Georgi Gospodinow to jedno z tych nazwisk, które ponoć od dawna przewijają się w rozmowach o literackim Noblu, a mnie wciąż umykało w planach czytelniczych. W moim przypadku spotkanie z jego twórczością zaczęło się od zbioru opowiadań „I wszystko stało się księżycem” i już wiem, że nie będzie to ostatnia wspólna podróż. Czasem trafia się autor, którego po kilku stronach ma się ochotę zapytać: gdzie byłeś przez całe moje czytelnicze życie?
To, co uderza od pierwszych opowiadań, to niezwykły sposób patrzenia na świat. Gospodinow nie szuka wielkich wydarzeń ani spektakularnych zwrotów akcji. Interesuje go to, co dzieje się pomiędzy, drobne gesty, przypadkowe spotkania, samotność ukryta w codzienności, pamięć, która płata figle, i wyobraźnia zdolna nadać zwyczajnym rzeczom zupełnie nowe znaczenie. Potrafi sprawić, że historia zaczyna oddychać własnym rytmem, a czytelnik z łatwością przyjmuje reguły świata, w którym wszystko jest możliwe. Ja przepadłam w tym świecie od pierwszych stron.
Dla mnie największą siłą tych opowiadań jest narracja. Czuć, że Gospodinow pisze lekko, ale pod tą lekkością kryje się ogromna precyzja i głębia znaczeń, w którą wpadłam. Jedno zdanie potrafi rozbawić, kolejne wywołać melancholię, a następne boleśnie przypomnieć o czymś, o czym wolelibyśmy nie pamiętać. Nie ma tu efekciarstwa ani popisywania się formą. Jest natomiast niezwykła umiejętność wydobywania emocji z pozornie błahych sytuacji.
Uroniłam łzę przy „Uojcowieniu”. To jedno z tych opowiadań, które zostają z człowiekiem długo po zakończeniu lektury. Z kolei po „Do Not Disturb” zamknęłam książkę i powiedziałam tylko: kurde, ale opowiadanie. Niewiele tekstów potrafi wywołać taką reakcję nie dlatego, że szokują, ale dlatego, że są po prostu doskonale skonstruowane.
Bardzo bliskie jest mi także to, jak Gospodinow traktuje przedmioty. W opowiadaniu „Córka” rzeczy nie są tylko elementami scenografii. Potrafią stać się towarzyszami samotności, nośnikami pamięci, niemal pełnoprawnymi bohaterami. Uwielbiam taki rodzaj literackiej czułości, w którym granica między tym, co ożywione i nieożywione, delikatnie się zaciera, bo dzięki temu samotność bohaterów staje się jeszcze bardziej namacalna.
Jednocześnie autor z ogromną empatią pokazuje ludzkie dziwactwa. Nie wyśmiewa ich, nie ocenia. To właśnie one czynią jego bohaterów najbardziej wiarygodnymi. Ich obsesje, drobne rytuały, nieporadność czy ekscentryczność okazują się czymś głęboko ludzkim. W świecie Gospodinowa normalność nie jest wartością samą w sobie. Znacznie ciekawsze jest to, co wymyka się schematom.
Są tu również opowiadania bardziej sentymentalne, jak na przykład historie ludzi, którzy przez lata mijają się po to, by w końcu się spotkać, albo spotykają się tylko na chwilę. Łatwo byłoby popaść w banał, ale Gospodinow ma niezwykły dar omijania oczywistych rozwiązań. Nawet kiedy opowiada o tęsknocie czy utraconej miłości, robi to z subtelnością i inteligencją, które sprawiają, że zamiast wzruszenia na pokaz dostajemy coś znacznie cenniejszego, a są to autentyczne emocje.
Jednym z moich ulubionych zdań w całym zbiorze jest: „Historia zrobiła coś, co rzadko mi się zdarzało, podeszła i delikatnie polizała mnie po uchu.” To właściwie dla mnie kwintesencja pisania Gospodinowa. Historia nie jest u niego czymś odległym ani podręcznikowym. Jest żywą siłą, która niepostrzeżenie wkracza do codzienności i dotyka człowieka w najbardziej nieoczekiwany sposób.
Po lekturze zaczynam rozumieć, dlaczego Gospodinow ma tak oddanych czytelników i dlaczego od lat wymienia się go w gronie najwybitniejszych współczesnych europejskich pisarzy. Tworzy opowieści, które trudno streścić, bo ich siła nie tkwi w fabule, lecz w sposobie opowiadania. To literatura, która zatrzymuje, zmusza do uważniejszego patrzenia na świat i przypomina, że nawet najbardziej zwyczajny dzień może skrywać coś niezwykłego. Mam poczucie, że dopiero uchyliłam drzwi do jego wyobraźni, ale już wiem, że chcę wejść do niej głębiej.
„I wszystko stało się księżycem”, Georgi Gospodinow, tłumaczenie Magdalena Pytlak, Wydawnictwo Literackie, wydanie lipiec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Jak ja się otulam tą historią. Pisanie Jansson w wersji dla dorosłych jest równie otulające jak dla młodszych. „Księga lata” składa się dla mnie z mikro scen nostalgicznego dzieciństwa przeplatanego z sędziwym wiekiem babci. Zdania są tutaj jak pocztówki wysyłanego z lata pełnego melancholii. Lata, którego mi tak teraz w Polsce brak, a Jansson maluje mi je w wyobraźni. Znając biografię Tove człowiek robi to tym częściej. Ma się nieodparte wrażenie, że Tove bardzo sprytnie niepostrzeżenie, nienachlanie podłożyła samą siebie pod główne postacie powieści – sześcioletnią Sophię, miłośniczkę burz i sztormów oraz w sędziwą babcię, która wiecznie chowa się pod kocem usłanym z książek i stoi na straży dziewiczości wyspy, na której mieszkają.
Akcja tej letniej powieści rozpoczyna się w ciepły lipcowy poranek w gąszczu piwoni, gdzie babcia z wnuczką szukają szczęki. Od początku wyczuwamy zapach natury, zniżamy się do ziemi, dotykamy się z przyrodą, która będzie odgrywać tutaj kluczową rolę w procesie przemian obu bohaterek. Zadziorna Sophia daje nam się poznać jako wnikliwy obserwator, który nie stroni od poważnych pytań z rzędu: „Kiedy ty umrzesz?” bądź „Jak wygląda niebo?”. Babcia z kolei jest cierpliwym towarzyszem powrotu na wyspę, gdzie nagle łóżko dla Sophii zwalnia się z powodu straty matki.
Skosztujcie sami takich zdań, jak te:
„Kiedy wieje południowo-zachodni wiatr, łatwo odnieść wrażenie, że mijają dni i nic się nie zmienia, nic się nie wydarza, dzień i noc zlewają się w jednostajny, spokojny szum.”
„Sophia spytała, jak jest w niebie, i babcia odpowiedziała, że może tak jak na tej łące.”
Mała Sophia staje się jakoby katalizatorem babcinej pamięci, pamięci, które umyka i się rozmywa niczym horyzont. Przykładowo babcia nie pamięta jak to było spać w namiocie jako skautka, jak to było być pierwszą, która umożliwiła w ogóle innym dziewczynkom być skautkami. Wtedy kluczową rolę odgrywa dociekliwość wnuczki, która poprzez liczne pytania do babci i angażowanie jej w swoje dziecięce przygody, przywołują babcię i jej wspomnienia. Wspomnienia, które nie są wyłącznie opowieściami, kryją się w zmysłach, powidokach natury.
Czytając opływa nas niewymowna troska ukryta w gestach, którą mają dla siebie babcia z wnuczką. „Krajobraz wypełniony jest oczekiwaniem” i to my decydujemy w tej książce na co czekamy, bo każdy ma swoje osobiste lato pełne zadumy i oczekiwań. Każdy z nas wypatruje ptaka zmian, którego skrzydła rozłożą się na jak najdalsze tereny wyobraźni:
Umiejscowienie akcji na wyspie, na której sama Tove uwielbiała spędzać czas, jest bardzo istotne. Wyspa jako oaza, żywy kontrast ze zgiełkiem, odseparowanie potrzebne do pogodzenia się ze stratami, mijającym czasem, wadliwą pamięcią, ale również jako miejsca odkrywania siebie, swoich lęków, znaków zapytania, odpowiedzi bez nakreślonego sensu i kierunku. Tu pastwisko tchnie małą Sophię to rozważań o Bogu i piekle. Sztorm jest piorunującą metaforą walki z samą sobą i żywiołami, które drzemią w człowieku. Wyspa jednocześnie nie jest dla każdego. Bywa „kapryśna, przypadkowa”, ale i skrzypi ustawicznością i wiernością rytuałom, którym sprosta tylko cierpliwa osoba i buńczuczny duch z trzeźwym w umysłem, czyli zestawione atawistycznie babcia i wnuczka.
„Pewien dyrektor wybudował willę na Skränmåshäll. Początkowo nikt o tym nie mówił, mieli taką cechę szczególną, kultywowaną od lat, że przemilczali rzeczy przykre, żeby je unieważnić. Ale byli bardzo świadomi obecności tej willi.” Takie fragmenty przypominają, że „Księga lata” to też piękny hołd w stronę przyrody i jej kruchości, jej siły i niezłomności.
Wyspa może być okropna dla kogoś, kto przychodzi z zewnątrz. Wszystko jest tu już gotowe, każdy ma swoje miejsce, zazdrośnie strzeżone, spokojne i samowystarczalne. W obrębie tych brzegów wszystko funkcjonuje według rytuałów skostniałych od ustawicznego powtarzania, a równocześnie każdy kroczy przez swój dzień kapryśnie i przypadkowo, jak gdyby świat kończył się horyzontem.
Przewijające się przedmioty i spotkania proszą się o zajrzenie do ich drugiego dna. Ma się wrażenie, że żadne słowo i sytuacja nie pojawiają się tutaj przypadkowo. Możliwe, że Sophia nie mogąca się zdecydować czy woli dzikiego kota o imieniem Mapi czy statecznego Svante, to sama ona ucząca się swojej dzikiej natury przyszłej buntowniczki na podstawie usposobienia kota. Pierwsza noc pod namiotem to z kolei dla Sophii pierwsze kroki samodzielności stąpające po niepozornych kartach tej powieści o wielkiej wartości poznawczej. Z kolei strach, który Sophia stara się zwalczyć bojąc się pogardy podczas nocy pod namiotem przypomina babci o wartości opowieści o tym, że pamięć ją zawodzi, a słowa tracą swój blask, gdy nie ma komu ich opowiadać.
Tutaj Sophia pomaga babci pamiętać. Pozwala jej „we wszystkim brać udział”. Wnuczka jest dla babci laską wstrzymującą ją od zapomnienia, a z kolei babcia jest podporą, bezpiecznym namiotem, ciepłą kołdrą nienachlanej troski. Tata przewija się na kartach pracując pieczołowicie nad prawidłowym funkcjonowaniem domu i wyspy, jest silnikiem, spoiwem, motorem. Najważniejszy jednak okazuje się tutaj szlafrok taty, którego ten nie może się pozbyć. Szlafrok jawi mi się tutaj jako falochron bezpieczeństwa wstrzymujący strach przed sztormami, który od zawsze był „wystawiony na różne zagrożenia” i wychodził bogatszy w doświadczenia po turbulencjach. Szlafrok puchnie od zapachów niosących woń wspomnień. To artefakt rodziny.
Ta książka jest jak kawa. Jedni wypiją ją czarną i mocną, a inni doleją sobie mleka i rozjaśnią przekaz i słodko-gorzkie bytowanie na wyspie.
Posłowie napisane przez Sophię Jansson, żyjącą bratanicę Tove, jest jak list w butelce puszczony z przeszłości w teraźniejszość. Funkcjonuje jako piękna klamra ciągłości życia, niezłomności przyrody i zabiera nas na archipelag dzieciństwa kolejnego pokolenia Janssonów – rodzi się wnuczka Sophie. To książka już na każde lato mojego życia. Nie wątpię, że i dla Was stanie się Waszych osobistym szlafrokiem na każdą porę roku. 🙂
„Księga lata”, Tove Jansson, tłumaczenie Halina Thylwe, Seria Nowa Klasyka, Wydawnictwo Czarne, wydanie lipiec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
To pierwszy tytuł nowej serii Skądinąd Wydawnictwa KEW, która przybliży czytelnikom trzynaście powieści z Europy Środkowo-Wschodniej, Bałkanów, Kaukazu, krajów bałtyckich i Turcji. Łączy je wspólny mianownik, a mianowicie doświadczenie migracji, życia na pograniczu kultur i perspektywa mniejszości, ale opowiedziane przede wszystkim przez pryzmat ludzkich historii, a nie politycznych haseł.
Na otwarcie serii otrzymujemy bałkańską powieść drogi. Główny bohater, nauczyciel geografii Nikołaj Todorow, wyrusza w podróż przez bułgarskie Łudogorie – region zamieszkany przez mniejszość turecką. Po drodze czekają go porwania, cygańskie wesele, spotkanie ze znachorką i uliczna demonstracja. To barwna, momentami groteskowa opowieść, która pod warstwą humoru mówi o tożsamości, pamięci i życiu na prowincji, daleko od wielkomiejskiej perspektywy.
Autorka, Emine Sadk, urodzona w 1996 roku, sama wywodzi się z bułgarskich Turków i podkreśla, że zależało jej na pokazaniu swojej społeczności nie przez pryzmat traumy, lecz codzienności, relacji i zwyczajnego życia. Dzięki temu historia unika dydaktyzmu i stereotypów. Sadk z pewnością tworzy niezwykle barwnych bohaterowów, zwłaszcza nauczyciel geografii Nikołaj Todorow. Potrafi też świetnie łączyć humor z melancholią. Czytając czułam atmosferę niczym z filmów Emira Kusturicy. To książką ze zdecydowanie południowym temperamentem. Momentami trochę gubiłam się w konstrukcji i bogactwie odniesień, dla kogoś humor czy groteska mogą bywać też zbyt intensywne, ale nie da się zaprzeczyć, że Sadk posiada niepodważalny talent narracyjny i będę bardzo ciekawa jej kolejnych literackich poczynań.
„Karawana z gawronami”, Emine Sadk, tłumaczenie Magdalena Pytlak, Wydawnictwo KEW, seria Skądinąd, wydanie lipiec 2026
Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa.
Są wydawnictwa, po których wiem, że nie dostanę łatwej lektury. Gdyby ktoś zapytał mnie o książkę „na ciężkie wakacje”, bez wahania wskazałabym właśnie „Drogę kości. Podróż śladami Gułagu”, bo to kolejny reportaż, który nie pozwala czytelnikowi zachować bezpiecznego dystansu. Nie epatuje okrucieństwem, ale konsekwentnie pokazuje, jak głęboko przemoc potrafi wrosnąć w krajobraz, pamięć i historię.
Dwaj fińscy reporterzy nie piszą kolejnej historii Gułagu. Wyruszają w podróż śladami miejsc, z których pamięć przez lata była systematycznie wymazywana. Od Wysp Sołowieckich, przez Workutę i Kołymę, próbują odpowiedzieć na pytanie nie tylko o to, czym był system obozów pracy, ale przede wszystkim co po nim zostało. Ślędząć ich wędrówkę sama nieustannie włączałam mapy Google i oglądałam wygląd tych odległych miejsc kaźni z dzisiejszej perspektywy. A zostało z tych miejsc zaskakująco niewiele. Zrujnowane baraki, pojedyncze pomniki, garstka społeczników i działaczy praw człowieka, którzy walczą o to, by ofiary nie zniknęły po raz drugi, tym razem z pamięci.
Szczególnie poruszył mnie fragment dotyczący Wysp Sołowieckich i refleksja, że uwięzienie oznaczało „krach wszystkich pojęć”, jak pisała Nadieżda Mandelsztam, bo dla mnie to określenie niezwykle trafnie oddaje doświadczenie ludzi, którym odebrano nie tylko wolność, ale całe dotychczasowe życie. Gułag nie był przecież wyłącznie miejscem fizycznego zniewolenia, ale przede wszystkim był końcem świata, jaki znali jego więźniowie.
Autorzy świetnie pokazują również, że terror nie funkcjonował obok rozwoju Związku Radzieckiego, lecz był jednym z jego fundamentów. Trudno pozostać obojętnym wobec przypomnienia, że Moskwa Stalina była, podobnie jak Petersburg Piotra Wielkiego, „miastem kości”, budowanym rękami więźniów. Metro, kanały i ogromne inwestycje infrastrukturalne powstawały kosztem tysięcy istnień. Za monumentalnymi budowlami kryje się historia ludzi, których nazwisk najczęściej już nikt nie pamięta.
Mocno zapadło mi w pamięć określenie Jewgienii Ginzburg, która nazwała Gułag w Workucie „taśmową produkcją fabryki okrucieństw”. Kilka słów wystarczyło, by oddać skalę odczłowieczenia tego systemu. Równie ważne są rozważania dotyczące Kołymy, gdzie Gułag do dziś bywa usprawiedliwiany mitem kolonizacji i „okiełznywania dzikiej przyrody”. Ta książka właśnie dlatego tak mnie poruszyła, bo pokazuje, jak łatwo przemoc może zostać przykryta narracją o postępie i rozwoju.
Najbardziej poruszyło mnie jednak posłowie. Choć książka kończy się w 2019 roku, a więc przed pełnoskalową agresją Rosji na Ukrainę, jej przesłanie wydaje się dziś jeszcze bardziej aktualne. Autorzy przywołują opinię, że jednym z największych sukcesów Kremla było wytworzenie społecznej bierności wobec przemocy państwa. Jednocześnie podkreślają, że bez uczciwego zmierzenia się z własną historią nie da się myśleć o przyszłej demokratyzacji Rosji. Prawda o cierpieniu, zarówno tym doświadczanym, jak i zadawanym innym, staje się warunkiem odzyskania pamięci i odpowiedzialności.
Właśnie dlatego uważam „Drogę kości” za książkę tak ważną. Nie jest wyłącznie reportażem historycznym ani relacją z podróży. To próba zrozumienia współczesnej Rosji poprzez historię Gułagu oraz przypomnienie, że systemy terroru nie kończą się w chwili ich formalnej likwidacji. Ich skutki pozostają w krajobrazie, w pamięci, a czasem także w sposobie myślenia całych społeczeństw.
„Droga kości. Podróż śladami Gułagu”, Ville Ropponen i Ville-Juhani Sutinen, tłumaczenie Karolina Wojciechowska, wydawnictwo Artrage, seria Luneta, wydanie czerwiec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
Ingeborg Bachmann w „Przypadku F.” nie opisuje przemocy w sposób spektakularny i obnażający. Nie interesuje jej gwałtowny wybuch, lecz proces, to powolne odbieranie człowiekowi własnego głosu, poczucia sprawczości i prawa do definiowania samego siebie. Ta książka odkładała się mnie narastającym niepokojem.
Już początkowe spotkanie Franzi z bratem uświadamia, jak wiele wydarzyło się poza kadrem. Ich powitanie jest pełne czułości i niepokoju, a brat dopiero teraz w pełni rozumie, za kogo wyszła jego siostra. Dla mnie to nie jest zwykła rozmowa o nieudanym małżeństwie, ale moment odkrycia, że człowiek, który powinien być najbliższy, stał się oprawcą.
Bachmann tworzy zdania, które walą w czytelnika obuchem. „On mnie opracowywał, przygotowywał mnie, swój przypadek. Zagarniał mnie, wpędzał w ten przypadek.” Bachmann pokazuje, że przemoc może przybrać postać naukowego języka, diagnozy i chłodnej obserwacji. Franzi nie jest już dla męża osobą, lecz materiałem badawczym. Sam tytuł powieści staje się przez to wyjątkowo gorzki, bo „przypadek” oznacza przecież odebranie człowiekowi jego indywidualności.
Autorka zadaje również pytanie, które wykracza poza historię jednego małżeństwa: „Dlaczego ktoś nienawidzi kobiet, a jednak z nimi żyje?” To zdanie, które mocno we mnie pracowało, a Bachmann nie szuka łatwej odpowiedzi. Pokazuje raczej mechanizm przemocy psychicznej, w której sprawca potrzebuje swojej ofiary, aby nieustannie potwierdzać własną władzę i zachować nienaganny obraz siebie wobec świata.
Niezwykle sugestywna jest też tutaj metafora klatki: „Jak ja się zachowywałam, jak zwierzę, szamoczące się w klatce (…), nadal pozostałabym w klatce, w klatce jego notatek.” To nie fizyczne więzienie okazuje się najstraszniejsze, lecz świadomość, że cudza interpretacja staje się silniejsza od własnego doświadczenia. Franzi nie potrafi już oddzielić siebie od obrazu stworzonego przez męża. Zostaje uwięziona nie tylko w relacji, ale także w języku, którym została opisana i to wywoływało we mnie ciarki.
Zaskakującym momentem powieści jest przeniesienie akcji do Kairu. Wydaje się, że zmiana miejsca przyniesie bohaterce oddech, jednak Bachmann szybko odbiera czytelnikowi tę nadzieję. W Egipcie Franzi trafia do lekarza, który w czasie II wojny światowej przeprowadzał eksperymenty na ludziach. To niezwykle przejmujące przypomnienie, że zło bardzo często nie ma twarzy potwora. Bywa zwyczajne. W Kairze uświadamiamy sobie jak bardzo bohaterka pozostaje sama ze swoim cierpieniem, gdy mówi„Przez moją głowę przepływa prąd o sile tysiąca woltów. (…) A moje włosy splecione są w długi, długi powróz, którego koniec on trzyma w Wiedniu. Jestem spętana, nigdy się nie uwolnię.” Nawet setki kilometrów od męża nie oznaczają wolności. Przemoc psychiczna przekracza granice państw i odległości, ponieważ najgłębiej zakorzenia się w pamięci oraz sposobie myślenia o sobie.
W tej historii niezwykle ważna okazuje się również postać brata. Jest świadkiem cudzego cierpienia, ale także symbolem bezradności. Zdanie, że tyle razy nie spał z obawy o siostrę, a nie zauważył, iż „z tego ciągłego umierania zaczęła umierać”, pokazuje, jak trudno dostrzec moment, w którym psychiczne wyniszczenie staje się równie śmiertelne jak fizyczna choroba.
„Przypadek F.” jest wymagającą, głęboko psychologiczną prozą. Bachmann prowadzi czytelnika przez rozpad świadomości, pokazując, jak przemoc może zniszczyć człowieka bez jednego uderzenia. To powieść o manipulacji, uprzedmiotowieniu i utracie własnego „ja”, ale także o tym, że najtrudniejsze do zagojenia rany pozostają niewidoczne.
Ta książka rosła we mnie z każdą kolejną stroną. Niepokój nie wynikał z nagłych zwrotów akcji, lecz z powolnego odkrywania, jak łatwo można odebrać drugiemu człowiekowi jego podmiotowość. Bachmann stworzyła powieść, która boli nie dlatego, że epatuje cierpieniem, ale dlatego, że pokazuje je z niezwykłą przenikliwością.
„Przypadek F.”, Ingeborg Bachmann, tłumaczenie Krzysztof Jachimczak, Wydawnictwo Filtry, wydanie czerwiec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
Stefan Hertmans po raz kolejny udowadnia mi, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, którzy potrafią tchnąć życie w historię. Cenię to, jak nie interesuje go jednak historia zamknięta w podręcznikach ani daty zapisane w kronikach. Szuka tego, co wymknęło się oficjalnym opowieściom. Szuka pojedynczych istnień, zatartych śladów, ludzkich losów, które przepadły gdzieś na marginesie wielkich wydarzeń, a jego pisanie sprawia, że ma się ochotę śledzić je do ostatniego kamienia, które potrafi podnieść, by poszukać śladów minionych istnień. Właśnie dlatego tak bardzo porusza mnie jego pisanie. Najpełniej oddaje je zdanie z „Nawróconej” „Historia leży na ulicy, jest rzeczą płochliwą, czymś jak plama światła o ludzkim zarysie, otoczona niejednym mrocznym, straconym życiem”. To dla mnie właściwie literacki manifest Hertmansa i kwintesencja jego twórczości.
Po znakomitej „Wojnie i terpentynie” oraz „Wejściu” sięgnęłam po „Nawróconą” z pewną rezerwą. Historia zakazanej miłości? Czy to naprawdę materiał dla Hertmansa? Szybko okazało się, jak bardzo się myliłam. Już po kilkunastu stronach zrozumiałam, że nie napisał powieści o romansie, lecz o cenie wyboru, fanatyzmie, wykorzenieniu i nieustannej walce o zachowanie własnego człowieczeństwa. Miłość jest tu jedynie punktem wyjścia do opowieści znacznie większej, o świecie stojącym na krawędzi katastrofy.
Największą siłą Hertmansa pozostaje jego niezwykła wiarygodność. Ma w sobie coś z historyka, reportera i archeologa jednocześnie. Podąża tropami rozsianymi po archiwach, ruinach, krajobrazach i zapomnianych dokumentach, a potem z tych drobin buduje opowieść, której wierzę bez zastrzeżeń. Przy nim nigdy nie mam poczucia, że dopowiada historię na siłę. Wręcz przeciwnie, jego wyobraźnia jest podporządkowana faktom, a fikcja staje się sposobem na wypełnienie ciszy pozostawionej przez historię. Fascynuje mnie również to, że sam nie znika za opowieścią. Wplata w nią własne podróże, pytania, wątpliwości i niemal obsesyjne poszukiwania. Dzięki temu czytelnik nie tylko poznaje losy bohaterów sprzed niemal tysiąca lat, ale uczestniczy również w procesie ich odnajdywania. To coś, czego nie robi żaden znany mi pisarz.
Ucieczka Vigdis i Dawida należy do najbardziej sugestywnych fragmentów powieści. Czytając, miałam przed oczami niemal filmowe kadry, surowe krajobrazy, nieustanny lęk, zmęczenie i determinację dwojga ludzi, którzy próbują ocalić swoje uczucie w świecie, który nie chce dać im prawa do wspólnego życia. Szczególnie mocno wybrzmiewają słowa: „Wciąż jeszcze jest rok 1091. Świat zachodni powoli zmierza ku katastrofie, pęknięciu w historii, i nikt tego nie przeczuwa”. To zdanie doskonale oddaje atmosferę całej powieści, nieustanne przeczucie nadchodzącej tragedii, której bohaterowie nie są jeszcze świadomi, choć czytelnik wie, że nie sposób jej uniknąć.
Równie imponujące jest odtworzenie narastającej fali antysemityzmu poprzedzającej pierwszą wyprawę krzyżową. Hertmans nie epatuje okrucieństwem, nie moralizuje i nie wydaje łatwych sądów. Pokazuje natomiast, jak rodzi się nienawiść, powoli, niemal niezauważalnie, z plotki, lęku, przesądu i religijnego fanatyzmu. „Nienawiść kurczy się jak mięsień w sercu wspólnoty”. Ta powieść, choć opowiada o XI wieku, nieustannie przypomina, że mechanizmy wykluczenia i przemocy są ponadczasowe.
Jego język jest piękny, ale nigdy przesadnie ozdobny. Każde zdanie wydaje się przemyślane, a opisy działają na wszystkie zmysły. Nie czyta się ich tylko oczami, ja czułam zapach ulic, chłód kamieni, pył dróg i ciężar ciszy.
„Nawrócona” to kolejna powieść, która utwierdza mnie w przekonaniu, że Stefan Hertmans jest mistrzem przywracania do życia zapomnianych historii. Nie rekonstruuje przeszłości po to, by imponować erudycją. Robi to, ponieważ wierzy, że każde utracone życie zasługuje na pamięć. Dla mnie „Nawrócona” to powieść wybitna. Nie tylko zachwyca literacko, ale też zmusza do myślenia o tym, jak łatwo człowiek potrafi odebrać drugiemu człowieczeństwo w imię religii, ideologii czy zbiorowego strachu. A jednocześnie przypomina, że nawet w najciemniejszych momentach historii pozostają pojedyncze ludzkie losy, które warto ocalić od zapomnienia. I właśnie takich historii Stefan Hertmans od lat szuka najlepiej, a ja już nigdy nie podejdę do podejmowanego przez niego tematu sceptycznie.
„Nawrócona”, Stefan Hertmans, tłumaczenie Alicja Oczko, seria Ciągły/Przeszły, Wydawnictwo Artrage, wydanie lipiec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej. 
Literaturę węgierską kocham od lat, ale „Epepe” Ferenc’a Karinthy’ego okazało się doświadczeniem wyjątkowym. To powieść, z której dosłownie i w przenośni nie da się uciec. Budzi więcej pytań niż odpowiedzi i długo zmusza do układania w głowie kolejnych interpretacji. Dawno nie czytałam powieści, która tak skutecznie wciągnęłaby mnie w swój lingwistyczny labirynt i sprawiła, że sama poczułam się zagubiona.
Punktem wyjścia jest historia Budaiego, wybitnego językoznawcy, który przez pomyłkę trafia do anonimowej metropolii. Paradoks polega na tym, że człowiek zawodowo zajmujący się językami nagle staje wobec języka, którego nie jest w stanie rozszyfrować. To nie jest jednak tylko opowieść o niemożności komunikacji. To historia o utracie sprawczości, tożsamości i poczucia, że świat da się jeszcze uporządkować.
Czytelnik nie tyle śledzi fabułę, ile przepycha się przez nią razem z Budaim. Dokładnie tak, jak bohater przeciska się przez niekończący się tłum miasta. Karinthy znakomicie buduje atmosferę osaczenia. Każda kolejna próba wydostania się z tej przerażającej paszczy niezrozumiałej metropolii kończy się fiaskiem, a wraz z bohaterem coraz głębiej zanurzamy się w absurdzie. Najbardziej fascynujące jest to, że z czasem zaczynamy oswajać ten świat. Odniosłam wręcz wrażenie, że Budai doświadcza czegoś na kształt syndromu sztokholmskiego, bo zamiast walczyć z miastem, powoli uczy się z nim żyć, a nawet je akceptować czy kochać i czytelnik mimowolnie robi to samo.
Dawno nie uległam takiej czytelniczej imersji w świat wykreowany przez autora. Czytelnik sunie po tej fabule, przepycha się po niej jak w anonimowym tłumie główny bohater powieści. Nieustannie próbowałam znaleźć wyjaśnienie czy to sen, alegoria totalitaryzmu, metafora emigracji, samotności, kryzysu komunikacji, a może po prostu egzystencjalny koszmar? Karinthy nie daje gotowych odpowiedzi. Każda interpretacja wydaje się jednocześnie trafna i niewystarczająca.
Nie oznacza to jednak, że książka jest dla mnie bez skazy. Były momenty, które wywoływały we mnie wyraźny dysonans. Rozumiem, że powieść powstała w innych realiach i że warto czytać ją z uwzględnieniem kontekstu epoki, ale niektóre elementy zestarzały się źle. Częste używanie określenia „Murzyn”, dziś jednoznacznie nacechowanego pejoratywnie, wybijało mnie z lektury. Podobnie scena intymna, w której narrator z zachwytem opisuje piersi „jak u nastolatki”. Nie przekreśla to wartości powieści, ale są to fragmenty, które trudno dziś czytać bez krytycznego dystansu.
„Epepe” jest książką niezwykle klaustrofobiczną, absurdalną i hipnotyzującą. To niepokojąca wizja świata, w którym język, podstawowe narzędzie porozumienia, przestaje pełnić swoją funkcję, a gdy znika możliwość komunikacji, zaczyna rozpadać się wszystko inne. Dawno żadna książka nie sprawiła, że po zamknięciu nadal czułam się uwięziona w jej świecie.
„Epepe”, Ferenc Karinthy, tłumaczenie Krystyna Pisarska, seria Inne Konstelacje Olgi Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, wydanie luty 2025
Książkę kupiłam na Vinted.
Sięgając po „Śmierć w rodzinie” Jamesa Agee’a, to wiedziałam, że sięgam po książkę o śmierci ojca i żałobie, ale nie spodziewałam się, że zostanę wciągnięta w nią tak całkowicie. To nie jest historia, która epatuje tragedią. Jest czymś znacznie bardziej intymnym, bo jest próbą uchwycenia każdej emocji, każdego spojrzenia i każdego milczenia, jakie pojawiają się w rodzinie, gdy świat nagle przestaje być taki, jakim był jeszcze kilka godzin wcześniej.
Największą siłą tej powieści jest dla mnie sposób narracji. Agee pisze z tak niezwykłą czułością i wyczuciem, że momentami miałam wrażenie, jakby był niewidzialnym świadkiem wydarzeń, kimś, kto stoi tuż obok swoich bohaterów, nie ocenia ich i nie próbuje niczego przyspieszać. Pozwala im przeżywać stratę we własnym rytmie, a czytelnik staje się niemal częścią tego bolesnego doświadczenia. Czułam się jakbym siedziała w szafie lub pod łóżkiem i podsłuchiwała, jak mała dziewczynka, która jest jedną z niemych narratorek.
Choć narratorów jest wielu, każdy z nich brzmi inaczej i każdy otrzymuje głos dokładnie taki, na jaki zasługuje jego postać. Żona, próbująca odnaleźć się w rzeczywistości, która właśnie rozsypała się na kawałki. Mały chłopiec, który przeczuwa ogrom tragedii, ale nie potrafi jeszcze jej nazwać. Dziewczynka, dla której śmierć pozostaje czymś nieuchwytnym. Agee z niezwykłą wrażliwością pokazuje, że żałoba nigdy nie jest doświadczeniem wspólnym w pełnym znaczeniu tego słowa. Nawet najbliżsi cierpią osobno, zamknięci we własnym sposobie rozumienia straty.
„Śmierć w rodzinie” to jedna z najdotkliwszych wiwisekcji żałoby, jakie było mi dane przeczytać i odczuć. Autor zatrzymuje się na każdym etapie, od pierwszej niepokojącej wiadomości, przez niedowierzanie i rozpacz, aż po ostatnie pożegnanie przy grobie. Nie szuka wielkich słów ani dramatycznych zwrotów akcji. Zamiast tego skupia się na drobnych gestach, urywanych rozmowach, ciszy i codzienności, która nagle traci swój dawny rytm.
Trudno nie pamiętać, że ta historia wyrasta z osobistego doświadczenia samego Agee’a. Śmierć jego ojca odcisnęła na nim piętno, a świadomość tego sprawia, że każda strona nabiera jeszcze większej autentyczności. Być może dlatego jego proza jest tak przenikliwa, nie ma w niej literackiego efekciarstwa ani prób wywoływania emocji na siłę. Jest za to głębokie zrozumienie tego, jak wygląda życie po chwili, która wszystko zmienia.
Czytając tę powieść, nie mogłam przestać myśleć o tym, jak niezwykłym pisarzem był James Agee i jak wiele mógłby jeszcze stworzyć, gdyby nie odszedł tak wcześnie. Jego talent wybrzmiewa w każdym zdaniu. Czuję go w empatii wobec bohaterów, w uważności na najdrobniejsze szczegóły i w umiejętności opowiadania o cierpieniu bez popadania w patos.
„Śmierć w rodzinie” nie pokazuje jak przeżyć stratę, a raczej obnaża fakt, że nie istnieje jeden właściwy sposób przeżywania żałoby. Każdy bohater niesie ją inaczej, a Agee z ogromną czułością pozwala nam wejść w ich świat. To właśnie ta wielość perspektyw, niezwykła delikatność narracji i bezkompromisowa szczerość sprawiają, że jest to jedna z najbardziej poruszających powieści o śmierci i miłości do najbliższych, jakie miałam okazję przeczytać. Książka złamała mi serce, ale jednocześnie zachwyciła swoim pięknem.
„Śmierć w rodzinie”, James Agee, tłumaczenie Juliusz Pielichowski, seria Biblioteka Amerkańska, Wydawnictwo Materia, wydanie maj 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
„Dzieciństwo jakie znałam, kończyło się. Wiedziałam o tym, ale zmawiałam nową modlitwę. Pozwól mi zawsze mieć dziesięć lat, psa, książki i rower.”
Patti Smith jak zawsze poetycko i nostalgicznie opisuje skrawki swojego dzieciństwa i każdy rok dorastania. Pozwala nam zajrzeć przez dziurkę od klucza w swoje dziecięce psoty, dziką wyobraźnie i trawiące ją choroby, by następnie przejść w opowieść o jej artystycznym dojrzewaniu, miłości i przyjaźniach. Patti pisze jak nikt inny, na pograniczu poezji, jawy i snu, a także z ogromną wrażliwością, która wraz z wiekiem mam wrażenie, że pęcznieje do granic arcydzieła. „Chleb aniołów” to będzie strawa na moje „zawsze”. Rozkochała mnie w sobie relacją o jej przyjaźni z Robertem Mapplethorpem w „Poniedziałkowych dzieciach” i od tej pory nie opuściłam żadnej z jej książek.
„Zaszła jakaś niewidzialna, choć niewyczuwalna zmiana. Żadnych słów, tylko uczucie. Nie chciałam wybierać między chłopcem Piotrusiem a dziewczynką Wendy. Lepiej byłoby mieć w sobie ich oboje, mieszkać w chatce pod osłoną lasu, wśród falujących paproci, mokradeł i ciem barwy księżyca.”
Do opisania swojego procesu dorastania, Smith posługuje się metaforą „buntowniczego garba”, który rośnie razem z nią, garb, który przyszedł jej na myśl, gdy przebywała w Dolinie Charlotty na północy Polski. Piękna to klamra dla polskiego czytelnika. Fana jej nieposkromionej duszy, buntowniczego garba niebanalnych tworów jej lirycznej wyobraźni. „Byłam pewna, że nigdy nie będę dobra. Gdy wstawałam, mój buntowniczy garb przebił dziecięcą skorupę i pokrył się szczeciną młodego dzika.” Och jak cudownie się to czyta z perspektywy dorosłego czytelnika, która wie jak dobrą istotą stała się Patti Smith, a my wciąż możemy ją czytać i doświadczać jej geniuszu oraz wrodzonej skromności.
Od lat powtarzam sobie: gdy dorosnę, chcę być jak Patti Smith. Poznać ją byłoby ogromnym zaszczytem i spełnieniem marzeń. To głos niejednego pokolenia. W jej spojrzeniu kryje się coś dzikiego, a w jej uśmiechu jednocześnie coś nieskończenie dobrego, a jej rozpoznawalnym siwym warkoczu zaplotły się losy wielu historii, które człowiek wciąż chce czytać i słuchać. Piszę te słowa wiele kilometrów nad ziemią w samolocie i tutaj w przestworzach słowo Patti Smith smakuje mi wybornie. Jej osoba wydaje się nie mieścić w ramach, nie mieści się na ziemi, unosi się ponad chmurami.
Gdy czyta się Patti, to wraca się do siebie. Gdy czyta się Patti, to odkrywa się siebie. Przegląda się własne strony dzieciństwa i osobistego rozwoju. Wraca do swoich pierwszych lektur, pierwszych stron, spotkań, przyjaźni, roweru i obcowania ze sztuką. Gdy czytam Patti, czuję się jak w domu, do którego wracam, bo od tak wielu lat towarzyszy mi jej pisanie i tak czule przeglądam się w jej wrażliwości, jak w lustrze własnej.
„Usłyszałam, że w Królestwie Chrystusowym nie ma miejsca na sztukę, a ja powinnam się zastanowić w co naprawdę wierzę. Ale ja dobrze to wiedziałam. Wierzyłam w Stwórcę, w liczne języki natury, w moralne lekcje baśni, w mowę drzew i gliniastą materię Ziemi. Wierzyłam w niebieskie ptaki, indiańskie talizmany i mnichów wyruszających w podróż poza fizyczne ciało. Usilnie starałam się wymyślić równanie, które uwzględnia wszystko. (…) Sądziłam, że artysta to profesja uświęcona, wymagająca wielkich wyrzeczeń. Spędziłam wiele bezsennych nocy, aż w końcu podjęłam decyzję, że przerywam lekcje Biblii i nie wracam do Sali Królestwa.”
„Po wyzwoleniu się z religijnych schematów mogłam już myśleć na własny sposób. Warkocz umysłu miał wiele poprzeplatanych kosmyków zawierających wszystko.”
Patti będzie dla mnie zawsze, przede wszystkim, mostem pamięci z moją przyjaciółką, która już odeszła z tego świata. Miałam swoją Patti za życia. Teraz pozostaje mi ją wciąż czytać i odszukiwać W. w naszym niegdyś wspólnym zachwycie nad osobą Patti Smith. W. też była taką moją Wendy tego świata. Swoją drogą, była do niej bardzo podobna fizycznie, dlatego mój podziw dla Patti Smith niesie w sobie wspomnienie swojego „poniedziałkowego dziecka” i wszystkich naszych wspomnień z W.
Życie Patti Smith w całości składa się z materiału na książkę. Nie dlatego, że jest nam dane wciąż obcować z jej osobą i pisaniem, ale że sama przeżyła tak wiele. Tyle mikrokadrów życia, które składają się na dekady powieści. „Mama robiła wszystko, by mnie okiełznać, a jednocześnie nieświadomie dawała mi instrukcja latania.” Tak mówi Patti o książkach wręczanych jej przez mamę, ale ona zawsze: „Zawsze czułam się jak ja. W innych znowu chwilach nie chciałam się z nikim utożsamiać. Wchodziłam w swój własny okres grunge’u, nosiłam kardigany na staroświeckich sukienkach. W wojskowych butach przemierzałam Washington Square i zadawałem sobie pytanie, jak wymodelować swoją duszę.”
„Chleb aniołów” to możliwie jedna z najlepszych autobiograficznych powieści, jakie przeczytacie, to Patti Smith w szczytowej formie, a dla tych, którzy jeszcze nie znają jej osoby i wrażliwość to świetny poradnik dla „modelu jej duszy”, a przy okazji moze wymodelujecie swoją, gdy będziecie ją czytać? Must-read tych wakacji i życia.
Jedyny żal, jaki mam do polskiego wydania, to to, że nie zachował zdjęcia z oryginalnego wydania autorstwa Robert’a Mapplethorpe’a w jej „sukni wolności”…
„Chleb aniołów”, Patti Smith, tłumaczenie Dariusz Żukowski, Seria Amerykańska, Wydawnictwo Czarne, wydanie czerwiec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.







