Któregoś dnia Mirka, młoda narratorka ląduje w psychiatryku. Posyła ją tam scena, która rozegrała się w jej domu. Krwawy początek soczystego debiutu. Mnie ta proza zassała od pierwszej strony. Wtopiłam się w ściany szpitala psychiatrycznego, w każdy kafelek łazienki obrazowo opisywany przez autorkę. To proza pełna pęknięć dorastania, które woła o uwagę, ale jednocześnie ostro odstaje od reszty, od norm, od beztroski dzieciństwa. Mirka ma rodziców, którzy słowem „dobrze” oznajmiają koniec wizyty, tacy, którzy nie rozbierają się z płaszcza, żeby mieć tylko szybkie pole do ucieczki, gdy ich dziecko marzy tylko o tym, by się rozgościli w jej szpitalnym pokoju i pokazali tym samym jakiekolwiek zaangażowanie w jej proces leczenia. 

„Tutaj, wsród pacjentów, trwa nieustająca licytacja, która w sobie większe rysy i pęknięcia, z kogo bardziej złazi farba, czyja choroba budzi wiekszą grozę i respekt. A ja w tej licytacji przegrywałam. Moja choroba się nie cięła, nie chudła do kości, nie mówiła, że jest szatanem. Była wstrętna, jak trzecia, najbrzydsza siostra Kopciuszka. Niewidzialna, zapomniana, nawet niedostatecznie nastygmatyzowana. Brakowało jej wystarczająco silnych argumentów. A moi rodzice najwyraźniej zdawali sobie sprawę, że ja od tego nie umrę, chociaż dym dniem coraz bardziej bym już tego chciała.” 

Krwawy incydent, po którym młoda narratorka Mirka trafia do szpitala psychiatrycznego, nie jest jedynie fabularnym zapalnikiem. Bargielska wykorzystuje go jako wejście do świata pełnego przemilczeń, emocjonalnych zaniedbań i pęknięć, które narastały długo przed momentem hospitalizacji. Ta powieść podziała na mnie z tak wielką siłą, bo nie opowiada wyłącznie o kryzysie psychicznym, lecz o tym, co ten kryzys poprzedzało. Ta proza nie tylko opisuje miejsce, ale wręcz wciąga do środka. Szpital staje się osobnym organizmem, dusznym, pełnym licytacji cierpienia, prób udowadniania własnego bólu i walki o zauważenie.

Szczególnie poruszający okazał się dla mnie motyw „niewystarczająco widzialnej” choroby. Mirka nie wpisuje się w stereotypowy obraz osoby chorej psychicznie, bo jej cierpienie nie jest efektowne, nie budzi natychmiastowego alarmu. Bargielska znakomicie pokazuje, jak bardzo społeczne postrzeganie kryzysu psychicznego uzależnione jest od jego widowiskowości. Autorka weszła mi pod skórę, bo odsłania dramat ludzi, którzy cierpią „za cicho”, by zostać potraktowanymi poważnie.

Równie przejmująco wypada portret rodziny. Rodzice Mirki są emocjonalnie nieobecni do tego stopnia, że ich krótkie wizyty stają się niemal bardziej bolesne niż samotność. Nie zdejmują płaszczy, jakby od początku zakładali możliwość natychmiastowej ucieczki. W tych drobnych gestach Bargielska zawiera więcej prawdy o zaniedbaniu niż niejeden wielostronicowy opis przemocy. Ja miałam ochotę tę rodzinę fizycznie rozszarpać. 

Język Bargielskiej pracował we mnie ze strony na stronę Jej narracja przypomina samą narratorkę, słychać go jako cichy szept, im spokojniejszy ton, tym mocniej wybrzmiewa rozpacz bohaterów. W tej prozie nie ma miejsca na efekciarskie metafory, siła tkwi w prostocie zdań i trafności obserwacji psychologicznych, a także w ironii, która potrafiła też mnie rozbawić.

„Szlachetne naczynie” to opowieść o dorastaniu w świecie pozbawionym emocjonalnego bezpieczeństwa, o pragnieniu bycia zauważonym i o samotności, która nie zawsze wygląda spektakularnie. Bargielska stworzyła debiut dojrzały, bolesny i niezwykle prawdziwy, bo opowiada o rysach, które nosimy w sobie wszyscy. 

„Szlachetne naczynie”, Małgorzata Bargielska, Wydawnictwo Cyranka, wydanie maj 2026

Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa. 

„Stara szkoła” to dla mnie jedna z tych książek, które z pozoru są bardzo kameralne. Czytało mi się ją jak stare, dobre powieści, coś pokroju „Stowarzyszenia umarłych poetów”, gdzie zamknięta przestrzeń szkoły staje się sceną, która przybliża nam troski dojrzewania grupy chłopców w elitarnej szkole Ameryki lat 60-tych.

Bardzo podobało mi się to, jak Wolff wykorzystuje motyw szkoły jako pewnego rodzaju mikrokosmosu. To nie jest tylko tło, ale to niemal taki osobny bohater z własnymi zasadami, rytuałami i niewypowiedzianą hierarchią. Z jednej strony wszystko wydaje się tutaj uporządkowane, niemal idylliczne, a pod powierzchnią wyczuwa się napięcia, ambicje i potrzebę udowodnienia swojej wartości. Ta klaustrofobiczna przestrzeń otacza czytelnika i każe wybrać mu się we własną przeszłość i wspomnienia o „stawaniu się”. 

Najbardziej poruszyła mnie postać głównego bohatera, ponieważ nie do końca pasuje do świata uprzywilejowanych uczniów, ale jednocześnie bardzo chce do niego należeć. To właśnie to napięcie napędza jego decyzje i jest osobnym bohaterem tej z pozoru prostej historii. Wątek jego pochodzenia, statusu społecznego i odkrywanej tożsamości związanej z żydowskimi korzeniami, dodaje całej historii dodatkowej warstwy.

Ciekawie wypada też sama tzw. rywalizacja literacka, bo w tej szkole wizyty składają takie postaci jak Robert Frost, Ayn Rand czy Ernest Hemingway. Uczniowie co roku walczą o przywilej spotkania się z podziwianym autorem w ramach konkursu na najlepszy utwór literacki. Obecność tych autorów jest interesującym zabiegiem, ponieważ działają oni trochę jak lustra, w których odbijają się ambicje i słabości uczniów. To konkurs życia, który budzi pragnienia uznania, potrzeby bycia dostrzeżonym, a czasem też zwykłej zazdrości.

Im dalej w lekturę, tym bardziej rozumiałam jak bardzo ta powieść jest o autentyczności, a właściwie o jej braku. Bohater, który chce być pisarzem, jednocześnie nieustannie „pisze” samego siebie, tworząc wygodną wersję własnej tożsamości. Okazuje się, że jego największy konflikt nie jest z innymi, tylko z samym sobą. 

Widać tu bardzo wyraźnie warsztat Wolffa jako mistrza krótkiej formy, którego poznaliśmy dzięki zbiorowi opowiadań wydanych przez Wydawnictwo Czarne w serii opowiadań. Konstrukcja jest zwarta, sceny są precyzyjne, a każde wydarzenie ma swoje znaczenie. Nawet jeśli momentami narracja jest bardziej „opowiadająca” niż „pokazująca”, zupełnie mi to nie przeszkadzało. To jest literatura, która nie udaje, że wszystko da się wyrazić obrazem, ponieważ czasem trzeba coś nazwać wprost.

Lekturę skończyłam z poczuciem obcowania z czymś bardzo „klasycznym” w najlepszym sensie tego słowa. To trochę jak powieści pokroju „Portret artysty z czasów młodości” James’a Joyce’a. To historia dojrzewania, ale opowiedziana w sposób skupiony, introspektywny, bez zbędnych ozdobników. „Stara szkoła” nie potrzebuje wielkich zwrotów akcji, bo jej siła tkwi w uważnym, niemal bezlitosnym przyglądaniu się temu, co dzieje się wewnątrz człowieka.

Dla mnie to naprawdę „stara dobra” literatura, która nie próbuje imponować formą, tylko zostaje z czytelnikiem dzięki swojej szczerości i psychologicznej precyzji oraz refleksji nad własnymi szkolnymi ambicjami.

„Stara szkoła”, Tobias Wolff, tłumaczenie Krzysztof Umiński, Wydawnictwo Czarne, wydanie maj 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„Miłość jest dla cywili. Dla niego nie.” to cytat, który otworzył dla mnie nie tylko sens powieści Igora Štiksa, ale również jej najbardziej przejmujące pytanie: co pozostaje z człowieka, kiedy całkowicie podporządkuje siebie idei? Właśnie wokół tego napięcia między rewolucją a człowieczeństwem, ideologią a emocjonalnością, pamięcią a konstrukcją własnego mitu zbudowane jest „W”, jedno z najbardziej intrygujących i niejednoznacznych doświadczeń literackich, jakie można znaleźć w tym współczesnym thrillerze politycznym. Gatunek, z którym spotykam się chyba po raz pierwszy. 

„W” zarzuca nas enigmą od początku. Mamy tutaj tajemniczy testament, śmierć znanego intelektualisty, trop prowadzący przez różne kraje i dekady, polityczne sekrety, radykalne organizacje, pytania o terroryzm i ideologiczne manipulacje. Podobało mi się to, że Štiks jednak wykorzystuje konwencję thrillera nie po to, by budować jedynie napięcie fabularne, ale by rozebrać na części mechanizmy historii, pamięci i politycznej wiary.

To właśnie najbardziej zaskakuje w tej powieści. Thriller zazwyczaj opiera się na odkrywaniu prawdy, a miałam wrażenie, że „W” działa odwrotnie, bo z każdą kolejną stroną prawda staje się coraz bardziej nieuchwytna. Historia nie rozwija się linearnie, lecz rozszczepia się i podważa samą siebie. Štiks prowadzi narrację tak, jakby czytelnik poruszał się po ruinach cudzej pamięci. Nigdy nie ma się pewności, czy odkrywa fakty, czy jedynie kolejne warstwy narracyjnej mistyfikacji. Dzięki temu powieść staje się czymś znacznie ambitniejszym niż klasyczna polityczna intryga. To opowieść o tym, że ideologie tworzą własne fikcje, a ludzie bardzo często żyją bardziej wewnątrz opowieści o sobie niż w rzeczywistości.

Najmocniejszym elementem książki jest jednak jej temat. Štiks nie pisze wyłącznie o polityce, ale przede wszystkim o psychologii rewolucji. O momencie, w którym idea staje się ważniejsza od jednostki. Walter i Władimir funkcjonują początkowo jak dwa bieguny jednej świadomości. Łączy ich wspólna młodość, rytuał braterstwa, doświadczenie historycznego fermentu Paryża 1968 roku tworzą między nimi więź niemal mityczną. Ale im dalej rozwija się powieść, tym wyraźniej widać, że ta relacja nie jest stabilna. Rozpad przyjaźni okazuje się równocześnie rozpadem samej wiary w możliwość stworzenia nowego świata.

Powieść pokazuje, że rewolucja nie kończy się wraz z polityczną porażką. Ona zostaje w człowieku jako wewnętrzne pęknięcie. Walter staje się figurą człowieka rozdartego pomiędzy sprzecznymi wersjami samego siebie, między radykalizmem i wycofaniem, potrzebą wspólnoty i samotnością, ideą i emocjonalnością. Štiks niezwykle trafnie pokazuje, jak wielkie idee XX wieku potrafiły jednocześnie dawać poczucie sensu i prowadzić do duchowego wyniszczenia.

Ogromne wrażenie robi również język tej powieści. To proza gęsta, intelektualna, ale jednocześnie bardzo emocjonalna. Štiks pisze w sposób chłodny i analityczny, by po chwili przejść do fragmentów niemal melancholijnych, pełnych egzystencjalnego ciężaru. Autor świetnie balansuje między filozoficzną refleksją a thrillerową dynamiką. Ta książka nie opiera się wyłącznie na politycznych realiach czy historycznych odniesieniach. Jej siłą jest uniwersalne pytanie o to ile człowiek jest w stanie poświęcić dla idei i co dzieje się z nim, kiedy idea staje się ważniejsza od życia?

„W” to thriller polityczny, który momentami przypomina filozoficzną łamigłówkę, momentami dramat psychologiczny, a momentami melancholijną opowieść o rozpadzie marzeń o lepszym świecie.

„W”, Igor Stiks, tłumaczenie Dorota Jovanka Cirlic , wydawnictwo Oficyna Noir Sur Blanc, wydanie maj 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

Kiedy ostatni raz położyliście się pod drzewem na trawie? Albo usiedliście na ławce w parku, żeby po prostu posiedzieć? Albo patrzyliście w dal otoczeni śpiewem natury? 

Autorka zasysa nas pierwszym wciągającym zdaniem: „Kiedy miałyśmy po osiem lat, tata rozciął mnie od szyi do brzucha.” To zdanie wprowadza nas w klimat powieści, która pracuje na naszych zmysłach i zdradza już rąbek tajemnicy, który skrywa narratorka. 

„Kiedyś były tu wilki” Charlotte McConaghy to powieść gęsta od emocji, niepokoju i bólu, ale jednocześnie przepełniona niezwykłą czułością wobec natury i człowieka. Historia, która nie pozwala zachować bezpiecznego dystansu, bo wciąga czytelnika w las, w ciszę, w traumę i w dzikość, której tak bardzo próbujemy się wyrzec.

To otwierające zdanie działa jak rana, natychmiast otwiera przed nami świat narratorki i zapowiada historię, w której przeszłość nigdy naprawdę nie milknie. McConaghy od początku buduje atmosferę zagrożenia i tajemnicy, ale robi to w sposób niezwykle świadomy językowo. Przyroda nie jest tutaj tłem wydarzeń, miałam wrażenie, że ona oddycha razem z bohaterami, obserwuje ich i ocenia.

Fabuła skupia się wokół Inti Flynn, biolog zajmującej się reintrodukcją wilków do szkockich Highlands. Razem z siostrą przybywa do miejsca, gdzie natura od dawna została podporządkowana ludzkiemu lękowi i chciwości. Wilki mają przywrócić ekosystemowi utraconą równowagę, ale bardzo szybko okazuje się, że większym zagrożeniem od dzikich zwierząt są sami ludzie. Gdy dochodzi do brutalnej śmierci miejscowego mężczyzny, podejrzenia niemal automatycznie padają na sprowadzone drapieżniki. Jednak McConaghy prowadzi tę historię znacznie głębiej niż klasyczny thriller czy ekologiczny dramat. Ze strony na stronę przekonywałam się, że to opowieść o przemocy tej jawnej i tej ukrytej pod warstwą codzienności.

Są sceny, które zostają pod powiekami na długo, bo McConaghy potrafi pisać o cierpieniu bez upiększeń. Jednocześnie pod całą tą warstwą mroku pulsuje ogromna tęsknota za bliskością i bezpieczeństwem. Relacja Inti z siostrą była dla mnie jednym z najbardziej poruszających elementów powieści. Relacja pełna miłości, zależności i desperackiej potrzeby ochrony drugiego człowieka.

Zaskoczyło mnie jak jak mocno wybrzmiewa również feministyczny wymiar tej historii. „Ile kobiet musi jeszcze zginąć, żebyśmy się wściekli? Dlaczego wszyscy już nie jesteśmy wściekli?” staje się jednym z emocjonalnych fundamentów powieści. McConaghy mówi o przemocy wobec kobiet bez metafor i bez łagodzenia rzeczywistości. Autorka pokazuje, jak często społeczeństwo ignoruje cierpienie kobiet, dopóki nie stanie się ono niemożliwe do ukrycia.

Nie jest to też  tani moralizatorski apel o „ratowanie planety”. McConaghy pisze raczej o zerwanej więzi między człowiekiem a naturą. „Świat skręcił w złą stronę, kiedy zaczęliśmy odcinać się od dzikiej przyrody…” i właśnie wokół tej myśli budowana jest cała powieść. Wilki stają się symbolem czegoś pierwotnego i utraconego. Ich powrót oznacza nie tylko odbudowę ekosystemu, ale też próbę odzyskania części człowieczeństwa, które zagubiliśmy w procesie „cywilizowania” świata. Dla mnie napięcie utrzymywane jest niemal przez cały czas, a tajemnice odsłaniane są stopniowo i z wyczuciem. Nawet jeśli pewne rozwiązania można przewidzieć, nie odbiera to historii siły, bo tutaj najważniejsze nie jest „co się wydarzy”, ale „co to zrobi z bohaterami i z nami”. A McConaghy znów zrobiła ze mną sporo. 

Po lekturze naprawdę poczułam szczerą potrzebę, by wyjść z domu, usiąść pod drzewem, posłuchać śpiewu ptaków i przypomnieć sobie, że jesteśmy częścią czegoś większego.

„Kiedyś były tu wilki”, Charlotte McConaghy, tłumaczenie Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Wydawnictwo Filia Literacka, maj 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.

„Izrael. Co poszło nie tak?” Omera Bartova to książka, po której trudno było mi wrócić do rzeczywistości. To nie jest zwykły reportaż polityczny ani chłodna analiza konfliktu izraelsko-palestyńskiego. To osobiste, bolesne rozliczenie izraelskiego historyka z własnym państwem, własną tożsamością i ideologią, w której został wychowany. Bartov to Izraelczyk, były żołnierz wojny Jom Kippur i badacz ludobójstw. W swoim reportażu podejmuje próbę odpowiedzi na pytanie, które wybrzmiewa nad całą książką. Jak państwo powstałe po Holokauście mogło samo zostać oskarżone o zbrodnie wojenne, czystki etniczne i brutalną przemoc wobec Palestyńczyków?

Już we wstępie autor pisze o „tragicznej przemianie syjonizmu z ruchu wyzwolenia w ideologię etnonacjonalizmu”, a z każdą kolejną stroną czytelnik ma wrażenie, że obserwuje powolny rozpad moralnych fundamentów państwa Izrael. Bartov nie ucieka od mocnych tez i niewygodnych pytań. Zastanawia się, dlaczego izraelskie społeczeństwo z tak dużą łatwością akceptuje przemoc wobec Palestyńczyków, dlaczego odczłowieczanie drugiego narodu stało się częścią języka polityki i codzienności oraz jak Holokaust został wpisany w izraelską narrację narodową jako narzędzie budowania strachu, oblężonej twierdzy i permanentnego poczucia zagrożenia.

Ta książka momentami budziła we mnie autentyczną frustrację i gniew. Były chwile, gdy trudno było mi zaakceptować język autora. Szczególnie wtedy, gdy atak Hamasu określał mianem „rzezi” czy „brutalnego ataku”, podczas gdy działania Izraela długo nazywał bardziej zachowawczo „operacją wojskową”. Widać jednak, że Bartov sam przechodzi wewnętrzną przemianę i konfrontuje się z własnymi ograniczeniami oraz wychowaniem. Ta książka mnie poruszyła, bo nie pisze jej ktoś z zewnątrz, ale człowiek, który przez lata był częścią tego systemu i dziś z przerażeniem obserwuje, jak bardzo nie poznaje własnego społeczeństwa, a nawet przyjaciół.

Bartov stawia też pytania o to czy Holokaust miał być uniwersalną przestrogą dla całej ludzkości, czy stał się narzędziem budowania narodowej wyjątkowości? Czy obietnica „nigdy więcej” naprawdę obejmuje wszystkich, czy tylko wybranych? Autor pokazuje, jak centralne miejsce Zagłady w izraelskiej edukacji i polityce buduje wspólnotę opartą bardziej na strachu i poczuciu oblężenia niż na empatii i odpowiedzialności. Rozbił mnie na kawałki fragment, w którym zestawia pamięć o Holokauście z cierpieniem Palestyńczyków i pisze o „dwóch Holokaustach patrzących sobie prosto w oczy”. 

Ogromnym atutem reportażu jest również to, że Bartov nie ogranicza się wyłącznie do opisu ludobójstw@ w Gazie. Pisze o kryzysie izraelskiej demokracji, o utożsamianiu antysyjonizmu z antysemityzmem, o instrumentalizacji oskarżeń o antysemityzm wobec krytyków Izraela oraz o niebezpieczeństwie marginalizacji badań nad ludobójstwem. Szczególnie niepokojące są jego refleksje dotyczące przyszłości, bo to wizja Izraela zmierzającego w stronę teokracji, nacjonalizmu i moralnej przepaści brzmi momentami niemal apokaliptycznie.

„Izrael. Co poszło nie tak?” zmusza za to do zadawania pytań o granice człowieczeństwa, o pamięć historyczną i o to, jak łatwo ofiara może stać się sprawcą przemocy. I przypomina, że historia niczego nas nie nauczyła…

„Izrael. Co poszło nie tak?”, Omer Bartov, tłumaczenie Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Literackie, wydanie maj 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

„Lato Thomasa Manna” Kerstin Holzer to książka zbudowana bardziej z oddechów, spojrzeń i drobnych gestów niż z klasycznej fabuły. Nie ma tu wielkich zwrotów akcji ani dramatycznych deklaracji. Jest za to lato 1918 roku nad Tegernsee. Jednocześnie jest to statnie lato starej Europy. Rodzina Manna wynajmuje dom nad jeziorem, dzieci biegają po ogrodzie, pies Bauschan śpi w cieniu drzew, a sam pisarz próbuje pracować, choć coraz wyraźniej przeczuwa, że świat, któremu poświęcił swoje polityczne „Rozważania człowieka niepolitycznego”, właśnie się rozpada.

Holzer opowiada o tym czasie z delikatnością. Nie tworzy biograficznej laurki ani literackiego muzeum. Zdejmuje Thomasa Manna z piedestału i pokazuje go jako człowieka pełnego sprzeczności. Jako neurotycznego, pedantycznego, chwilami chłodnego, ale też czułego wobec dzieci i zaskakująco kruchego. To Mann jeszcze sprzed późniejszej legendy autora „Czarodziejskiej góry”, pisarz tkwiący w twórczym impasie, uwikłany w polityczny błąd, który historia bardzo szybko obróci przeciwko niemu. To moment, gdy człowiek nie odrzucił jeszcze dawnych przekonań, ale zaczyna przeczuwać ich moralną porażkę.

Klimat tej książki przypomina nieco stare fotografie, jest jak miękkie światło, spokojne kadry i świadomość katastrofy czającej się poza obrazem. Wojna nie wdziera się tutaj bezpośrednio do domu Mannów, lecz stale pulsuje gdzieś w tle, w brakach jedzenia, rozmowach dorosłych, napięciu społecznym, poczuciu końca epoki. Holzer stara się pokazać kontrast między dziecięcą beztroską a historycznym przesileniem. Mam wrażenie, dlatego Tegernsee staje się czymś więcej niż malowniczym pejzażem. Przeobraża się w przestrzeń przejścia między dawnym światem niemieckiego mieszczaństwa a nowoczesnością, która dopiero ma nadejść.

Czuć tutaj zapach jeziora, mokrego drewna, letniego deszczu i dusznych pokojów, w których Mann próbuje pisać. Holzer buduje emocje z rzeczy pozornie błahych, rodzinnych anegdot, spacerów z psem, dziecięcych zabaw czy rozmów prowadzonych półgłosem przy stole. To literatura, która nie krzyczy i nie odkłada się w czytelniku wielkimi traumami. To jedna z tych książek, które pozostawiają po sobie melancholię bardziej niż konkretne sceny. Holzer nie próbuje tłumaczyć historii ani wygłaszać wielkich tez. Interesuje ją chwila ciszy przed zmianą moment, kiedy człowiek siedzi jeszcze nad spokojnym jeziorem, słyszy śmiech dzieci i szczekanie psa, ale przeczuwa już, że po tym lecie nic nie będzie wyglądało tak samo.

„Lato Thomasa Manna”, Kerstin Holzer, tłumaczenie Monika Kilis, Wydawnictwo Filia Literacka, wydanie maj 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.