Gdy zaczyna się dopiero przygodę z pisarstwem tego wybitnego portugalskiego pisarza, to trzeba być przygotowanym na językowe fale, na które nas wzniesie. To było moje pierwsze spotkanie z prozą Antunesa – sycące, skupiające uwagę i prowokujące. Tym bardziej smuci jego nagłe odejście i ta nagła, uderzające świadomość, że czyjś talent już nie zaszczyci nas swoją krasą. Powieść „Karawele” to jedno z najbardziej prowokacyjnych i zarazem charakterystycznych dzieł twórczości António Lobo Antunes. Antunes, psychiatra z wykształcenia i uczestnik wojny kolonialnej w Angoli, wielokrotnie powracał w swoich książkach do tematów pamięci, przemocy, rozkładu imperium oraz traum pozostawionych przez portugalski kolonializm. „Karawele” są jednym z najbardziej bezlitosnych literackich rozrachunków z tym dziedzictwem.
Tytuł powieści odwołuje się do historycznych karawela, lekkich i zwrotnych statków, które w XV i XVI wieku umożliwiły Portugalii budowę zamorskiego imperium. To właśnie na takich jednostkach wyruszali odkrywcy tacy jak Vasco da Gama czy Diogo Cão, a ich wyprawy ukształtowały mit Portugalii jako narodu żeglarzy i zdobywców oceanów. To, co mnie zachwyciło to fakt, że w powieści Antunesa karawele stają się jednak przede wszystkim metaforą pamięci i złudzenia. Symbol dawnych triumfów zostaje skonfrontowany z rzeczywistością kraju po upadku kolonialnego imperium. Statki, które niegdyś wyruszały ku nieznanym lądom, powracają w groteskowej formie do Lizbony lat siedemdziesiątych XX wieku, niosąc nie chwałę, lecz historię przemocy, niewolnictwa i imperialnej pychy.
Akcja powieści osadzona jest w czasie bezpośrednio po Rewolucja goździków, która zakończyła wieloletnią dyktaturę António de Oliveira Salazar i doprowadziła do rozpadu portugalskiego imperium kolonialnego. Do kraju wracają wtedy tysiące retornados – kolonistów z Angoli, Mozambiku czy innych terytoriów. Antunes wykorzystuje ten moment historyczny jako punkt przecięcia epok. Do Lizbony powracają nie tylko zwykli ludzie, lecz także duchy historii. Bohaterowie portugalskich kronik i podręczników – odkrywcy, misjonarze, poeci – pojawiają się w świecie powieści jako groteskowe, często tragiczne postacie. Antunes odbiera niegdysiejszym bohaterom jednak monumentalność – zamiast pomnikowych figur otrzymujemy ludzi zagubionych, groteskowych, uzależnionych, często moralnie skompromitowanych. W ten sposób autor rozbija portugalską mitologię narodową.
Jedną z najbardziej charakterystycznych cech prozy Antunesa jest jej barokowa, gęsta forma. Zdania są długie, rozgałęziające się, pełne powtórzeń i skojarzeń. Narracja płynnie przechodzi między pierwszą a trzecią osobą, między przeszłością i teraźniejszością, między różnymi świadomościami bohaterów.
Czytając „Karawele”, ma się wrażenie obcowania z językiem, który nie tyle opowiada historię, ile ją przywołuje i rozszczepia. Czas w powieści jest płynny, XVI-wieczne wyprawy morskie istnieją obok powojennej Lizbony, a kolonialne porty mieszają się z ulicami współczesnego miasta. Ten sposób narracji ma głęboki sens: chaos struktury odpowiada chaosowi pamięci narodowej, która próbuje pogodzić mit imperium z rzeczywistością jego przemocy. Najważniejszym tematem powieści jest demaskowanie portugalskiego mitu wielkości. Antunes pokazuje, że za legendą odkryć geograficznych kryją się handel niewolnikami, brutalne wojny kolonialne, religijna propaganda usprawiedliwiająca ekspansję oraz wielowiekowa iluzja narodowej wyjątkowości.
Mimo ironii i brutalności książka Antunesa jest także głęboko melancholijna. Pokazuje kraj, który nagle musi spojrzeć w lustro własnej historii. Portugalia po 1974 roku przypomina bohatera budzącego się z długiego snu i nagle odkrywającego, że jego dawna wielkość była w dużej mierze konstruktem pamięci. Dla mnie „Karawele” są więc powieścią o powrocie, powrocie kolonistów, powrocie duchów historii, powrocie niewygodnych pytań o winę i odpowiedzialność.
„Karawele” to bez wątpienia literatura wymagająca. Nie ma tu klasycznej fabuły ani łatwego rytmu opowieści. Zamiast tego Antunes tworzy labirynt głosów, epok i wspomnień, w którym czytelnik musi odnaleźć własną drogę.
„Karawele”, Antonio Lobo Antunes, tłumaczenie Wojciech Charchalis, Wydawnictwo Oficyna Noir Sur Blanc, wydanie marzec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Droga Sybil,
dziękuję Ci za przypomnienie, że pisanie listów to „jedna z pierwotnych form uprzejmości na świecie”. W rzeczywistości, w której większość z nas uważa je dziś za „osobliwy i niepraktyczny zwyczaj”, Twoja historia pokazuje, że nie ma wiadomości, której nie można by przekazać listownie – nawet w przestrzeni zapchanej technologią i natychmiastową komunikacją.
Listowne losy Sybil czyta się zaskakująco szybko, a jednocześnie ma się wrażenie, że chciałoby się z nimi zostać jeszcze dłużej. Powieść epistolarna zawsze była dla mnie szczególnym rodzajem literatury, bo daje poczucie wglądu w czyjeś najgłębsze zakamarki duszy – w sposób postrzegania świata, emocji i relacji z innymi ludźmi. W „Korespondentce” ten efekt jest wyjątkowo silny. To powieść, która przypomina, jak wielką siłę może mieć słowo pisane. Czytając ją, miałam poczucie uczestniczenia w czymś bardzo osobistym – jakby ktoś pozwolił mi zajrzeć do szuflady pełnej listów, w których zapisane zostało całe życie.
Sybil Van Antwerp to bohaterka pełna sprzeczności. Emerytowana prawniczka, rozwiedziona matka, kobieta doświadczona przez życie i naznaczona stratą syna. Bywa ironiczna, czasem zgryźliwa, niekiedy bezlitośnie szczera, ale pod tą warstwą kryje się ogromna wrażliwość. Jej listy pisane do przyjaciół, rodziny, pisarzy, instytucji czy przypadkowych osób odsłaniają różne odcienie jej osobowości. Z jednej strony są błyskotliwe i pełne humoru, z drugiej niosą ciężar wspomnień, żalu i niewypowiedzianej tęsknoty.
Najbardziej poruszające są te listy, które nigdy nie zostają wysłane. To właśnie w nich Sybil zbliża się do prawdy o sobie o przeszłości, od której przez lata próbowała uciec. Wtedy widać, że pisanie jest dla niej czymś więcej niż tylko komunikacją. To sposób porządkowania życia, emocji i pamięci.
Bardzo przemówiło do mnie zdanie, które mogłoby być mottem całej książki:
„Odpowiedz na każde zadane pytanie i zadaj własne, a stworzysz niekończący się ciąg zainteresowania i nowych informacji.” Ta myśl dobrze oddaje charakter korespondencji Sybil. Jej listy są dialogiem nie tylko z innymi ludźmi, ale również z własną przeszłością. Każde pytanie prowadzi do kolejnego, a każde wspomnienie odsłania nowe znaczenie dawnych wydarzeń.
Język powieści jest spokojny, momentami bardzo liryczny, ale nieprzesadzony. Autorka pozwala wybrzmieć emocjom bez nadmiernego dramatyzmu. Dzięki temu historia Sybil jest niezwykle ludzka i bliska. To opowieść o starzeniu się, o samotności, o relacjach, które z czasem komplikują się bardziej, niż chcielibyśmy przyznać.„Korespondentka” przypomina również, że słowa mają moc mogą ranić, ale potrafią też leczyć. Listy Sybil stają się pomostem między przeszłością a teraźniejszością, a w końcu także drogą do przebaczenia – zarówno innym, jak i samej sobie.
Po zamknięciu książki zostaje we mnie obraz bohaterki siedzącej przy biurku, pochylonej nad kartką papieru. Człowiek sam rozpamiętuję listy, które wysyłał i docenia, że urodził się w czasach, w którym pierwsze wyznania miłosne nie były wystukane na klawiaturze, ale wypłynęły spod naszych rąk i przepłynęły przez pióro na papier.
„Korespondentka”, Virginia Evans, tłumaczenie Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Wydawnictwo Filia Literacka, wydanie marzec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Czytając „Pokój Vilhelma” autorstwa Tove Ditlevsen, miałam wrażenie, że obcuję nie tyle z powieścią, ile z zapisem pewnego powolnego pęknięcia. To książka, która nie próbuje niczego upiększać. Przeciwnie rozbiera emocjonalną rzeczywistość do kości, aż zostaje sam nerw bólu.
Lise, bohaterka tej historii, jest pisarką, kobietą o pozornie silnej pozycji. Ma na koncie nagrody literackie, oddanych czytelników, mieszkanie, potomstwo, całe życie utkane z doświadczeń, które mogłyby uchodzić za dowód niezależności. A jednak w jej świecie pozostaje jedna pustka, która organizuje wszystko inne – jest to pokój po Vilhelmie. Mężczyźnie, który odszedł, lecz nie zniknął. Pozostał jak echo w przestrzeni, które zmienia temperaturę każdego pomieszczenia.
To właśnie wokół tej pustki krąży powieść. Lise i Vilhelm spędzili ze sobą dwadzieścia lat, z czego jedynie kilka było naprawdę szczęśliwych. Reszta przypominała powolną katastrofę składającą się z ciągu zdrad, wzajemnych upokorzeń, emocjonalnych szantaży i nieustannego sprawdzania granic wytrzymałości drugiej osoby. Ich relacja była zamkniętym systemem zależności, w którym oboje jednocześnie cierpieli i nie potrafili odejść.
Najbardziej przejmujące w tej książce jest jednak to, że Lise nie jest bohaterką naiwną. Ona rozumie mechanizmy, w których tkwi. Dostrzega manipulację, widzi własne uzależnienie od Vilhelma, potrafi je nazwać. A mimo to pozostaje w jego orbicie. Jakby świadomość nie była narzędziem wyzwolenia, lecz kolejną formą cierpienia.
Język Ditlevsen jest przy tym niezwykle charakterystyczny, oszczędny, ale nasycony obrazami, które zostają w głowie na długo. Autorka potrafi jednym zdaniem uchwycić cały tragizm postaci. Kiedy opisuje Kurta, którego „młoda, blada twarz wystawała ze zbyt szerokiego kołnierzyka pana Thomsena”, nagle widzimy człowieka jednocześnie groteskowego i tragicznego, jak klauna, którego smutek ma tylko wzmocnić efekt komiczny. Podobnie dzieje się z Gretą, koleżanką Lise, która „gubi oczka w rozsądnej robótce codzienności”. To jedno zdanie wystarcza, by pokazać kruchość ludzkiej psychiki i cienką granicę między normalnością a obłędem. Świat tej powieści jest pełen ludzi balansujących na tej granicy. Nie dlatego, że są szczególnie słabi, ale dlatego, że życie okazało się dla nich zbyt skomplikowane. W tych krótkich, niemal chirurgicznych zdaniach zawsze czai się jakaś rysa, zapowiedź szaleństwa, rozpaczy albo moralnego rozkładu.
Trudno czytać tę książkę bez świadomości biografii autorki. Tove Ditlevsen pisała ją pod koniec życia, po latach burzliwych związków, uzależnień i nieustannej walki z własnymi demonami. Powieść ukazała się jesienią 1975 roku, a kilka miesięcy później pisarka odebrała sobie życie. Z tej perspektywy „Pokój Vilhelma” zaczyna przypominać coś więcej niż literacką fikcję. Staje się spowiedzią, ostatnim, niezwykle szczerym rozrachunkiem z własnym życiem.
Dlatego podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Lise jest alter ego autorki. Kobietą genialnie wrażliwą, która potrafi nazwać każdy niuans emocji, ale nie potrafi przed nimi uciec. W tym sensie Ditlevsen przypomina mi Virginię Woolf czy Sylvię Plath, kobiety o niezwykłej inteligencji i wyobraźni, a jednocześnie o duszach tak kruchych, że świat wydawał się dla nich miejscem zbyt głośnym i zbyt bolesnym.
W całej powieści powraca poczucie, że ludzie żyją obok siebie w osobnych, zamkniętych pomieszczeniach. Jakby każdy z nas był samotną komórką świadomości, która tylko chwilami dotyka innych. Może wszyscy przebywamy w małych zamkniętych pokojach, niepołączonych ze sobą, a wytrzymujemy to tylko dlatego, że nie jesteśmy tego w pełni świadomi? Dlatego ta książka jest wstrząsająca i szaleńczo dobrze napisana. Nie dlatego, że opisuje dramatyczne wydarzenia. Lecz dlatego, że z bezlitosną szczerością pokazuje coś znacznie bardziej przerażającego, jak bardzo możemy potrzebować drugiego człowieka, nawet wtedy, gdy wiemy, że nas niszczy. To opowieść o miłości, która przeradza się w zależność, o bliskości, która stopniowo niszczy dwie osoby, i o pustce, która zostaje po wszystkim.
„Pokój Vilhelma”, Tove Ditlevsen, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Czarne, seria Nowa Klasyka, wydanie marzec 2026
„Nie obchodziło ich prawo, bo czas zapisał na ich splamionych rtęcią dziąsłach swoje własne prawa. Wraz ze śliną ich usta odpluwały gorzkie i grubiańskie słowa.”
Po takim świecie przychodzi wędrować narratorce tego upadłego świata. Wraz z mężem tracącym pamięć w skutek zarazy, wyrusza w podróż, by znaleźć bezpieczne miejsce dla siebie i swojego potomstwa. Fabuła, choć pozornie prosta, ma charakter drogi i inicjacji. Angustias, po śmierci bliźniąt, wyrusza w podróż, która jest jednocześnie fizyczna i egzystencjalna. Tutaj relacje międzyludzkie ulegają rozpadowi równolegle do rozpadu świata społecznego.
Powieść „Trzeci kraj” przeczytałam jak coś, co nie tyle się „czyta”, co przechodzi przez ciało. Nie bez znaczenia jest pochodzenie samej autorki. Karina Sainz Borgo pochodzi z Wenezueli, kraju dotkniętego kryzysem politycznym, gospodarczym i humanitarnym. Choć „Trzeci kraj” nie jest reportażem, to wyraźnie rezonuje z doświadczeniem migracji z Ameryki Łacińskiej, rozpadu państwowości czy przemocy na terenach przygranicznych. Bo tytułowy trzeci kraj okazuje się bezpieczniejszy niż „pierwszy kraj” pełen przemocy i przymusi migracji.
Mamy tutaj silnie zarysowane kobiecie postaci. Angustias to postać milcząca, wewnętrzna, zbudowana z bólu i determinacji. Z kolei Visitación Salazar, która prowadzi cmentarz, na którym narratorka będzie pomagać, stanowi kontrapunkt jako żywiołowa, niemal mityczna, ucieleśniająca energię przetrwania. Ich relacja tworzy oś powieści, napięcie między ciszą a ekspresją, żałobą a działaniem.
Istotnym elementem powieści jest język, to surowe cielsko, a jednocześnie silnie zmetaforyzowany. Tutaj słowa miewają rytm lamentu lub modlitwy, powracającej, pulsującej, ciężkiej od znaczeń. Autorka nie boi się brutalności języka. Słowa są „grubiańskie”, „gorzkie”, „odpluwane” Ale też tam, gdzie zawodzą słowa, zaczyna mówić ziemia, ciało, pamięć.
„Trzeci kraj” to literatura wymagająca emocjonalnie i intelektualnie. Nie daje ukojenia, nie oferuje łatwej nadziei. Zostawia czytelnika w stanie zawieszenia pomiędzy bólem a czułością, rozpaczą a godnością. Autorka kreśli świat, w którym język gnije, relacje się rozpadają, a jedynym trwałym aktem pozostaje troska o zmarłych. Tutaj granice nie dzielą krain, granice tutaj czuje się fizycznie.
Uwierzycie, że autorka naprawdę poznała kobietę, która niosła swoje zmarłe dzieci w pudełku?
„Trzeci kraj”, Karina Sainz Borgo, tłumaczenie Adam Elbanowski, Oficyna Noir Sur Blanc, wydanie marzec 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Wstępujemy do krainy opowieści, gdzie każdy ocalały zastanawia się, dlaczego jeszcze żyje. „Dlatego musiałem przyjechał do Nyarubuye: chciałem być na nich skazany – nie tyle na to, czego doświadczyli, co na doświadczenie patrzenia na nich.” – dlatego ja czytam takie książki, dlatego ja uważam, że każdy powinien czytać takie książki – byśmy wszyscy doświadczyli i stali się cali jednym wielkim patrzeniem, które w końcu odrobi lekcje z historii. Choć obecna sytuacja na świecie nie pozostawia złudzeń – jesteśmy niewyuczalni.
Już sam tytuł tego reportażu jest ciosem. Nie metaforą, nie literacką figurą, ale zdaniem zaczerpniętym z rzeczywistości. To fragment listu pisanego przez Tutsich, którzy wiedzieli, co nadejdzie, który wysłali duchownemu z prośbą o ratunek. W tej jednej frazie zawiera się wszystko, świadomość, bezradność i przerażająca pewność losu. Gourevitch nie musi więc budować napięcia, ono istnieje od pierwszego słowa.
Reportaż opowiada o ludobójstwie w Rwanda w 1994 roku, ale jego ciężar nie polega wyłącznie na rekonstrukcji wydarzeń. Autor przyjeżdża do kraju już „po wszystkim”, do przestrzeni, w której, jak sam zauważa, zabijanie się skończyło, ale nie zostało zakończone. Interesują go nie tylko fakty, lecz ich echo oraz to, jak żyje się po katastrofie, kiedy pamięć nie daje się zamknąć, a codzienność musi jakoś trwać.
Jednym z największych atutów tej książki jest sposób, w jaki Gourevitch rozbraja najwygodniejsze wyjaśnienie ludobójstwa, jako wybuchu irracjonalnej nienawiści.
Pisze wprost:
„Wobec ogromu tego, co się stało, kuszące jest, by snuć hipotezy o zbiorowym szaleństwie (…) Jednak (…) setki tysięcy Hutu pracowały jako mordercy w systemie zmianowym.”
To zdanie ustawia cały reportaż. Ludobójstwo nie było chaosem — było procesem. Pracą. Projektem realizowanym metodycznie, przy użyciu języka, ideologii i struktur władzy. Ta diagnoza czyni książkę nie tylko zapisem historii, ale również ostrzeżeniem.
Lektura „Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami” jest przerażająca aktualna choć napisana w 1998, ponieważ ukazuje ponadczasowość bierności Zachodu, ignorowanie znaków ostrzegawczych i selektywną pomoc na usługach własnych korzyści. „Zachód mógł później rozdzierać szaty (…) ale wspólnota międzynarodowa ostatecznie odpowiada przed nikim.” – to zdanie brzmi dziś równie mocno jak w momencie publikacji. Być może nawet mocniej, bo czytane z perspektywy kolejnych konfliktów i powtarzających się schematów.
Gourevitch poddaje ten konflikt dokładnej wiwisekcji. Bardzo świadomie pokazuje, że ludobójstwo nie zaczyna się od przemocy, lecz od narracji. „Historia Rwandy jest (…) zapisem zmagań o władzę (…) by zmusić innych do życia w narzuconej im opowieści.” To jedna z najważniejszych myśli tej książki. Władza nie tylko zabija, najpierw definiuje rzeczywistość. Uczy, kto jest „kim”, kto należy, a kto powinien zniknąć. W tym sensie reportaż staje się analizą języka jako narzędzia przemocy i jest to przerażające, a zarazem fascynujące w odbiorze.
Najbardziej niepokojącym elementem książki jest jej język. Gourevitch nie rezygnuje z precyzji, a momentami nawet z literackiego piękna tam, gdzie intuicja podpowiadałaby milczenie. „W kwietniu 1994 roku rzeka pełna była ciał Tutsi (…)” To zdania, które są jednocześnie chłodne i porażające. Ich siła nie polega na epatowaniu brutalnością, lecz na oszczędności i kontroli. Autor nie pozwala czytelnikowi uciec ani w sensację, ani w bezpieczny dystans.
To, co osobiście mi się bardzo podoba, to fakt, że Gourevitch nie ukrywa swojej obecności w reportażu, wręcz przeciwnie, czyni ją częścią opowieści.Autor nie udaje neutralnego obserwatora. Przyznaje się do własnej potrzeby patrzenia, a ja patrzyłam uważnie razem z nim. I tu pojawia się najtrudniejsze pytanie tej książki: czy patrzenie wystarczy?
To moim zdaniem jeden z najważniejszych reportaży wydany w tym roku w Polsce. Jest skuteczną próbą zmuszenia czytelnika do patrzenia długo, uważnie i bez komfortu moralnej wyższości.
„Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami”, Philip Gourevitch, tłumaczenie Adrian Stachowski, Filia Literacka, wydanie luty 2026,
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
„Nie wiem, czy świat jest rzeczywiście okrutny, lecz jest co najmniej niezrozumiały”. Na pewno dla czternastoletniej narratorki tej wrażliwej prozy. Prozy z wygnania z beztroskiego życia. Matia, zostaje wyrwana z dotychczasowego życia i trafia na Majorkę, do chłodnego, surowego domu babki. To wygnanie ma wymiar zarówno dosłowny, jak i egzystencjalny, jest wyrzuceniem z dzieciństwa.
Ana María Matute to jedna z tych pisarek, których twórczość silnie wyrasta z doświadczenia historii. Urodziła się w 1925 roku w Barcelonie i dorastała w czasie wojny domowej w Hiszpanii oraz późniejszego frankizmu. Te wydarzenia odcisnęły wyraźne piętno na jej pisaniu. Interesowało ją przede wszystkim dzieciństwo – ale nie jako czas beztroski, tylko moment, w którym człowiek po raz pierwszy styka się z lękiem, niesprawiedliwością i samotnością. Interesują ją przede wszystkim postaci słabe, niedojrzałe, wykluczone – dzieci, które zostają wrzucone w świat rządzony przez brutalne, niezrozumiałe reguły.
„Pierwsze wspomnienie” jest idealnym odzwierciedleniem jej prozy. To powieść inicjacyjna, ale inicjacja nie prowadzi tu do żadnej stabilnej wiedzy ani pojednania ze światem. Wręcz przeciwnie, bo jest doświadczeniem dezorientacji. Wyspa, na którą trafia, nie jest azylem. To przestrzeń przesycona napięciem, „oleistym bezruchem” i „obłudnym spokojem”. Wojna pozostaje pozornie daleko, ale jej obecność jest nieustanna, podszeptana, niemal organiczna Matute konstruuje Majorkę jako mikrokosmos świata ogarniętego konfliktem. To miejsce, gdzie przemoc nie musi być widoczna, by była odczuwalna. To, co historyczne, przenika tu codzienność. W gazetach babki, w opowieściach, w półsłówkach, w obrazach, które docierają do dzieci i których nie potrafią jeszcze zrozumieć.
Relacje między bohaterami, Matią, Borją i Manuelem, odtwarzają logikę tego świata. Borja, starszy i bardziej cyniczny, wprowadza Matię w obszar lęku i okrucieństwa. Ich wspólne dni są pozornie puste, wypełnione nudą i drobnymi rytuałami, ale to właśnie w tej pustce rodzi się niepokój. Tutaj padają zdania, w których Matute osiąga niezwykłą intensywność zmysłową.
Ważne jest to, że wojna nie pojawia się tu jako wydarzenie, lecz jako atmosfera. „Okropieństwa wojny domowej […] czają się w podszeptach, atmosferze, przemycanych dowodach” – i właśnie to „czające się” jest kluczowe. Młodzi bohaterowie nie rozumieją do końca tego, co się dzieje, ale odczuwają skutki. Frustrację, lęk, smutek, samotność. Nie mają też języka, by o tym mówić. „Nie mieliśmy śmiałości przyznać się do smutku”.
Narracja Matíi ma charakter retrospektywny, co nadaje jej szczególną głębię. To głos kogoś, kto próbuje po latach zrozumieć własne dzieciństwo, ale nie upraszcza go ani nie porządkuje, ale po mistrzowsku zachowuje jego niejasność. Matia jest zarazem dzieckiem i kimś, kto patrzy na siebie z dystansu. Dzięki temu powieść unika sentymentalizmu. Zamiast nostalgii mamy tu raczej analizę, próby nazwania świata z perspektywy krat własnego jestestwa.
Język Matute jest jednym z największych atutów tej książki. To proza niezwykle sensualna, operująca obrazami światła, cienia, ciepła i chłodu. Krajobraz Majorki, tutaj skały, morze, słońce nie jest dekoracją, lecz nośnikiem emocji. Jednocześnie Matute potrafi budować frazy o niezwykłej delikatności i gęstości znaczeń.
„Pierwsze wspomnienie” to dla nie książka o samotności nie tylko dziecięcej, ale egzystencjalnej. „Dlaczego mnie tak zostawili samą na świecie, opuszczoną i niemającą o niczym pojęcia?” – to pytanie wykracza poza sytuację bohaterki i staje się pytaniem o kondycję człowieka w świecie pozbawionym jasnych reguł. Matute nie daje odpowiedzi. Jej siła polega właśnie na tym, że pozostaje przy tym pytaniu, rozwija je, pogłębia. To także powieść o utracie złudzeń. Dzieciństwo nie jest tu przestrzenią niewinności, lecz raczej stanem nieświadomości, który musi zostać przekroczony. Proces dojrzewania oznacza konfrontację z przemocą, niesprawiedliwością, złożonością relacji międzyludzkich. Ale nie prowadzi do żadnego ocalenia, a raczej do świadomości, że świat pozostaje „co najmniej niezrozumiały”.
Po tej książce zostaje coś w rodzaju cichego pęknięcia. W sposobie widzenia, w języku, którym opisujemy rzeczywistość. Matute nie epatuje okrucieństwem, nie buduje wielkich scen. Jej domeną są mikroobrazy przemocy drobne gesty, spojrzenia, przemilczenia. A to tego rodzaju proza zostaje we mnie najdłużej, pracuje emocjami, obrazami i kunsztem językiem, końcem niewinności.
„Pierwsze wspomnienie”, Ana Maria Matute, tłumaczenie Ewa Zaleska, Wydawnictwo Cyranka, wydanie styczeń 2026
Książkę otrzymałam jako prezent od wydawcy.
„Rozumieć czy czuć?” – to pytanie wracało do mnie długo po zamknięciu książki. Nie jako cytat, ale jako stan. Jakby lektura nie tyle się skończyła, co przemieściła mnie do wnętrza, gdzie zaczęła działać na własnych zasadach. Powieść ta nie jest historią, którą się śledzi. To raczej przestrzeń, w którą się wpada, dlatego w pełni rozumiem, jak ktoś pisze, że go dosłownie pokonała. To kraina bez mapy, bez punktów odniesienia, bez gwarancji, że cokolwiek, co zobaczysz, okaże się stabilne. Fabuła skupia uwagę na jednym bycie, na jednostce BER-64.
BER-64 budzi się w świecie, który nie daje się rozpoznać. Schron, miasto, ludzie, wszystko istnieje, ale nic nie jest pewne. To nie jest klasyczna narracja science fiction, w której bohater odkrywa zasady świata. Tutaj każde odkrycie rodzi kolejne wątpliwości. A przede wszystkim pytanie rezonujące w nas całą powieść: czy BER-64 jest człowiekiem, maszyną, narzędziem?
Z czasem zaczynałam odczuwać, że fabuła nie zmierza do rozwiązania, tylko ma nasilać niepewności. To, co mnie uderzyło najmocniej, to brak punktu oparcia. Każda scena wydaje się równocześnie prawdziwa i fałszywa. Każde spotkanie może być manipulacją. Każda decyzja może być tylko pozorem wyboru.
Język tej powieści nie jest przezroczysty, ani łatwy, wydaje się, że on sam ma stawiać opór. Zdania są gęste, pełne dygresji, często balansujące na granicy filozoficznego eseju i narracji. Nie czyta się tego szybko i nie powinno się. Ja rozłożyłam sobie tę lekturę na trzy miesiące. Każdy akapit wymaga zatrzymania i przemyślenia, ale brak pospiechu wynagradza zachwyt nad geniuszem tych rozważań.
„Robot” nie jest tylko historią o sztucznej inteligencji czy tożsamości albo życie w enigmatycznym schronie. To eksperyment myślowy, to prowokujące rozmyślania o granicy człowieczeństwa i maszyny. Świetnym narzędziem był sam narrator stworzony niejako jako narzędzie do pozyskiwania informacji. Czytelnik zostaje z poczuciem, że obcował z czymś więcej niż fikcją, zwłaszcza odkąd żyjemy w świecie diametralnego rozwoju technologii i AI. To dzieło wymagające, momentami hermetyczne, ale jednocześnie niezwykle konsekwentne i odważne. Dla mnie to była niezwykle udana podróż w głąb niepewności.
„Robot”, Adam Wiśniewski-Snerg, Wydawnictwo Artrage, seria Cymelia, wydanie styczeń 2026
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.






