w małżeństwie.  „Kobieta zawiedziona” w dzisiejszym czytelniku wywoła wiele frustracji, może nawet uczucia zażenowania, ale literaturę mierzy się niekiedy skalą emocji, jakie wzbudza, a opowiadania obecne w tym zbiorze z pewnością ich Wam dostarczą. Nie można czytać tych nowel z pozycji wyższości dzisiejszej wyzwolonej kobiety i oceniać, ale pamiętać, że to one, wszystkie Sylvie Plath, Virginie Woolf i Simony musiały wyrwać się z okowów i przelać dla nas swoje strumienie świadomości, byśmy my dziś, nie bały się mówić i czuć z wolną piersią. Teksty przeszłości uczą nas teraźniejszości. 

„Kobieta zawiedziona”, Simone de Beavouir, tłumaczenie Ewa Gryczko, Państwowy Instytut Wydawniczy, seria Klub Interesującej Książki, wydanie 1989

Książke kupiłam w Antykwariacie Zakładka.

„Piasek nie pozwala odpoczywać” – brzmi niczym motto tej frapującej powieści z Japonii. Pewnego dnia badacz owadów zostaje uwięziony w piaskowej jamie wraz z mieszkającą tam już kobietą. Z godziny na godzinę, narrator pojmuje, że sam pada ofiarą uwiezienia niczym owad będący obiektem badań człowieka. Powieść śledzi losy bohaterów tej dusznej powieści i ma wrażenie, że śledzi sen absurdu, ale wszystkie uczucia piętrzące się w tej niewielkiej książce są jak najbardziej prawdziwe i oddziaływują mocno na wyobraźnię czytelnika. Tutaj szalejące serce próbuje schować się w odmętach ciała, byleby zwolnić, byleby uciec od obowiązków narzuconych przez absurdalny system panujący w piaskowej jamie. Stajemy się świadkami niesamowitego świata, w którym narrator przechodzi od gniewu, po powolną akceptację, a w końcu niemalże akceptację. 

Nie chcę zdradzać Wam bardziej szczegółowych elementów fabuły, bo te uczucie panujące w „Kobiecie z wydm” trzeba literacko doświadczyć po swojemu. Książka napisana w latach 60-tych, a ja się czuję jakby strzelała mnie celnie z procy w rozdygotane serce przeładowane pracą, bodźcami, hałasem 16 lat pracy jako nauczycielki. Ta książka mnie boli, ale i zapewnia odczucia najżywszej rangi literatury. Czytam, zachwycam się i znów żałuję, że za mało czytam klasyki, a daje się skusić nowościami. 

Czy w piasku i wodzie, w uwiezieniu można odnaleźć swoje drugie ja? To jedno z intrygujących pytań, które zadaje ta ponadczasowa, uniwersalna powieść. Lektura nieoczywista, przerażająco aktualna, dająca wiele furtek interpretacji i współodczuwania.

”Kobieta z wydm”, Kobo Abe, tłumaczenie Mikołaj Melanowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, seria Proza Dalekiego Wschodu, wznowienie czerwiec 2025, pierwsze wydanie 1968

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

Od zarania dziejów powszechną wiedzą jest, że wymieranie gatunków, to nie tylko dzieło zmieniającego się klimatu. „Żywe istoty” to powieść, która w klarowny, a zarazem liryczny sposób, przypomina nam, że to człowiek stanowi największe zagrożenie dla piękna gatunków. Zwłaszcza tych wielkich i pozornie nieustraszonych. Powieść otwiera eskapada, której wypadkową było odkrycie krowy morskiej Stellera.  

Jesteśmy zmuszeni do bycia świadkiem śmierci majestatycznego zwierzęcia, którą autorka opisuje z niebywałą empatią i przywiązaniem do szczegółów, a my czytamy z krwawiącym czytelniczo sercem. Szczegółowy opis polowania, język cierpienia, przekierowują empatię czytelnika z wygłodniałego człowieka na bezbronną krowę morską, która mimo gigantycznych rozmiarów nie potrafi się bronić, zaledwie cicho pojękuje zaskoczona brutalnością nowego mieszkańca swojej wyspy. 

„Idea wymierania jest frapująca i niesamowita – ludzie nie mogą się nasycić bestiami z przeszłości.” Zachwycamy się tym, co wymarłe w muzeach, podczas gdy to my, ludzka chciwość, zabiły piękno tych istot. Ze strony na stronę odznacza się w czytelniku przekonanie graniczące z pewnością, że to człowiek jest dla innego gatunku niczym plaga, asteroida czy potop – „Myśl, że jego własny gatunek mógłby doprowadzić do zagłady innego, nie jest już przeczuciem, lecz przepowiednią, która spełnia się razem za razem” – pisze Turpeinen. 

To, co zasługuje na uwagę, to fakt, że autorka dzieli swoją opowieść na kilku bohaterów i osadza ją w różnych przedziałach czasowych. Wszystko po to, by pozostawić czytelnika z ułudą nadziei, ale ostatecznie ze smutnym wnioskiem – nie da się wskrzesić wyginiętego. Każdy z bohaterów, czy to polityk na wysokim szczeblu, konserwatorka czy obserwator ptaków, nie dadzą rady przełożyć swojej chęci przywrócenia czegoś do życia na istnienie tytułowych „żywych istot”, które człowiek przeniósł w świat niedożywiony, a nam pozostaje jedynie oglądać w muzeach szczątki, kości, fragmenty układanki z przeszłości.

Rzecz niezwykła, rzadko spotykana, to podziękowania na końcu książki. Pierwszy raz to one sprawiły, że w oczach stanęły mi łzy. Autorka swoje podziękowania kieruje w stronę wymarłych gatunków. Wyliczanka śmierci, bezlitosna, cicha, bez kontrowersji, która rezonuje echem krzyku zwierząt, które zamilkły na zawsze z ludzkiej winy. 

„Żywe istoty”, Iida Turpeinen, tłumaczenie Sebastian Musielak, Wydawnictwo Poznańskie, seria Skandynawska, wydanie czerwiec 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy reklamowej.

„Jeszcze nie wiem, co się robi ze strachem o własne życie widzianym w cudzych oczach.” 

Przy tym zdaniu musiałam się zatrzymać, bo niespodziewanie bardzo mnie poruszyło. Szczerze mówiąc, to zdanie mnie rozpłakało. Literatura przynosi pokrewieństwo doświadczeń i odbija nas w lustrze czyjegoś pisania. Ja też poczułam jak to jest trafić na SOR i czekać. Czekać aż ktoś potraktuje Cię poważnie i pilnie, aż dotrze do sedna i odkryje co Ci dolega. Przyjmie Cię na oddział i nie odprawi z kwitkiem i zacznie wtaczać w Twoje żyły jakieś lekarstwo, które zatrzyma to, co pustoszy Cię w środku. Bo to cieszy i boli widzieć strach kogoś bliskiego w oczach odwiedzających. 

Mikołaj Grynberg pierwszy raz nie rozmawia z innymi, a daje nam monolog ze swojego nieumierania. „Rok, w którym nie umarłem” to autobiograficzny zapis tego, jak autor dochodzi do siebie po zawale. Gdy wychodzi się ze szpitala, to nie dziwię się tej przemożnej potrzebie spisania swojego doświadczenia, trzeba mu dać jakieś ujście. Ja miałam wyłącznie ochotę wystawić obrazoburcze opinie lekarzom w opiniach Google, a pan Grynberg prezentuje nam siebie w najbardziej bezbronnej odsłonie. W szpitalu na Erce pacjenci leżą obok siebie oddzieleni parawanami. Grynberg nam swój parawan opuszcza i dopuszcza do swojego powrotu do żywych. To memuar pełen afirmacji, docenienia, ale bez ckliwości, patosu czy żenady. Nie spodziewałabym się niczego patetycznego po pisaniu autora tak wprawionego w literaturze faktu. 

Autor nie szuka literackiej ekwilibrystyki ani filozoficznego zacięcia, by przedstawić swoje „near death experience”. Emocjonalnie, momentami humorystycznie, przede wszystkim dotkliwie szczerze i bez filtrów skłania nas do refleksji nad końcem, bez strachu, ale zdrowym dystansem, momentami humorystycznie, by ściągnąć ze śmiertelnego zagrożenia życia całun kresu i zachęcić żyjących do stania się „niewkur**wialnymi”.

„Rok, w którym nie umarłem, Mikołaj Grynberg, Wydawnictwo Agora, seria Tu/Teraz, wydanie lipiec 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

Ognista pszczoła, burzliwa biografia, strzał w ramię i strzały w stronę ukochanego. To nie treści powieści, ale fakty z życia chilijskiej autorki, która dopiero teraz dociera do polskiego czytelnika. 

„Lato zrywało kolejne kartki z rozpalonego kalendarza” czyż książka, w której pada takie zdanie nie jest najlepszą zachętą do jej chwycenia? Wszystko w opowiadaniach Bombla jest wrażliwe, namiętne, a jednocześnie bezbrzeżnie samotne.

„Smutek wylewa się na powierzchnię mojej istotą z całą gwałtownością, jaką musiałam zgromadzić, gdy spałam.” 

Pierwsze opowiadanie „Ostateczna mgła” otwiera scena rozrywanego dachu, który nie jest przystosowany do takiej zimy. Wydaje się to idealnym odzwierciedleniem uczuć bezimiennej narratorki, która zostaje przymuszona do ślubu ze swoim pogrążonym w żałobie, oziębłym krewnym. Dni mijają im jednakowo, przeraźliwie rutynowo. Czujemy jak narratorka się dusi, ciało psychosomatycznie odczuwa uwięzienie, więdnie – „będzie tak samo, aż starość wydrze mi wszelkie prawo, by pożądać i kochać.”  To powieść wielkich, skrytych namiętności, pachnąca dusznością niespełnienia, odczuwana pod palcami, gdy przewracamy każdą kartkę. Bombal wie jak oddać nieokrzesaną tęsknotę ciała i umysłu, niezaspokojenie, uwięzienie, a zaraz stłumioną chęć ucieczki. Gdy pragniesz tak bardzo być widzianą i kochaną, aż nie wiesz czy jedna, wiecznie rozpamiętywana noc z kochankiem była rzeczywistością czy ułudą. 

Drugi utwór, będą jednocześnie tytułem książki, pochłania czytelnika sposobem narracji. Przemawia do nas nieboszczka, który unosi się nad swoim ciałem i zerka na swoje życie poprzez osoby przybywające, żeby się z nią pożegnać. Bliscy żegnają się z nią, a ona ze swoimi wszystkimi relacjami, uczuciami, żalami, a także przedmiotami. Bombal to niekwestionowana mistrzyni budowania światów graniczących między jawą a snem, nie obcy jest jej realizm magiczny oraz feministyczny krzyk o próby samostanowienia. W prozie Bombal odnajdziemy liczne motywy, między innymi te dotyczące niespełnionej miłości, życia, które uciekło, lęków oraz zniewoleniu konwenansami. Obecna tutaj symbolika to również coś, co pobudza czytelniczą wyobraźnię. 

W jednym z kolejnych opowiadań narratorka pyta siebie: „Lecz jak za jednym zamachem nadrobić takie zaległości? Żeby być inteligentną, trzeba zacząć w młodości, nieprawdaż?”. W pisaniu Bombal nie ma ani jednej płytkiej postaci, wszystkie wylewają z siebie strumienie świadomości jak w światach Virginii Woolf, do której zresztą Bombal bywa przyrównywana. Jej życiorys sam w sobie jest godzien ekranizacji, a jej stworzone światy przybywają do Polski dopiero po 100 latach od swojej premiery. Niech Wam absolutnie nie umkną!

„Spowita całunem”, Maria Luisa Bombal, tłumaczenie Mateusz Lamch, seria Cymelia, Wydawnictwo Artrage, wydanie lipiec 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

W tej wciągającej powieści dwóch rzeczy można być pewnym. Że każdy tutaj odczuwa swego rodzaju głód. Głód dosłowny wynikający z braku produktów, biedy, nierówności społecznych. Druga pewna rzecz, to fakt, iż każdy tutaj jest ofiarą jakiejś przemocy. Czy to ze strony małżonka, ojca, krewnego bądź wroga. „Głodne duchy” przenosi nas do Trynidadu lat czterdziestych XX wieku. Punktem wyjściowym dla tej opowieści jest tajemnicze znikniecie plantatora. 

Z początku wchodzimy w skórę postaci Marlee Changoor, żony zaginionego Daltona, która odczuwa ustawiczne niebezpieczeństwo, gdy zostaje pozostawiona sama na rozległej posiadłości. Po drugiej stronie stykamy się z gorzej sytuowaną rodziną Saroopów, mieszkającymi w zatłoczonym, przeciekającym baraku, w którym nie ma miejsca na prywatność i szczęśliwe życie. Hans, Szueta i ich syn Kryszna tłoczą się w biedzie, osobistych walkach, tych wewnętrznych i zewnętrznych. Hosein kreśli mozaikę Trynidadu tworząc wyrazistych bohaterów, trzymającą w napięciu fabułę, która za tło ma ciężkie życie lokalnej społeczności, w której nikt do końca nie czuje się bezpieczny, czy spełniony.

Uwypuklone podziały społeczne, odczuwalny wpływ kolonializmu, surowy los, a jego rezultatem nawracające ludzkie tragedie, to główne motywy tej rozbudowanej powieści, która zatrzyma Was przy sobie do samego końca i szybko nie opuści, bo ona nie bierze jeńców, nie oferuje szczęśliwego zakończenia, ten tytułowy głód musi w końcu zebrać żniwo. My podczas lektury zastanawiamy się tylko kto padnie jego ofiarą.  

„Głodne duchy”,Kevin Jared Hosein, tłumaczenie Zofia Szachnowska-Olesiejuk, Wydawnictwo Czarne, wydanie lipiec 2025

Książkę przeczytałam w  ramach współpracy barterowej.

„Jest to ton, w którym pobrzmiewa koniec.” 

„Wyjść z tego limbo na zawsze.” Z wszystkich światów wykreowanych w niebanalnym umyśle autora, najbardziej porusza mnie narracja migranta, Afgańczyka, który przez przypadek staje się viralem, ale w sieci komentarzy zalewa go jedynie hejt. Opowiadania wymagają czułej uwagi, ponieważ bohaterowi i wątki przeplatają się ze sobą i wędrują pomiędzy opowieściami. Zbiór otwiera postać Homera Lopeza, który ustawicznie o czymś zapomina, a jedynym co pozostało w jego pamięci to wspomnienie śmierci babci. Od pierwszych stron dajemy się pochłonąć niebanalnie i lirycznie rozrysowanej postaci, która dotyka czułych strun czytelnika.  

„Świat nie przeżyłby tylu nieszczęść, gdyby ludzie częściej patrzyli w niebo.” 

Maciej Wnuk tworzy alternatywne światy, trochę rodem z „Czarnego lustra.” Nie brakuje tutaj technologii, która ingeruje, a momentami nawet steruje ludzkim życiem i prowadzi często do nieuniknionych nieszczęść. Wszyscy bohaterowie tych mikroopowiadań szukają bliskości, uwagi, ale w zimnym świecie, one wciąż umykają. Takie debiuty to coś bardzo obiecującego. Wizje, pomysły, język – tutaj nie ma słabego elementu. Padają tutaj zdania tak literacko dotkliwe, że zatrzymują przy sobie wymuszając pauzę na zachwyt. W „Miejscach odległych” autor snuje rozważania nad kondycją ludzką, które poruszą każdego uważnego obywatela życia zamartwiającego się globalizacją i problemami współczesnego świata. 

„Miejsca odległe”, Maciej Wnuk, Biuro Literackie, wydanie listopad 2024

Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa.

„Miami” ponownie dowodzi, że Joan Didion była królową reporterskiego pióra i soczewką, która skupia w sobie wszystkie bolączki Ameryki. Tym razem literacki talent Didion i jej eseistyczny pazur rozgrzebuje dekadenckie Miami. Jest to niczym pamiętnik skupiający się na latach 80-tych pod rządami Reagan’a oraz eskalacji zimnej wojny. 

Didion łączy wszystkie nitki, rozwija tapetę miasta pełnego kubańskich wpływów. Miami znane obecnie jako cukierkowe centrum rozrywki na południu USA kiedyś była sceną poturbowaną przez hipokryzję polityków, wysoki wskaźnik morderstw oraz wrogów Castro. Wnikliwe wejrzenie w te wszystkie perturbacje są godne podziwu. Didion znana raczej z pisania o swoim miejscu pochodzenia, mianowicie Kalifornii, nagle przenosi się do Miami, by stworzyć szczegółowy portret tego miasta. Spodziewajcie się jednak trochę innych treści niż w „Białym albumie” czy „Dryfując do Betlejem”. „Miami” jest piekielnie szczegółowe, silnie skupia się na polityce, potyczkach, nazwiskach, a nie tak bardzo na analizie społeczeństwa czy zachowań. Czytałam z podziwem dla pióra i erudycji Didion, ale nie czułam się porwana przez samą treść. 

„Miami”, Joan Didion, tłumaczenie Jowita Maksymowicz-Hamann, Wydawnictwo Relacja, wydanie lipiec 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

„Całkiem na miękko, bez przemocy, zakorzeniał we mnie milczenie.” 

Camille Kouchner od pierwszych stron buduje dla nas obraz sielankowego dzieciństwa spędzonego we francuskiej komunie pełnej wolności, artystów, intelektualnych rozmów, ale też nagości, bliskości i braku wstydu. Ze strony na strony czytelnik czuje, że ta pozorna swoboda musi ostatecznie stać się sceną perwersji, niemoralności, a także przekraczania granic intymności. 

Autorka nie szuka sensacji, pisze oszczędnie, jej zdania czają się, by ostatecznie stać się niezwykle szczerym i bolesnym świadectwem siostry molestowanego brata bliźniaka przez ich ojczyma, którego bezbrzeżnie kochali. „Familia grande” jest powieścią niewielkich rozmiarów, która wywołała we Francji ogromną burzę. Ojciec autorki to założyciel Lekarzy Bez Granic oraz były minister, matka była znaną prawniczką, eseistką i pisarką, ciotka cenioną aktorką Nowej Fali, a wspomniany ojczym to wzięty prawnik, politolog i poseł Parlamentu Europejskiego. Nie dziwota, że te życiorysy i obciążające rodzeństwo milczenie wstrząsnęły Francją. Jak w tak pozornie tolerancyjnej, otwartej, inteligenckiej rodzinie dochodzi do tak osobistej tragedii? Na to pytanie stara się odpowiedzieć autorka z szacunkiem przede wszystkim dla brata, któremu dedykuje tę książkę.

„Familia grande” jest szczerym, bezpretensjonalnym wyznaniem narratorki, siostry bliźniaka. To opowieść o tym, jak przemoc seksualna składa w ofierze nie tylko jedną osobę, ale kilka pokoleń, o tym, jak odbiera wspomnienia, dzieciństwo i dewastuje teraźniejszość. Jest też o tym, jak rodzice, jak starsi, wydają nam się „tacy wielcy, tacy ważni, tacy istotni”, że wpędzają nas w sidła milczenia i poczucia winy, które nie odpuszczają.   

„Familia Grande”, Camille Kouchner, tłumaczenie Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Czarne, wydanie lipiec 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

 

Doceniasz to, co robię? Pomagam wybrać Ci wartościowe lektury?

Możesz mnie wspomóc i istnienia tego miejsca poprzez wirtualną kawkę klikając w poniższy link:)

https://buycoffee.to/ksiegarkanaregale