„Funkcjonowanie w tym miejscu to niekończące się ćwiczenie z rozwiązywania problemów” – to miejsce to wyspa Shearwater, wzorowana na prawdziwej wyspie, na którą wybrała się kiedyś autorka, wpisaną na listę światowego dziedzictwa. To miejsce zimne, złowrogie, bezlitosne, a jednak Dominic, jego dozorca, póki tu nie przyjechał, to nie czuł jak to jest nie kochać żadnego innego miejsca.

Rodzina. Kilkuletni chłopiec, dwoje nastolatków i ich ojciec. Jest coś niepokojącego w ich powściągliwości i ogólnikowości, którą prezentuje nam autorka. Każdy z nich żyje w swojej cichej traumie i samotności. Dlaczego nastoletnia córka woli żyć na zewnątrz fokami? Dlaczego nastoletni syn ciągle uderza w wtorek treningowy? A najmłodszy próbuje ich wszystkich scalić swoją bezbrzeżną miłością i mądrością małego człowieka. W ich życie wdzierają się nie tylko fale i rosnący poziom wody wymuszający opuszczenie wyspy, ale też tajemnicza nieznajoma, rozbitka wyrzucona na brzeg. 

„Wszystko się spali albo utopi, albo umrze z głodu”. – to koszmar, który śni najmłodszy Orly, ale czy to rzeczywiście koszmar czy nadciągająca rzeczywistość? „Czy tak to będzie wyglądało, kiedy świat zacznie się rozpadać? Że nie widzisz, dokąd idziesz, w każdej chwili możesz stracić bliskich i błąkać się dalej w samotności?” to pytanie zadaje z kolei Rowan, wspomniana nieznajoma, i wydaje się, że w tej wiecznej zmarzlinie Shearwater trafiła na rodzinę, która pomaga jej „dostrzec gdzie ma pójść”. 

McConaghy wie dokładnie co powiedzieć w danej chwili. Jest mistrzynią emocji i suspensu. Trudno było mi się oderwać od fabuły, jej bohaterów, nawet tych ze świata zwierzęcego. To cecha kogoś, kto dobrze zna ludzką psychikę i jej potrzeby. W tej mroźnej scenerii, powieść z Shearwater, mimo wszystko, ogrzewa wypływającą z niej troską o drugiego człowieka i każdą istotę. Powieść pochłania nas meandrami powoli rozwiązujących się tajemnic. To głęboko poruszająca książka, która mówi nie tylko o miłości silniejszej niż śmierć, ale też o cywilizacji i planecie, które miłość może też uratować. Choć „Dziki, mroczny brzeg” prawdopodobnie zostawi Was we łzach, to nie pozostawi z poczuciem osamotnienia. W tej fabule człowiek pojmuje, że nikt nie jest samowystarczalny. To siła literatury zaiste pięknej. 

„Dziki, mroczny brzeg” Charlotte McConaghy, tłumaczenie Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Wydawnictwo Filia Literacka, wydanie listopad 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„To takie szorstkie słowo”. Przyznaje autorka. Słowo, którego nie można wymówić i napisać w social mediach, bo możesz zostać zablokowany. Absurdalne, zważając na fakt, że to jedyne przęstepstwo, za które społeczeństwo chętniej posłałoby do więzienia ofiarę, a nie sprawcę – dodaje. Abdulali opisuje samą siebie jako biseksualną, muzułmańską ateistkę w średnim wieku, imigrantkę oraz przetrwankę zbiorowego gw@łtu bez genu wstydu. To mówi wiele i nadaje ton, jakiego możemy się spodziewać od tego przejmującego reportażu. 

Czym ta książka nie jest? A czym jest? Jest potrzebą, odezwą, jest powrotem do przeszłości autorki, która po brutalnym zbiorowym gw@łcie zrobiła wszystko, by to wydarzenie jej nie definiowało, ale jednocześnie poświęciła całe swoje życie zawodowe tematowi przemocy seksualnej. Po ataku i śmierci Jyoti Singh w Indiach i fali protestów, stary artykuł Abdulali staje się wiralem, powoli budzi się ruch #metoo, a autorka zasiada do pisania tej niesamowitej książki. 

Ważniejszym pytaniem jednak jest, co autorka chce osiągnąć pisząc swoją książkę? Chce wpuścić trochę światła. Bo gwałt wysysa całe światło. I chce porozmawiać o tym, jak rozmawia się o traumie, którą przeżywa tak wiele osób obu płci. Do czego zachęca? Jakie pytania stawia w każdym rozdziale? Autorka ukazuje różne perspektywy, opowiada przeróżne historie i wyciąga je z międzynarodowych kontekstów. Dowiemy się o aktach przemocy z RPA, Indii, USA czy Islandii. 

Snuje rozważania o winie i gdzie ona tak naprawdę leży. O wybaczeniu i czy w ogóle one się należy. O odpowiedzialności, która zawsze powinna leżeć po stronie krzywdzących, a nie skrzywdzonych. O tym jak to wyłącznie uczy się dziewczynki i kobiety, jak przeciwdziałać zamiast pamiętać o tym, by edukować chłopców i uczyć, że winę ponosi ten, kto podjął wybór wyrządzenia komuś krzywdy, a nie ofiara, która najczęściej zamiera w przerażeniu. Abdulali nie zamyka nas jednak w ciemności traumy, a rzeczywiście wpuszcza światło i prowadzi w stronę tunelu, z którego jest wyjście i życie po drugiej stronie. 

„O czym mówimy, kiedy mówimy o gwałcie” Sohaila Abdulali, tłumaczenie Aleksandra Szymczyk, Wydawnictwo Tajfuny, wydanie październik 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

Czy można być więzieniem dla samego siebie? – pyta w pewnym momencie Aline, trzydziestopięcioletnia bohaterka powieści „Orlando”. Pewnego dnia siedzi w kawiarni w Paryżu i zerka na przystojnego dwudziestolatka, ale jeszcze nie wie, że ta chwila zmieni jej życie i oderwie kawałek niej. 

Co tutaj następuje? Rozdzielenie? Utrata tożsamości płciowej? Nudna wersja nas zastąpiona tą odważniejszą, wcielona w inne, młodsze ciało? Jakkolwiek to nazwiemy, to wielość interpretacji, jakie oferuje „Orlanda”, jest nieskończona. Śledzimy perypetie Aline i dwudziestoletniego Lucien, by zostać wciągniętymi w ciekawy teatr absurdu. Co byśmy usłyszeli, gdybyśmy mówili do siebie to, co naprawdę chcemy w głębi duszy powiedzieć? Taką szansę dostaje Aline, gdy spotyka siebie w ciele młodzieńca. 

Bo czy poznajemy siebie dopiero, gdy tracimy część siebie? Jak ją odzyskać? Czy w ogóle się da? „Orlanda” stawia wiele frapujących czytelnika pytań. Czy nie zdarza się nam marzyć, by się rozdwoić i mieć dla siebie idealnego towarzysza? „Zawsze mi powtarzano, że nie wolno patrzeć w słońce, chyba że się włoży bardzo ciemne okulary.” Lucien jest dla Aline słońcem, w które ona uczy się patrzeć bez ciemnych okularów. Poddaje się temu, ulega, przestaje się bać być sobą. 

Wielu czytelników zapewne zastanawia się czy skoro autorka podejmuje literacką grą z klasyczną powieścią Virginii Woolf „Orlando”, to czy trzeba nam nadrobić ją nadrobić. Ja postanowiłam to zrobić i odświeżyć pierwowzór, by jeszcze bardziej napawać się intertekstualnością tych dwóch utworów. Uważam, że można bez wahania czytać Harpman i odczuwać w pełni tę lekturę oraz śledzić zawiłe losy dwojga głównych bohaterów, którzy w rzeczywistości są fascynującą jednością, która odkrywa swoją tożsamość, płeć i seksualność na nowo. „Orlanda” to jednak nie tylko zabawa w zamianę, ale też egzystencjonalny traktat, głębia pytań i refleksji o naszych pragnieniach i pozycji w świecie.  

„Orlanda” Jacqueline Harpman, tłumaczenie Katarzyna Marczewska, Wydawnictwo Artrage, seria Cymelia, wydanie październik 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej. „Orlando” Virginii Woolf Wydawnictwa Marginesy zakupiłam na Vinted.

„Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku” to świetny reportaż pokazujący jak wciąż wiele niewiadomych wpływa na optykę tego,  co wydarzyło się na morzu tego felernego 14 stycznia 1993 roku. Wielu czytelników zapewne ciekawi ile serial ma w sobie z prawdy, a ile z fantazji scenarzystów na potrzeby serialowej adaptacji. Koniecznie odsyłam Was do książki, ponieważ serial jest luźną fabularną wersją tego, co się wydarzyło naprawdę. 

Zadworny nie stawia na dramatyzm, ale szczegółowy realizm, odtwarza z wszystkich dostępnych mu źródeł przebieg katastrofy z uwagą do wszystkich skrawków tej tajemniczej historii. Piekielnie podoba mi się reporterska rzetelność i podkreślanie co jest domniemaniem, co jest kłamstwem, co jest jedynie poszlakowe, a co nigdy nie rozwiązane. 

Praca reporterska Adama Zadwornego  to odzwierciedlenie zagmatwania tej historii, autor dociera do tysięcy stron akt, dokumentów i ludzi, pisze z szacunkiem, nie zakleja niewiadomych zgadywankami czy własnymi teoriami. Pokazuje czego się dowiedział, jakich dokumentów nigdy nie odnalazł, przyznaje z kim nie udało się porozmawiać albo kto nie powiedział mu niczego, co by wniosło coś rozstrzygającego do sprawy. Nie pomija też losu bliskich, ich bólu oraz historii zwykłych ludzi. 

To, co zasługuje również na uwagę, że podobnie jak serial, książka stara poruszyć się też wątki, moralne, wskazuje na wady systemu, oszczędności, niedomówienia, które niejako są odzwierciedleniem lat 90. To ważne, by nie snuć domysłów ani wydawać osądów w sprawie zatonięcia statku, które wzbudzało i wciąż wzbudza tak wiele kontrowersji. Można stworzyć fabularny serial i obejrzeć go na Netflixie z zapartym tchem, by pochwalić aktorstwo i rozmach produkcji, ale dla ciekawych faktów, trzeba sięgać po takie książki jak ta Zadwornego, by zmarli, zaginięci, ocalali i rodziny otrzymali chociaż od odbiorców tej historii zalążki godności. 

„Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku”, Adam Zadworny, Wydawnictwo Czarne, wydanie listopad 2024

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.

Można śmiało stwierdzić, że Joanna Ostrowska jest ekspertką w odnajdywaniu śladów, wyciągania zmarginalizowanych osób bohaterskich z czeluści niepamięci i oddawaniu ich biografiom należytego szacunku. A szacunek i pamięć to coś, czego osoby queerowe nie zawsze miały po przeżyciu i przetrwaniu II wojny światowej. 

Ostrowska robi coś jeszcze, coś absolutnie godnego pochwały – zdejmuje ze swoich bohaterów homofobiczne stygmy. Zmienia narracje, do których jej bohaterowie często byli przymuszeni, często wpychani w heteronormatywność, by przetrwać po wojnie i uniknąć dalszych prześladowań. Autorka pokazuje jak często musieli skrywać się w szafie całe życie. Książkę otwiera historia pochodząca z Lublina będącego od kilku lat moim domem, ale to nie to natychmiastowo wciągnęło mnie w opowiadanie historie. Autorka z zapomnianych, pominiętych historii czyni najbardziej wciągającą powieść, opowieść z nieistnienia. 

Ostrowska wyciąga tytułowe ślady, skrawki i odkopuje z czeluści niepamięci historie, które jej osoby bohaterskie musiały skrzętnie skrywać. Ich życiorysy odzyskują swój prawdziwy głos, jednak pamiętając o szacunku do rodzin, samej osoby, która jeśli wiadomo, że sobie tego nie życzyła, to Joanna nie odsłania zasłony milczenia i nie szuka skandalów wśród tych poruszających biografii nieistnienia. Okropnym jest fakt, że ocaleni cierpieli w obozach, a potem musieli jeszcze unikać homofobicznego piętna po opuszczeniu murów okrucieństwa. Autorka przywraca im ludzkie oblicze, zerka z empatią, szuka, dopytuje, tropi. 

Niekiedy boli też interpretacyjna bezradność, kiedy brakuje śladów, by uzupełnić cały obraz życia osoby bohaterskiej. Wtedy kiedy nie ma już co „prześlepiać”, ponieważ zwyczajnie nic już więcej po kimś nie pozostało, albo zabrakło świadków, bądź ktoś nie zadał potrzebnego pytania, kiedy można było je zadać, gdy opisywana osoba jeszcze żyła. Widać to wyraźnie na przykładzie jej własnej rodziny, co czyni ze „Śladów” również swoiste archiwum osobiste autorki. 

Ostrowska ukazuje coś jeszcze absolutnie ważnego. Robi to każdą swoją kolejną książką. Mianowicie pokazuje jak „krucha bywa pozycja w hierarchii ofiar”. Od lat udowadnia jak osoby z pozornego marginesu miały zniekształcane biografie, czy to kobiety przymuszone do oddawania swoich ciał oprawcy czy osoby queerowe. Praca badawcza będąca misją życia autorki jest nie do przecenienia i zasługuje na czytelniczy pokłon i uwagę. Skłania nas do potrzebnej refleksji nad tym czyje historie tak naprawdę są zapisywane, a czyje pomijane i jak w istocie tworzy się pamięć zbiorowa. 

„Ślady. Historia pewnego archiwum” Joanna Ostrowska, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, wydanie listopad 2025

Wiele statystyk i wielu badaczy już nie tylko bije, ale wyje, wręcz krzyczy na alarm. Niski poziom dzietności, który dotyka teraz świat będzie miał nieodwracalne skutki w naszej przyszłości i przyszłości pokoleń po nas. Mniejsza ilość dzieci wpływa na ekonomię, niższe emerytury, dobrostan seniorów, placówki oświatowe. Tak wiele mówi się o skutkach, tak desperacko szuka się przyczyn, a mało kto znajduje rozwiązanie. 

Jest to niewątpliwie palący temat. Jednak Katarzyna Tubylewicz nie wybiera oceny, surowego osądu jako części swojego reportażu, stoi z boku, jako matka jedynaka, i przedstawia liczne ścieżki życiowe wybrane przez rodziców tego świata. Ilość wiadomości jakie do niej spłynęły przy szukaniu materiału do reportażu była niewyobrażalna, autorka stara się dopuścić ten wielogłos, by pokazać złożoność decyzji kobiet o świadomym nieposiadaniu potomstwa. 

Stereotypy i stygmy otaczające „bezdzietne, niematki, dzieciowolne” są tak liczne, że aż jeży się czytelnicza skóra, Tubylewicz sięga po bardzo intymne historie kobiet, które czuły potrzebę podzielenia się swoimi życiorysami i różnymi zakrętami, które popchnęły je do decyzji nie wydawania na świat potomstwa. Wiele z nich będziemy znać, ale równie wiele nas zaskoczy i poruszy. Książka jest ważnym głosem w debacie, która wywołuje tak skrajne emocje i często oceny pełne nienawiści bądź pogardy. Autorka przeplata forma reportażu z esejem rysując empatyczny portret rodzin, który decydują się nie powiększać. „Nie czekam na szklankę wody” jest wielogłosem pełnym taktu skupiającym się na głosie rozmówców, ale nie omijającym też głosu ekspertów. Robi przede wszystkim to, co jest najbardziej potrzebne w obiektywnej książce – nie ocenia.   

„Nie czekam na szklankę wody. O świadomej bezdzietności”, Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo Czarne, wydanie październik 2025

Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.