Czy dzieci w przeszłości czuły się kochane, czy jedynie potrzebne? To pytanie, które wybrzmiewa w reportażu Anety Godyni i które towarzyszy czytelnikowi od pierwszych stron. „Wiejskie dzieci” nie jest książką sentymentalną ani łatwą – to opowieść wymagająca uważności, gotowości na konfrontację z rzeczywistością, w której dzieciństwo rzadko było osobnym, chronionym etapem życia.

Autorka przygląda się losom dzieci i kobiet na polskiej wsi przełomu XIX i XX wieku, rekonstruując codzienność opartą na pracy, obowiązkach, lęku przed głodem i chorobami. W tej rzeczywistości dzieci funkcjonowały jako część większej całości – były „podporą, pomocą, przedłużeniem rąk rodziców”, ale też nadzieją na przyszłość. Miłość nie zawsze miała formę czułości, jaką dziś uznajemy za oczywistą, lecz często wyrażała się poprzez włączanie dziecka w życie wspólnoty i powierzanie mu odpowiedzialności.

Szczególnie poruszające są fragmenty poświęcone kobietom: wierzeniom i przesądom towarzyszącym ciąży i porodowi, takim jak ludowe przekonanie, że „dziewczynka zabiera matce urodę”. Godynia pokazuje praktyki, które z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się archaiczne czy brutalne, ale interpretuje je jako przejawy desperacji, wiary i nadziei kobiet funkcjonujących w warunkach medycznej bezradności. Tradycja, magia codzienności i głęboki związek z naturą były dla nich często jedynym dostępnym wsparciem.

Ważnym aspektem książki jest także opis ostracyzmu i społecznego nadzoru, jakiemu podlegały kobiety próbujące regulować własny los. Autorka pokazuje, jak silnie umacniano patriarchalne zasady i jak bardzo życie jednostki było podporządkowane wspólnocie. Jednocześnie nie popada w oskarżycielski ton – pozostaje ostrożna w ocenach, nie przykłada współczesnych miar do przeszłości.

Po około 125 stronach narracja zyskuje bardziej osobisty wymiar dzięki postaciom Władka i Helenki – dzieci, które stają się przewodnikami po świecie obowiązków, pracy i dziecięcej wyobraźni. To właśnie w tych fragmentach najmocniej wybrzmiewa kontrast między trudnymi warunkami życia a bogactwem dziecięcej kreatywności. Przyroda, kamienie, gałązki, papier czy drewno stają się zabawkami, a zwykłe elementy otoczenia ożywają dzięki fantazji najmłodszych.

Język książki jest rzeczowy, reportażowy, a jednocześnie pełen uważności. Autorka przede wszystkim pyta: o warunki życia, relacje, obyczaje, prawo. Nie feruje wyroków, nie wzbudza taniej sensacji. Zachęca czytelnika do spojrzenia z ciekawością i zrozumieniem na fakt, że dzieci musiały wcześniej dorastać, a oczekiwania wobec nich często przekraczały ich siły.

„Wiejskie dzieci” nie ograniczają się jednak wyłącznie do perspektywy najmłodszych. To szeroki reportaż o polskiej wsi – o zwyczajach związanych z zawieraniem małżeństw, o emigracji do USA i Brazylii, o przemianach społecznych okresu międzywojennego. Ten kontekst sprawia, że los dzieci staje się częścią większej opowieści o wspólnocie, przetrwaniu i adaptacji.

Misją Anety Godyni jest przywrócenie głosu tym, którzy przez dekady pozostawali na marginesie historii – dzieciom, kobietom, zwykłym ludziom. Z ich codzienności wyrosły nasze korzenie. „Wiejskie dzieci” to książka dla tych, którzy chcą lepiej zrozumieć przeszłość bez idealizowania jej, ale też bez surowego osądu.

„Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali”, Aneta Godynia, Wydawnictwo Sploty, wydanie styczeń 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.                    

Danielle Ofri podejmuje temat rzadko obecny w debacie o medycynie. Rzuca światło na emocjonalne życie lekarzy i jego realny wpływ na decyzje kliniczne, relacje z pacjentami oraz jakość leczenia. Punktem wyjścia są dwie przysięgi – Hipokratesa oraz Majmonidesa, szczególnie ta druga, wzywająca lekarza, by „nigdy nie widział w pacjencie niczego innego, jak tylko cierpiącą istotę ludzką”. Już na tym etapie autorka zarysowuje napięcie między ideałem a codzienną praktyką, które przyciągnęły moją uwagę.

Ofri zestawia te etyczne deklaracje z obrazami lekarzy obecnymi w kulturze popularnej – od empatycznych opiekunów po cynicznych typu, błyskotliwych diagnostów typu dr House. Następnie pokazuje, że w rzeczywistości lekarze różnią się stylem patrzenia na pacjenta: jedni widzą „las”, czyli całościowy obraz sytuacji chorego, inni skupiają się na „drzewach”, drobnych szczegółach klinicznych. Emocje – zmęczenie, strach, frustracja czy współczucie – mogą decydować o tym, który sposób widzenia dominuje w danym momencie.

Szczególnie poruszające były dla mnie autobiograficzne fragmenty, w których autorka przedstawia siebie jako młodą studentkę medycyny oraz momenty brutalnego zderzenia idealistycznych wyobrażeń o zawodzie z rzeczywistości szpitalnej praktyki.
W kolejnych rozdziałach Ofri analizuje konkretne emocje. Brak empatii, który pojawia się w kontakcie z pacjentami wrogimi, manipulującymi, roszczeniowymi lub nadmiernie wycofanymi. Strach, uznany przez nią za jedną z podstawowych emocji w zawodach medycznych, wynikający z nieustannej odpowiedzialności i presji decyzyjności oraz smutek, stale obecny w życiu lekarzy, którzy regularnie tracą pacjentów, z którymi zdążyli nawiązać relację.

Najważniejszym przesłaniem książki jest teza, że lekarze nie są ani nadludźmi, ani bezdusznymi technikami, lecz osobami funkcjonującymi w ekstremalnym środowisku emocjonalnym. Ofri nie próbuje wybielać środowiska medycznego – przeciwnie, otwarcie mówi o błędach, strachu przed odpowiedzialnością, dysocjacji i mechanizmach obronnych, które mogą prowadzić do obojętności lub chłodu w relacji z pacjentem.

Jednocześnie książka jest apelem o większą świadomość emocji w medycynie – zarówno po stronie lekarzy, jak i pacjentów oraz systemu ochrony zdrowia. Autorka pokazuje, że ignorowanie emocji nie czyni lekarza bardziej profesjonalnym, lecz może zwiększać ryzyko wypalenia, błędów i dehumanizacji opieki.

„Co czują lekarze?” nie jest suchym podręcznikiem ani rozprawą naukową. To reportaż medyczny o wyraźnie literackim charakterze, oparty na osobistych wspomnieniach, historiach pacjentów, badaniach naukowych i relacjach innych lekarzy. Wiele rozdziałów rozpoczyna się od słowa „pamiętam”, co nadaje narracji intymny, niemal pamiętnikarski ton. Język Ofri jest klarowny, empatyczny, momentami bolesny w swojej szczerości. Autorka nie unika opisywania wstydu, strachu czy poczucia winy, dzięki czemu czytelnik ma poczucie obcowania z tekstem autentycznym, a nie wygładzonym moralitetem.

Z książki Ofri płynie kilka istotnych wniosków. Po pierwsze, emocje są nieodłącznym elementem praktyki lekarskiej i realnie wpływają na proces diagnostyczny oraz terapeutyczny. Po drugie, brak empatii nie zawsze wynika ze złej woli, lecz często z przeciążenia, lęku i mechanizmów obronnych. Po trzecie, system medyczny rzadko daje lekarzom przestrzeń na przeżywanie smutku, żałoby czy strachu, co prowadzi do ich kumulacji i kosztów psychicznych.

Sądzę, że to ważny reportaż dla pacjentów książka może być lekcją większego zrozumienia, dla lekarzy – formą lustra i zaproszeniem do autorefleksji, a dla decydentów – sygnałem, że troska o zdrowie psychiczne personelu medycznego nie jest luksusem, lecz warunkiem dobrej opieki. „Co czują lekarze?” to książka, która nie idealizuje ani nie demonizuje medycyny. Pokazuje ją taką, jaka jest – jako przestrzeń spotkania dwóch wrażliwych stron: chorego i leczącego. To lektura, która zostaje w czytelniku na długo i zmienia sposób patrzenia na relację lekarz–pacjent, czyniąc ją bardziej ludzką i złożoną.

„Co czują lekarze? Jak emocje wpływają na wykonywanie praktyki lekarskiej”, Danielle Ofri, tłumaczenie, wydawnictwo Biały Wiatr, wydanie styczeń 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

„Carol” Patricii Highsmith to powieść, która od pierwszych stron ustawia czytelnika w pozycji obserwatora czegoś kruchego i nie w pełni nazwanego. Już początkowy obraz — Therese wpatrującej się w swoje odbicie, pragnącej „ucałować tę osobę w lustrze, powołać ją do życia”, a jednocześnie pozostającej w bezruchu „niczym namalowany portret” — jest kluczem do całej historii. To opowieść o bohaterce, która istnieje bardziej jako przedmiot spojrzeń niż podmiot własnych decyzji.

Therese, dziewiętnastoletnia narratorka, funkcjonuje jak obraz wystawiony na widok publiczny: oceniana, dotykana, interpretowana, lecz rzadko pytana o zdanie. Jej życie w Nowym Jorku lat czterdziestych to ciąg ról przypisywanych młodej kobiecie — sprzedawczyni w domu towarowym, dziewczyny „do ustatkowania”, potencjalnej żony. Marzenie o byciu scenografką jawi się raczej jako mglista fantazja niż realny plan, bo Therese nie została nauczona sprawczości. Jest narratorką stojącą obok własnego życia, kimś, kto obserwuje siebie w ruchu, ale nie do końca wierzy, że ma prawo zmienić kierunek.

Relacje z mężczyznami w „Carol” są znaczące przede wszystkim przez swoją nijakość. Richard — najbardziej wyrazista z tych postaci — nie budzi w Therese ani namiętności, ani poczucia bezpieczeństwa. Gdy bohaterka obejmuje go w talii i „czuje się głupio i niepewnie, jakby dotykała pnia drzewa”, Highsmith niezwykle trafnie oddaje doświadczenie relacji, która istnieje bardziej z rozpędu niż z potrzeby serca. Wystarczyłoby „otworzyć drzwi i uciec” — ale Therese jeszcze nie wie dokąd ani po co.

Wszystko zmienia się w dniu, kiedy do lady podchodzi zjawiskowa postać Carol. Nie jako nagłego olśnienia czy romantycznego uniesienia, lecz jako subtelnego przesunięcia perspektywy. Carol nie wdziera się do życia Therese — ona je porządkuje, nadaje mu ostrość. To przy niej młoda bohaterka po raz pierwszy zaczyna odczuwać pewność, której wcześniej nie znała: pewność spojrzenia, gestu, obecności. Highsmith nie idealizuje tej relacji; przeciwnie — pokazuje ją jako pełną napięć, nierówności i ryzyka, wpisaną w społeczną rzeczywistość, która nie pozostawia miejsca na łatwe szczęście.

W sferze językowej proza Highsmith jest oszczędna, chłodna, niemal zdystansowana, a jednocześnie niezwykle precyzyjna. Autorka rzadko nazywa emocje wprost. Zamiast tego buduje je z pauz, spojrzeń, zawieszeń i drobnych gestów. To czytelnik musi dopowiedzieć sobie to, co niewypowiedziane — i właśnie dlatego napięcie tej powieści jest tak intensywne. Emocje nie eksplodują, one powoli narastają, wnikają pod skórę i zostają tam na długo, we mnie zamieszkały ponownie, bo to nie był pierwszy raz, gdy czytałam tę ponadczasową powieść. 

„Carol” bywa określana jako powieść miłosna, ale jej prawdziwy ciężar tematyczny leży gdzie indziej. To książka o wyborze: między życiem podporządkowanym normom a życiem w zgodzie ze sobą, między bezpieczeństwem a prawdą, między rolą a tożsamością. Highsmith pokazuje, jak wysoką cenę płacą kobiety za próbę wyjścia poza narzucone ramy — nie tylko w wymiarze społecznym, lecz także psychicznym. Miłość nie jest tu ucieczką od świata, lecz konfrontacją z nim.

W moich oczach uniwersalność „Carol” polega na tym, że choć osadzona jest w bardzo konkretnym czasie i miejscu, jej przekaz pozostaje aktualny. To opowieść o dojrzewaniu do siebie, o odzyskiwaniu głosu i prawa do decyzji. O tym, że bycie sobą rzadko jest procesem gwałtownym — częściej cichym, pełnym wahań i lęku. I właśnie ta cichość czyni powieść Highsmith tak poruszającą. „Carol” nie oferuje łatwych wzruszeń ani prostych odpowiedzi. To literatura, która wymaga uważności, cierpliwości i gotowości na niedopowiedzenie. Ale w zamian daje coś znacznie cenniejszego: doświadczenie intymnej, odważnej opowieści o miłości rozumianej nie jako dekoracja życia, lecz jako akt głębokiej, często bolesnej autentyczności.

„Carol”, Patricia Highsmith, tłumaczenie Krzysztof Obłucki, Wydawnictwo Noir Sur Blanc, wydanie styczeń 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

To książka, która nie tyle wciąga, co zasysa — krajobrazem, językiem i niepokojem, który od pierwszych stron osiadł na mojej skórze i zagościł w duszy. Autorka zaczyna swą powieść od geografii, ale jest to geografia gęsta od znaczeń: Wysokie Krzesło uznawane za koniec świata, wieś zwana Bratnią Nędzą, most Panieński Skok — miejsca brzmiące jak legenda, ludowa przypowieść albo zapowiedź tragedii. Ten topograficzny wstęp okazuje się czymś więcej niż orientacją w terenie. Jest zwierciadłem stylu Jost. Surowego, precyzyjnego, a jednocześnie podszytego ironią i mrokiem.

Ja zostałam kupiona natychmiast. „Jezioro ze sceną z mgły, zniszczoną i zbutwiałą*” — czyż to nie jest najcudowniejsza plastyka języka? To zdanie jest kwintesencją tej prozy: plastycznej, sensualnej, a jednocześnie niepokojąco martwej. Krajobraz nie jest tu tłem, lecz nośnikiem pamięci i przemocy. Gdy narracja płynnie przechodzi od opisów natury do klasowego zdjęcia z 1989 roku, Jost dokonuje literackiej wiwisekcji: dziecięcych twarzy, ubrań, gestów. Każdy detal zostaje przyszpilony z czułą, lecz bezlitosną uwagą.

Młoda narratorka mówi z pozycji nieprzystawalności. Nie pasuje do krajobrazu od początku.„Dzieci wypędzone w ponadczasową przeszłość*” — to zdanie ustawia perspektywę całej powieści. Dziewczynka nie pasuje, obserwuje, pragnie być kimś innym, kimś „po lewej, na dole”. Jej spojrzenie jest czujne, wyostrzone, a zarazem naznaczone wstydem i lękiem. To spojrzenie dziecka, które widzi za dużo i za wcześnie. 

Szczególnie mocno wybrzmiewają fragmenty dotyczące rodzinnej historii i nieprzepracowanej przeszłości. Zatrzymała mnie izba z tablicą genealogiczną poświadczającą aryjskie pochodzenie, srebrne krzyże, złote orły, duma babci z przynależności do „gmin Führera”. Echo nazizmu nie jest tu sensacyjnym motywem — jest codziennością, osadem, czymś, co trwa w przedmiotach, języku i milczeniu. Rok 1994 nie przynosi oczyszczenia; przeszłość wciąż pulsuje pod skórą tej austriackiej wspólnoty.

To także opowieść o zakazanej miłości, o cielesności i przemocy, o patriarchalnym świecie, w którym „na zakrystii dzieją się bardzo złe rzeczy”, a dziewczęce uczucie do Luki nie ma prawa istnieć. Narratorka chowa się pod ciężarówką, podsłuchuje, patrzy — i to „patrzenie” staje się aktem oporu, jedyną możliwą formą ocalenia siebie.

Ta książka nie oferuje ulgi ani prostych odpowiedzi. Jest gęsta, momentami duszna, ale literacko zachwycająca. Jost pisze tak, jakby każde zdanie było wyryte w kamieniu — precyzyjnie, bez zbędnych ozdobników, a jednocześnie z ogromną siłą oddziaływania.

To powieść, która zostaje w czytelniku na długo, bo dotyka tego, co niewypowiedziane, wstydliwe i dziedziczone — nawet wtedy, gdy bardzo chcielibyśmy od tego uciec.

„Tam, gdzie najostrzejszy kieł Karawanów szczerzy się ku niebu”, Julia Jost, tłumaczenie Zofia Sucharska, Wydawnictwo Cyranka, wydanie luty 2026

Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa.

„Kauri” to powieść poniekąd historyczna, która porwała mnie już samym opisem fabuły. Ona jednak świadomie unika rekonstrukcji „jak było naprawdę”. Zamiast tego proponuje literackie zbliżenie do wydarzeń z 1761 roku, traktując katastrofę morską i los porzuconych niewolników jako punkt wyjścia do refleksji nad władzą, pamięcią i granicami człowieczeństwa.

Jedną z najmocniejszych stron tej książki był dla mnie język. Oszczędny, gęsty, momentami surowy. Suskiewicz unika patosu i łatwego moralizowania, budując narrację z niedopowiedzeń i napięć. Styl dobrze oddaje klaustrofobię wyspy – krótkie sceny, powracające motywy piasku, wody i głodu wzmacniają poczucie zamknięcia oraz powolnego rozpadu świata znanego bohaterom.

Fabuła opowiedziana jest z dwóch perspektyw: europejskiego oficera i malgaskiej niewolnicy. To zestawienie pozwala zobaczyć tę samą historię z radykalnie różnych punktów widzenia. Szczególnie interesujący był sposób, w jaki autor pokazuje trwanie kolonialnych hierarchii nawet w sytuacji skrajnej na bezludnej wyspie, gdzie wszyscy teoretycznie powinni być równi wobec natury.

Suskiewicz mówi o kolonializmie nie jako o zamkniętym rozdziale historii, lecz jako o systemie, którego skutki rozciągają się daleko poza moment katastrofy. Ważnym tematem staje się pamięć i pytanie o to kto zostaje zapamiętany, a kto znika z narracji, oraz czy literatura może wypełnić te luki. Pod względem wątków powieść łączy historię, fikcję i refleksję egzystencjalną. Obok walki o przetrwanie pojawiają się pytania o tożsamość, odpowiedzialność i sens „ocalenia”, które nie zawsze oznacza wolność. To książka wymagająca, ale konsekwentna. Zdecydowanie bardziej do przeżycia i przemyślenia niż do szybkiej lektury. „Kauri” to rzetelna, literacko dojrzała powieść, która zamiast efektownych scen stawia na atmosferę i moralny niepokój.

„Kauri”, Łukasz Suskiewicz, Państwowy Instytut Wydawniczy, wydanie luty 2026

Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa. 

„Położne” to powieść, która można powiedzieć, powstała wraz z czytelnikami. Jej geneza jest nierozerwalnie związana z ogromnym sukcesem Akuszerek – pierwszej części sagi. To właśnie oddźwięk czytelników, ich przywiązanie do bohaterek i potrzeba domknięcia losów kolejnego pokolenia sprawiły, że Sabina Jakubowska wróciła do świata położnych. Autorka podejmuje w niej próbę opisania kobiecego doświadczenia w XX wieku w jego najbardziej cielesnym, społecznym i historycznym wymiarze.

Osią narracyjną Położnych są losy Reginy – córki Franciszki, bohaterki Akuszerek. Akcja rozpoczyna się w 1940 roku w okupowanym Krakowie i obejmuje kolejne dekady dramatycznych przemian: od wojny, przez powojenną rzeczywistość, aż po czasy komunistycznego reżimu. Regina, zdegradowana przez Niemców z nadpołożnej do salowej, nie porzuca swojego powołania. Odbiera porody w szpitalach, piwnicach, w warunkach skrajnego zagrożenia.

Każdy rozdział jest precyzyjnie osadzony w czasie i przestrzeni, a jego osią staje się postać kolejnej kobiety, którą Regina spotyka na swojej drodze. Dzięki temu powieść zyskuje niemal kronikarski charakter – galeria bohaterek obejmuje kobiety z różnych warstw społecznych: prostytutki, zakonnice, wiejskie matki, ofiary gwałtów, kobiety zmuszane do macierzyństwa w ramach ideologii Lebensbornu. Ich historie splatają się w opowieść o wspólnym losie i siostrzeństwie, budowanym wbrew systemom politycznym i przemocy.

„Położne” są wyraźnym hołdem dla kobiet – tych, które rodzą, i tych, które im w tym towarzyszą. Jakubowska pokazuje, że wojna i totalitaryzm szczególnie dotykają kobiece ciało: odbierają prawo do decyzji, intymność i bezpieczeństwo. Jednocześnie autorka konsekwentnie podkreśla sprawczość swoich bohaterek. Regina nie jest postacią heroiczną w patetycznym sensie – jej siła polega na codziennej wytrwałości, zadawaniu pytań, odmowie podporządkowania się złu. Jest „chodzącą definicją” lekarskiej etyki: po pierwsze – nie krzywdzić.

Jakubowska pisze niezwykle plastycznie, z empatią i uważnością na detal. Od pierwszych akapitów czytelnik niemal fizycznie odczuwa emocje Reginy – strach, zmęczenie, determinację. Cytowane w powieści ludowe mądrości i filozofia codzienności nadają narracji głębi i autentyczności. Autorka nie unika cielesności – wydzieliny, ból, krew są tu nazwane wprost.

To powieść monumentalna w treści, a jednocześnie czuła w tonie. Jej tempo jest niespieszne, zanurzone w codzienności, co może zaskakiwać, ale właśnie ta zwyczajność nadaje historii wiarygodność i siłę oddziaływania. Nagromadzenie tragedii, porodów w niesłychanych warunkach mogą trochę czytelnika zmęczyć, jednak Sabina Jakubowska ponownie udowadnia, że potrafi pisać o sprawach granicznych bez patosu, z ogromnym sercem i literacką dojrzałością. To książka, z którą trudno się rozstać – nie dlatego, że epatuje dramatem, lecz dlatego, że jest głęboko ludzka i prawdziwa.

„Położne”, Sabina Jakubowska, Wydawnictwo Relacja, wydanie luty 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.