SŁOWEM WSTĘPU
Kolejny czytelniczy rok za nami. Rok 2025 zdecydowanie u mnie czytelniczo zwolnił. Chwyciłam się nowych form tworzenia i współpracy, a jedno z drugim oznacza spowolnienie czytania, by móc rzetelnie i sumiennie wywiązywać się z powierzonych mi zadań.
CIeszy mnie bardzo, że ta rzetelność przełożyła się na Wasze wsparcie i głosy, dzięki czemu uzyskałam tytuł „Rzetelnego Influencera” w kategorii Rzetelnik Literacki, co tym bardziej zmotywowało mnie do pracy i prezentowania oraz polecenia Wam literatury dalekiej od półek bestsellerów!
W tym roku ruszyłam z kręceniem rolek i zmianie contentu. Dopiero ta zmiana przyczyniła się do większej widoczności profilu i polecanych przeze mnie książek. Księgarka na regale liczbowo stała w miejscu od lat, a tymczasem setki powoli zmieniają się w tysiące nowych osób, które zainteresowane są kulturą! To bardzo cieszy i motywuje do dalszego rozwoju. Jeśli o rozwój, to ruszyłam z nową serią Miejsc Book-friendly, gdzie zamierzam polecać Wam miejsca, gdzie można nie tylko zaszyć się i czytać, pobyć offline, a także znaleźć ciekawe lektury i formy spędzania czasu.
2025 rok to ponad 80 lektur, zatem analogicznie stworzyłam ciut mniej kategorii niż każdego roku, ale przed Wami Porządki Na Regale, czyli moje coroczne podsumowanie najlepszych książek roku.
REPORTAŻE ROZWALAJĄCE UPRZEDZENIA I STEREOTYPY
Książki non-fiction to coś, co potrafi mnie silnie poruszyć. Szukam takich, które wstrząsną treścią, poruszą językiem, rozwalą mury niewiedzy, a tym samym wywołają kontrowersje, bo pokażą nam lustro uprzedzeń. To książki, które wiele mnie nauczyły, mają świetny research i są niepodważalnie ważne. To książki, których opinie wywoływały u mnie hejt w komentarzach, tym bardziej udowadniając jak wkładają kij w mrowisko i mają siłę rozwalić uprzedzenia i stereotypy. Oto one:
Przeczytałam i nic nie było już takie samo. Przeczytałam i musiałam się po niej pozbierać, jeśli to w ogóle jest możliwe. Książki przybliżające nam ludobójstwo w Gazie to jedno z tegorocznych obowiązków czytelniczych. Paweł Mościcki oprócz wyjaśnienia konfliktu, która trwa od dekad, wskazuje na liczne współwiny zachodniego świata oraz ukazuje w jaki sposób znormalizowano ludobójstwo dziejące się na żywo na oczach wszystkich.
Ta książka tak bardzo obnaża obłudę, hipokryzję i milczenie Zachodniego świata, że w całości staje nam w gardle i wywołuje odruch wymiotny. Mościcki wysnuwa niewygodną, ale potrzebną hipotezę i analizuje lata kultury, która doprowadziła dziś do tego, że wykształciło się w ludziach ciche przyzwolenie na cierpienie drugiego człowieka. Z niebywałą szczegółowością, autor analizuje echa Holokaustu, kolonializmu, polityki międzynarodowej oraz najnowszej technologii, które razem nałożyły się na niepokojący i skuteczny rozwój kultury eksterminacji, która próbuje zmieść Palestyńczyków z powierzchni ziemi.
„Nie potrzeba nam innego końca świata.” – pisze Mościcki. My już go przeżywamy i jesteśmy jego świadkami. Powoli się budzimy, świat coraz mniej używa eufemizmów, ale droga wciąż daleka do prawdy, do jakiegokolwiek rozwiązania. Paweł Mościcki zostawia nas z niewygodnymi prawdami, otwiera nam oczy i nie pozwoli ich już nigdy zamknąć. Czyni z lektury tej książki tak bardzo potrzebny akt obywatelskiego nieposłuszeństwa.
Gdyby książki mogły zmieniać świat, to ta książka, by to zrobiła. Lektura obowiązkowa.
„Gaza. O kulturze eksterminacji”, Paweł Mościcki, wydanie czerwiec 2025, Wydawnictwo Karakter
Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa.
Jedną z najważniejszych książek tego roku przeczytałam już w lutym. To ona sprawiła, że użytkownicy TikToka poczuli potrzebę życzenia mi gw@łtu bądź innych form przemocy, skoro pochlebnie wyrażam się o muzułmanach. Dlaczego? Bo książka „Sterroryzowani. W pułapce islamofobii” pomoże Wam zrozumieć:
Nie czym islamofobia jest, ale co islamofobia robi.
Dlaczego ponad milion muzułmanów i muzułmanek przebywa w obozach internowania w Chinach, dlaczego są paleni żywcem na ulicach Delhi czy dlaczego toną na łodziach w drodze do Europy.
Dlaczego muzułmanie i muzułmanki postrzegani są jako nieinteligentni, irracjonalni i nienowocześni.
Dlaczego myśl europejska jest „filozofią” uniwersalną, a idee z innych rejonów to „religie afrykańskie, medycyna Wschodu, myśl Orientu”.
Dlaczego twierdzenie, że muzułmanki i muzułmanie byli i są „obcy” na Zachodzie jest sfabrykowane.
Jak trywialnym jest przekonanie, że „terrorystyczne akty przemocy” są skutkiem wrodzonych cech muzułmanów i muzułmanek.
Jak to biała supremacja, kolonializm i kapitalizm są większymi zagrożeniami dla świata niż islam.
Ilu ludzi cierpi będąc niewinnymi poprzez niebywałą skalę profilowania rasowego w Wielkiej Brytanii i na całym świecie.
Co dwie sekundy jedna osoba na świecie zmuszona jest do migracji z powodu susz, powodzi i wylesiania.
Mnogość faktów, które nie mieściły mi się w głowie podczas lektury jest niezliczona. Mówię Wam to już teraz – jest to jedna z najważniejszych książęk non-fiction, jakie w życiu przeczytałam.
Ilość poszkodowanych, niekiedy ich absurdalnie młody wiek, nieskuteczność brytyjskiego programu Prevent, który ma na celu (jawnie rasistowskie i stereotypowe) typowanie potencjalnie groźnych ludzi wyznających islam, nawet wśród dzieci (zgłaszanych przez własnych nauczycieli!) do organów ścigania. Odbieranie ludziom obywatelstwa brytyjskiego i czynienie ich bezpaństwowymi oraz niesamowite traumy na psychice i zdrowiu fizycznym niesłusznie więzionych pozostaną we mnie po tej lekturze na zawsze.
Mam ochotę wręczyć tę książkę każdemu kto choć trochę chce się dowiedzieć więcej o sytuacji muzułmanów i muzułmanek na świecie, by patrzyli szerzej, i mniej oceniająco, oraz by przestali w końcu patrzeć podejrzliwie na hidżab. Ale nie tylko dlatego, ponieważ autorka znakomicie obnaża ślepotę każdego z nas w każdym systemie pozującym na demokratyczny. Wpędza nas w spory dyskomfort i ułudę bezpieczeństwa, które jest dyktowane zawsze jedynie interesami supermocarstw. Jest to jedna z najbardziej oświecających lektur, jakie może zaserwować literatura faktu.
Autorka wykonała świetną reporterską robotę i rzadko kiedy z takim oddaniem czytałam też każdy przypis (dziękuję wydawczyni za solidną robotę!:). Manzoor-Khan jest bezkompromisowa, nie boi się konsekwencji i pisze piekielnie odważną książkę nie kryjąc się ze swoją wiarą. Nie musi, to my powinniśmy się chować ze swoją niewiedzą i ignorancją. Jest to piekielnie rzetelnie napisany reportaż, najlepszy jaki przeczytałam w tym roku. Na szczególną uwagę zasługuje też posłowie napisane przez Lenę Khalid, znaną polskim czytelnikom jako Polka na pustyni, która odnosi się do polskiego „podwórka” islamofobi i wytyka palcami tytułową „pułapkę islamofobi”, w którą Polacy teżw wpadli mimo tego, że procent muzułmanów i muzułmanek przebywających w Polsce jest bardzo niski.
Uwaga! Kontrowersyjna myśl, niepopularna opinia. Co jeśli powiem Wam, że po tej książce uważam z całą pewnością, że żadna rasa, nacja, mniejszość czy religia nie cierpi takiej dyskryminacji, jak muzułmanie i muzułmanki? Dawno nie czytałam książki, która autentycznie tak wiele mnie nauczyła i oświetliła rejony mojej niewiedzy w kilku istotnych obszarach życia muzułmanów i muzułmanek.
Na szczęście książka ta nie tylko diagnozuje, wylicza i wskazuje przerażające nadużycia władz, mediów czy kapitalizmu, ale też sugeruje rozwiązania, wskazuje wektory zmian, za którymi możemy podążać my sami i prześladowani. Powinnismy czytać takie książki, by przestać być wciąż manipulowanymi przez stronnicze media, polityków oraz bogatych tego świata.Po tej lekturze bez wahania odpowiecie sobie kto tutaj tak naprawdę na świecie jest „sterroryzowany”.
„Sterorryzowani. W pułapce islamofobii”, Suhaiymah Manzoor-Khan, tłumaczenie Aleksandra Szymczyk, wydanie styczeń 2025, Wydawnictwo Tajfuny
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
„To takie szorstkie słowo”. Przyznaje autorka. Słowo, którego nie można wymówić i napisać w social mediach, bo możesz zostać zablokowany. Absurdalne, zważając na fakt, że to jedyne przęstepstwo, za które społeczeństwo chętniej posłałoby do więzienia ofiarę, a nie sprawcę – dodaje. Abdulali opisuje samą siebie jako biseksualną, muzułmańską ateistkę w średnim wieku, imigrantkę oraz przetrwankę zbiorowego gw@łtu bez genu wstydu. To mówi wiele i nadaje ton, jakiego możemy się spodziewać od tego przejmującego reportażu.
Czym ta książka nie jest? A czym jest? Jest potrzebą, odezwą, jest powrotem do przeszłości autorki, która po brutalnym zbiorowym gw@łcie zrobiła wszystko, by to wydarzenie jej nie definiowało, ale jednocześnie poświęciła całe swoje życie zawodowe tematowi przemocy seksualnej. Po ataku i śmierci Jyoti Singh w Indiach i fali protestów, stary artykuł Abdulali staje się wiralem, powoli budzi się ruch #metoo, a autorka zasiada do pisania tej niesamowitej książki.
Ważniejszym pytaniem jednak jest, co autorka chce osiągnąć pisząc swoją książkę? Chce wpuścić trochę światła. Bo gwałt wysysa całe światło. I chce porozmawiać o tym, jak rozmawia się o traumie, którą przeżywa tak wiele osób obu płci. Do czego zachęca? Jakie pytania stawia w każdym rozdziale? Autorka ukazuje różne perspektywy, opowiada przeróżne historie i wyciąga je z międzynarodowych kontekstów. Dowiemy się o aktach przemocy z RPA, Indii, USA czy Islandii.
Snuje rozważania o winie i gdzie ona tak naprawdę leży. O wybaczeniu i czy w ogóle one się należy. O odpowiedzialności, która zawsze powinna leżeć po stronie krzywdzących, a nie skrzywdzonych. O tym jak to wyłącznie uczy się dziewczynki i kobiety, jak przeciwdziałać zamiast pamiętać o tym, by edukować chłopców i uczyć, że winę ponosi ten, kto podjął wybór wyrządzenia komuś krzywdy, a nie ofiara, która najczęściej zamiera w przerażeniu. Abdulali nie zamyka nas jednak w ciemności traumy, a rzeczywiście wpuszcza światło i prowadzi w stronę tunelu, z którego jest wyjście i życie po drugiej stronie.
„O czym mówimy, kiedy mówimy o gwałcie” Sohaila Abdulali, tłumaczenie Aleksandra Szymczyk, Wydawnictwo Tajfuny, wydanie październik 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
NAJLEPSZE KSIĄŻKI 2025
Jak co roku, nie znajdziecie u mnie książek, które bawią. To książki, które każą zwolnić. Odłożyć je na chwilę, wziąć głęboki oddech, by móc do nich wrócić. To często książki uprawiające ekwilibrystykę językową, mają moc zmienia języka, w jakim myślimy o świecie. To małe prozy, ale i fabularny las pełen wątków i bohaterów, którzy zostają na zawsze. Oto i one.
Czasami myślę, że najlepsza literatura powstaje z krzywdy. – to zdanie, które rezonowało we mnie, gdy pochłonęła mnie proza meksykańskiej pisarki w jej powieści „Prochy w ustach”. Już sam tytuł skłania nas ku refleksjom, czy mamy odczytywać go metaforycznie czy dosłownie? Rezultat tych rozważań to coś, co zostanie we mnie na zawsze.
„Co chciałeś nam powiedzieć, Diego, czego ja nie słuchałam?” – pyta siostra zmarłego brata.
Wydaje się, że całą tę książkę narratorka snuje swój wewnętrzny monolog, by odpowiedzieć sobie samej na te nieznośne pytania kotłujące się w niej, a na które brat już nigdy jej nie odpowie. Autorka w rozbrajająco szczery sposób, bez zbędnych ozdobników, językiem wartkim, zwartym i boleśnie szczerym opowiada o relacji ze swoim zmarłym bratem, który odebrał sobie życie. Opowiada też o trudnym życiu na emigracji, o niewidzialności jednostki, która walczy o lepszy byt w Europie. O tym, jak pomimo ciężkiej pracy imigrant i tak usłyszy obelgi ze strony nietolerancyjnych osób. W tej powieści matka opuszcza dzieci, zostawiając je z dziadkami w Meksyku, by wyjechać za pracą do Madrytu. Po czasie dołączają do niej, ale to nie scala rodziny. Na zawsze pozostaną dziećmi opuszczonymi przez matkę, którym wyrwano Meksyk z serca i pokazano, że nigdzie nie jest bezpiecznie.
Czy to jest książka tak ciężka, że aż nie do uniesienia? Wiem, że często polecam Wam trudne lektury, ale „Prochy w ustach” są nie tylko o samobójczej śmierci i bezradności jaka dopada bliskich po takiej tragedii. Jest też o bezwarunkowej miłości siostry do brata. Język tej powieści czyni ją niepowtarzalną. Bywa wulgarny, jest wściekły i rozżalony, ale w jakiś sposób pozostaje dla mnie ciepły, bo ogrzewa się w siostrzanej żałobie i miłości.
Chyba nigdy nie czytałam książki o syndromie Ulissesa, która by zrobiła to w tak poruszający i bolesny sposób. Jest to syndrom dotykający imigrantów, objawiający się nieustannym stresem wynikającym ze smutku opuszczenia rodzinnego kraju oraz trudnej adaptacji do nowego miejsca. Najlepiej nazywa to zjawisko sama Navarro: „jesteśmy amputantami, amputowano nam Meksyk, beztroskę i duszę przywiązaną do kraju, w którym człowiek się rodzi.”
To nie jest książka niosąca pocieszenie. Na swoich 192 stronach rozrywa na kawałki i nie liże ran, a mimo to pozostaje jednym z najpiękniejszych literackich doświadczeń początków tego roku. Tytułowe prochy osiadają na czytelnikach i nie dają się strzepnąć. Jak dobrze, że wydawnictwo z końcem roku wydało już kolejną dawkę talentu Brendy Navarro!
„Prochy w ustach”, Brenda Navarro, tłumaczenie Agata Drozdowska, wydanie styczeń 2025, wydawnictwo Artrage,
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
„Solea Minor” zabiera nas do Świata, który zniszczyła kataklizmosa. Trzynaście godzin ulewy, która zdewastowała kontynenty zmieniając je w szlam. Godziny, które sprawiły, że przepadły systemy i cywilizacje. Ocaleni zbili się na ostatniej wyspie, tytułowej Solei Minor. Niech nie zwiedzie Was „słodka” okładka polskiego wydania, ta powieść to najwyższa próbka węgierskiej współczesnej literatury. Autorka w wywiadach przyznaje, że jednym z jej ukochanych miejsc na świecie jest Tasmania, która posłużyła za inspirację do napisania tego dzieła.
„Wygłaszał gorzkie tyrady o katastrofalnych w skutkach nowych doświadczeniach i wiedzy, które zalewają go, od kiedy przejął spadek po dziadku. Cóż, niech sam dozorca powie, tylko szczerze, jaki jest sens rozumieć, że życie w izolacji – mówiąc dawnym językiem – oznacza po prosto samotność. Na co to komu?”
W tej często ironicznej dystopii autorka przemyca niepodważalne prawdy o nas samych. Izolacją oraz samotność to głównie motywy tej powieści, motywy, które często przewijają się w utworach autorki. Autorka często odnosi się również do siły współpracy, ale nie w „Solei Minor”. To wyspa absurdów i ślepych zaułków. Zniknęła płodność, przepadły kobiety, pojawiła się długowieczność, która uwypukla bezcelowość wielu zajęć, które postrzegamy jako sensowne.
Marton wskazuje literackim palcem na absurd pracy, jej powtarzalność oraz bezsens. Sklepikarz wciąż pakujący asortyment, którego już nie ma, czy geodeta prostujący pręty, które nikomu się nie przydadzą. Autorka z literacką swadą pokazuje wszystkie ludzkie przywary, bezsens wiary i nadmiaru wiedzy, która przynosi tylko większe cierpienie. Rozsiadałam się w tych rozważaniach rozpisanych na kilku bohaterów jak w wygodnym fotelu uniwersalnych prawd.
„Problemy psychiczne są powodowane całkowitą beznadzieją i zbyt dużą ilością konserw.” Na stronie 102 pada cytat, który totalnie mnie zakochał w tej książce bez reszty i ugruntował ją w mojej możliwej top książek tego roku. Rzadko w literaturze można się spotkać z dystopiami, które czyta się w tak humorystyczny i piekielnie zadziorny sposób.
Odwiedźcie literacki świat „Solei Minor”, nie pożałujecie tej podróży.
„Solea Minor”, Evelin Marton, tłumaczenie Daniel Warmuz, wydanie 2025, Wydawnictwo Warsztaty Kultury
Książkę otrzymałam jako prezent od wydawnictwa.
To niezwykle piękne dzieło otwiera opis wczesnego dzieciństwa narratora i Kasandry, jego mamki, niańki, opiekunki, która stanowiła nierozerwalny element jego świata, gdzie to znerwicowana matka nastręcza zmartwień, a ojciec walczy na wojnie. Skrywa się we włosach Kasandry, w jej nieokrzesanych opowieściach, miksturze języków i pochodzenia, by stopniowo pojąć różnice klasowe i wyjść spod kloszu dzieciństwa w stronę dojrzałości. „Niezłomny chłopski zmysł rzeczywistość” walczy tutaj z „fanaberiami mieszczuchów”.
Z niebywałą czułością i wnikliwością opisuje mikrokosmos swojego dzieciństwa poprzez relacje z Kasandrą. Odnosząc się do jej języka, wyglądu, ubioru, sposobu bycia zestawiając to genialnie z rozpadem jego własnej rodziny i ojczyzny. Obraz rodziny i utratę naiwności dziecka autora zestawia z rozpadem cesarstwa Austro-Węgierskiego, co niezaprzeczalnie miało wpływ na dramat wielu rodzin. Rezzori, austriacki mistrz modernizmu, zapuszcza sondę w bebechy swojej rodziny i osób, które miały na niego silny wpływ. Po Kasandrze, opisuje swoją matkę, ojca, siostrę oraz guwernantkę.
To powieść intensywna. Miesza autobiografię i fikcję, by obnażyć kłamstwa, które rządzą wyższymi sferami, ukazać jak po cichu może rodzić się nacjonalizm i płytkość rodzinnych relacji. Rezzori jest mistrzem w opisywaniu ludzkich biografii. Tworzy portrety postaci pełne szczegółów, głębi mieszając surowy obraz z nostalgią i czułością czyniąc ze swojej powieści znakomitą ucztę językową.
”Niegdysiejsze śniegi”, Gregor von Rezzori, tłumaczenie Małgorzata Gralińska, wydanie marzec 2025, Wydawnictwo Czarne
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
„To, co się nosiło, było targane, czyli na przykład porucznik Jimmy Cross targał swoją miłość do Marthy po wzgórzach i mokradłach. Można też było używać formy zwrotnej, targać się, czyli iść gdzieś, maszerować, ale zawsze z implikacją, że to wędrówka z obciążeniem.”
Pierwsze opowiadanie powala na ziemię. To bodajże najlepsza proza o doświadczeniu wojny w Wietnamie, jaką czytałam. Tim O’brien wie o czym pisze, bo sam jej doświadczył, by następnie poświęcić swoje życie twórcze na tematykę wojenną.
Od strony dosłownie pierwsze (wybitnej!) opowiadanie jest swoistą wyliczanką rzeczy, które noszą ze sobą żołnierze i ile każda z tych rzeczy waży, zależnie od rangi, narzuconej funkcji, rodzaju myśli czy przesądów. Ze strony metaforycznej z kolei czytelnik czuje, że to tak naprawdę wyliczanka „niezważonego strachu”, który rozpycha się pośród sprzętu, zakrada się pod mundur, skrywa się na tym zdjęciu ukochanej, za którą żołnierz tęskni. Pod tą peleryną, która ma chronić przed deszczem, ale może też być peleryną, w którą zawiną twoje poległe ciało.
O’brien pobudza czytelniczą wyobraźnię od pierwszego zdania i wymaga poczucia od nas respektu do „tego, co niesie” każdy żołnierz. Tutaj „wszyscy nosili własne duchy.” Chodzi o to, że rzeczy do niesienia nigdy nie zabraknie. Im więcej udźwigniesz, im dalej zajdziesz, tym bardziej myślisz, że docierasz do końca wojny, a on ci umyka, wciąż dorzuca kolejne gabaryty do niesienia, do zniesienia.
„Nosili, ile tylko byli w stanie udźwignąć i jeszcze odrobinę, w tym także milczący respekt dla straszliwej mocy tego wszystkiego, co nieśli.
Kolejne opowiadania przybliżają kolejny aspekty wojny. O’Brien przemawia też własnym głosem. Opisuje chwile otrzymania poboru i tego konsekwencje oraz jego pierwsze reakcje. Próbuje odpowiedzieć na pytanie czym jest wojna i czy ma ona kiedykolwiek jakiś morał.
O’Brien udowadnia swoim pisaniem, że opowiadania mają moc uprzedmiotowienia własnych doświadczeń. Autor robi coś z czym się jeszcze w krótkiej formie nie spotkałam. Fikcję przeplata faktami, odzywa się własnym głosem, ale i znajomych mu weteranów, którzy dzielili się tym, co w środku. O tym jak Wietnam nigdy nie wychodzi z człowieka, niektórych rzuci w wir twórczy, a innych w wir samozatracenia, a nawet odebrania sobie życia.
Czytelnik nie spieszy się w tej prozie, za dużo w niej brutalnej szczerości przeplatającej się z lirycznym pięknem pióra O’brien’a. Spędził rok w Wietnamie, został dwukrotnie postrzelony, widział śmierć kolegów. Pisze o Wietnamie, ale tak naprawdę pisze o każdej wojnie i o tym, jak odkłada się ona w każdym weteranie. „To, co nieśli” dołącza do mojego top tomu ze zbioru opowiadań amerykańskich. Zostawia czytelnika w niemym zachwycie nad piórem autora, ale też bolesną prawdą o uniwersalności traum.
Nie omińcie tego zbioru. Jest koniecznością. Mistrzostwem krótkiej formy. Najszczerszym zobrazowaniem ludzkiego doświadczenia.
„Jeśli prawdziwa historia z wojny ma w ogóle jakiś morał, to jest on niczym nić, z której utkano materiał. Nie da się go oddzielić od reszty. Nie da się wydłubać znaczenia tak, żeby przy okazji nie spruć wszystkiego, co kryje się głębiej. A w ostatecznym rozrachunku prawdziwej historii z wojny nie da się zbytnio skomentować, bo i co się powie? „Och”?Prawdziwe historie z wojny nie uogólniają. Nie wdają się w abstrakcje czy analizy.
Przykładowo: wojna jest piekłem. Jako deklaracja moralna ten stary truizm wydaje się absolutnie prawdziwy, a jednak ponieważ sięga po abstrakcje, ponieważ uogólnia, nie umiem uwierzyć w niego tak aż do trzewi. Nie wywracają mi się od niego bebechy.”
”To, co nieśli”, Tim O’brien, tłumaczenie Tomasz S. Gałązka, Wydawnictwo Czarne, wydanie październik 2025, seria Opowiadań Amerykańskich
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Osiedlowe wampiry, trzy pokolenia mężczyzn – to ich odwiedza na początku narrator. Odwiedziny u rodziny są przyczynkiem do wysłania sondy w przeszłość losów każdego z pokolenia. „Rumun rodzi się poetą, a mieszkaniec Bukaresztu zaś jest Rumunem i nosi w duszy melancholię” – takim melancholikiem przesiąkniętym beznadzieją i dekadencją jest narrator. To powieść o pokoleniu „rozjechanym przez półwiecze chowające w zanadrzu pełen pakiet ofert: pogromy, stalinizm, komunizm z ludzką twarzą.”
„Dom pod Lwami był jak szklany dzwon niepozwalający wysunąć głowy na zewnątrz.”
Michi opisuje dzieciństwo w Domie pod Lwami na tle niełatwej rumuńskiej rzeczywistości, rodzinnych sekretów, traum i historii, które bolą, ale budują też jego tożsamość. Dzieciństwo naznaczone komunizmem, rządami Ceasescu, trudną matką i zmieniającymi się ojczymami. Dwa lwy sprzed wejścia do domu wracają do młodego chłopca w koszmarach, ale tych nie brakuje też w życiu. Narracyjne rozpasanie autora to największa zaleta tej powieści. Każde zdanie ocieka brutalnością prawdy i w mistrzowski sposób przyciąga nas do każdego szczegółu życia czterdziestoletniego narratora. „Ralu. Jak ona potrafiła wziąć w dłonie materię życia i ulepić z niej tragedię.” Postać matki, księżniczki Ralu, to jedna z najlepszych opisów postaci, jakie spotkałam w literaturze.
Śledzimy z zapartym tchem „przeszłość przypominająca worek z robactwem”, która kładzie się cieniem na przyszłość. „Robactwo” doprowadzi narratora do wielu nieudanych relacji, kryzysów, alkoholizmu. Narrator ma w sobie „tyle porzucenia siebie nagromadzonego przez 40 przeżytych lat”, które czuć na każdej stronie w tym lirycznym arcydziele rumuńskiego pisarza. „Abraxas” ocieka przemocą wielopłaszczyznową, narratora bije fizyczność, tnie się psychika, a życia nie rozpieszcza dodatkowa też system.
Stanescu napisał powieść pełną trudów i znojów życia w reżimie, reżimie dosłownym i tym przenośnym, w który człowiek wpędza się sam. „Abraxas” to powieść o pamięci i o tym, jak bardzo przeszłość wciąż żyje w nas – czasem wbrew naszej woli. To książka trudna, gęsta, pełna symboli, ale nagradzająca cierpliwego czytelnika niezwykłą intensywnością. To nie jest powieść, którą połkniecie w kilka nocy. Nawet nie powinniście, bo w tym języku człowiek zatapia się niczym w strumieniu geniuszu. „Abraxas” idealnie się wpasowuje w nadchodzące chłodniejsze wieczory.
Jeśli cenicie literaturą wymagającą, pełną głębi i emocjonalnego ciężaru na tle ważnych historycznych wydarzeń – to jest lektura dla Ciebie.
„Abraxas”, Bogdan-Alexandru Stanescu, tłumaczenie Kazimierz Jurczak, Oficyna Noir sur Blanc, wydanie sierpień 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
„A jednak kiedy popłynęły łzy z oczu Heleny Lifki, nie rozpoznał w nich swoich, żydowskich łez. Bo wtedy nie był już Żydem, tylko kapo, nie należałem do warstwy poniżonych, lecz do siebie, swojego ciała, które chciało się obnażyć, rozpaść, aby przeżyć.”
Trudno przy tej książce powiedzieć : koniecznie ją przeczytajcie.
Dlaczego trudno? Bo jest niemożliwa do zniesienia i udźwignięcia. Jest cholernie niewygodna. Momentami ohydna, pełna obrazów żywej przemocy, która pali skórę czytelnika. Mamy cierpieć razem z ofiarami, ale jesteśmy też zmuszeni wejść w tę historię oczami i duszą oprawcy. A tam rzadko kto z nas ma odwagę i chęć zajrzeć.
Handlarz życia. Zamieniacz. Kapo. Jak byście Wy nazwali kogoś, kto kolaboruje z wrogiem, wykonuje najgorsze z rozkazów, by przetrwać ? Lamian, tytułowy kapo, nigdy nie robił nic, by ludzie mogli zapomnieć o Zagładzie. „On zagładę tylko przyspieszał, wykonując rozkazy w całej ich surowości.” Anioł śmierci, przeprowadzający na drugą stronę, bezwzględny, bez namysłu. Wszystko, by ocalić siebie, a potem żyć tak, by nikt cię nie pamiętał, nie rozpoznał, nie wyróżniać się z tłumu. Przemknąć niezauważonym przez życie. Okazuje się jednak pewnego dnia, że nie da się go przeżyć bez wyrzutów sumienia i strachu czającego się każdego dnia. Strachu przed byciem rozpoznanym, schwytanym i rozerwanym. Uczucie duszności w tej powieści jest rozpisane na każdą stronę, nie ma ucieczki i przerwy od okrutnej mechaniczności Żyda, który, by przetrwać postanawia krzywdzić swój własny naród i każdego, kogo mu się wskaże. Tytułowy kapo spędza życie na wiecznym udawaniu. Najpierw zostaje ochrzczony, by udawać katolika, a gdy trafia do obozu skrywa swoje żydowskie korzenie, by wcielić się w kata.
Aleksandar Tisma tworzy dzieło jednocześnie nieznośne i nieodkładalne. „Kapo” jest ostatnią częścią tzw. trylogii żydowskiej, w której autor eksploruje kwestie Zagłady, winy, pamięci i życia po tym wszystkim. Autor wykreował szczegółowy portret dehumanizacji jednostki i mechanizmów przetrwania, jakich potrafi chwycić się jednostka, by ocalić swoje marne jestestwo. Głęboko psychologiczny język pełen chirurgicznej precyzji, brutalnej szczerości i szczegółowych opisów obozowych zbrodni sprawia, że podczas lektury potrzeba się zatrzymać i odetchnąć, a potem wrócić i dalej próbować zrozumieć to, co najtrudniejsze: Dlaczego? To dzieło zostawia czytelnika jednak z jednym z najbardziej nieznośnych pytań: czy kat może być jednocześnie ofiarą? Czy jeśli tak, to czy można mu w pewien sposób wybaczyć?
„Kapo” z pewnością będzie Was nawiedzał i nie opuści Waszej wyobraźni na długo po lekturze. Nie bójcie się jednak z nią zmierzyć, bo współczesny świat dalej zmusza nas do bycia świadkiem katów i ich bezbronnych ofiar.
„Kapo”, Aleksandar Tisma, tłumaczenie Magdalena Petryńska, Wydawnictwo Artrage, seria Cymelia, wydanie sierpień 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
„Ciężka matka – to praprzyczyna twórczego impulsu i literatury. Matka jest przyczyną i ciałem języka. (…) osiedla się w tobie ciemnym miejscem i czeka na twoje pisanie.”
Oto głos w literaturze, którego mi brakowało i który mnie bardzo ciekawił. Przy obecnych rozporządzeniach, „Rana”, pierwsza z autobiograficznej trylogii, jest obecnie w Rosji zakazana i usunięta z obiegu. Dzięki Wydawnictwu Marpress mamy okazję obcować z tym niezwykłym głosem w literaturze. A ten głos pochodzi z dalekiej Syberii i zachwycał mnie niezmiernie. Narratorka/autorka wyrusza z prochami matki w biurokratycznie absurdalną podróż z Moskwy do Ust-Ilimska, przesiadając się z samolotu do samolotu, by złożyć prochy w rodzinnym grobie.
Ta książka to oczywiście nie tylko opis tej podróży i zmagań. Oksana pisze o własnym ciele, życiu, myślach, uczuciach oraz godzeniu się ze swoją seksualnością. Wiele miejsca przeznacza na próbę przerobienia relacji ze swoją matką po jej śmierci. Pisze z dozą wstydu, która towarzyszy wynurzaniu się. Ta pisarska skromność bardzo mnie urzekała. Co nie oznacza jednak, że nie bywa też brutalnie szczera.
Książka ta jest drogą. Autorka nie ukrywa, że pisała ją w zrywach. Na tej twórczej drodze miesza style, raz czyni swoją książkę esejem, raz wierszem, a niekiedy skrawkiem pamiętnika czy memuaru. Motyw książki w książce nadaje tekstowi głębi. Wasiakina zaprasza nas przede wszystkich do podróży do samoakceptacji, która nie jest łatwa w homofobicznym otoczeniu. Autorka dzieli się strachem jak skończenie tej książki może spowodować, że rana po wszystkich, po śmierci bliskich, w końcu się zabliźni.
Była to niezwykle udana literacka podróż, rzadki głos w literaturze, kolejne tomy trylogii poświęca jeszcze dwóm bliskim osobom w swoim życiu. Tylko dzięki naszej czytelniczej uwadze i docenieniu takich dzieł, tworzy się szansa wydania ich w Polsce, zatem czytajmy kochani, niech Wasiakiny będzie więcej na polskim rynku wydawniczym.
„Rana”, Oksana Wasiakina, tłumaczenie Agnieszka Sowińska, wydanie marzec 2025, seria Bałtyk, Wydawnictwo Marpress
Książkę przeczytałam w ramach współpracy barterowej.
„Nie oddalaj się tak, żebyś nie pamiętał drogi do domu. I wracaj, zanim się zmęczysz.” Mawiała mama Maxa, narratora tej gargantuicznej powieści. I Max oddala się od domu, będąc przymuszonym do emigracji do Nowego Jorku przez rodziców. To też tutaj rozgrywa się jego sztuka, zwana życiem. Tu pozna miłość swojego życia, najlepszego przyjaciela, odnajdzie wuja, weterana wojny w Wietnamie i odnajdzie się w roli reżysera teatralnego.
Narrator czuje się „przetransplantowany” do miejsca, w którym nie trudno czuć się jak w domu i tę wszechmocną tęsknotę czuć na każdej stronie tej niezwykłej powieści. Powieści przez wielkie P. Rozpisanej na całe życie Maxa, który przemawia do nas z różnych miejsc, różnych perspektyw i chwil swojego życia. Śledzimy jego losy jako dojrzałego reżysera teatralnego, który ocieka samotnością w wielkiej Ameryce. Biegamy razem z nim, gdy jako dziecko bawi się z kolegami w wojnę w Wietnamie i łamie sobie ręce. Sączymy wszystkie jego lęki, bolesne tęsknoty norweskiego emigranta. Osobnym bohaterem jest tu sztuka i teatr. Teatr jako miejsce, w którym jesteś zdany na bycie sobą. Miejsce, które obnaża trywialność codzienności i ludzkie przywary. Harstad swoją powieść rozpisał też na dekady ważnych wydarzeń z historii USA, w które zostają wplątani bohaterowie. Wietnam. Atak na World Trade Center. Huragan Sandy. Nie sposób nie zachwycić się nad złożonością tej powieści.
„Podbój słów” – ta fraza trafnie odzwierciedla maestrię z jaką autor skomponował wielostronicowe dzieło, które nie nuży żadną stroną. Są książki, które odkładają się w nas na różne sposoby i z różnych powodów. Niektóre zapadają nam w pamięć ze względu na fabułę, inne sprawiają, że odkładamy w sercu narratora i sposób jego snucia opowieści, a jeszcze kolejne pozostają w nas ze względu na emocje, które wywołały. Harstad stworzył dzieło wielopłaszczyznowe, które obnaża, ale też jednocześnie próbuje zaleczyć dogłębną samotność jednostki dzisiejszych czasów.
Autor pisze tak wnikliwie, tworzy tak nieokiełznanie głębokie portrety psychologiczne postaci, że one nigdy nie opuszczą czytelniczego serca. Każdy bohater jest tu opisany niczym pejzaż, krajobraz, horyzont charakterologiczny, na którego patrzenie nigdy się nie nudzi. Czuję rozterki Mordecai’a, nie mogę zasnąć razem z Maxem, czuję się zagubiona z Mischą i odczuwam piętno Wietnamu z Owenem.
Autor robi coś jeszcze fascynującego. To skoki czasowe w fabule. Nie nazwałabym tego retrospekcjami ani wyrwami w chronologii. Przeplata zgrabnie losy bohaterów, by pod koniec rozdziału znienacka pokazać nam ich losy dekady do przodu. Kończąc je jednym zdaniem podsumowania. Ich życia, porażek, sukcesów, tęsknot. Wtedy robiłam czytelniczy przystanek. Czytałam to ostatnie zdanie rozdziału i wracałam do niego. Bo kochasz tutaj wszystkich bohaterów, chcesz z nimi być, nawiązujesz z nimi relację. To zasługa ogromnego talentu pisarskiego Harstad’a.
„Max, Mischa i ofensywa Tet” nazywana jest norweską powieścią dekady. Może się stać Waszą powieścią życia. Dla mnie ma potencjał stać się powieścią tego roku.
„Max, Mischa i ofensywa Tet”, Johan Harstad, tłumaczenie Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Relacja, wydanie wrzsień 2025
Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.
Z tego miejsca dziękuję Wam za nieustanny wkład w to miejsce poprzez Waszą obecność. Choć słowo pisane zastąpione zostało rolkami trwającymi maks 1:30 min, to ci, którzy tu jeszcze zaglądają zawsze znajdą tutaj bardziej rozbudowane opinie o książkach, które mnie poruszyły, fragmenty, które chce by ze mną pozostały i wzruszenia, które nigdy nie odchodzą.
Jeśli doceniasz moją pracę i chcesz wesprzeć istnienie tego miejsca, to będzie mi niezmierni miło, jeśli zechcesz postawić mi wirtualną kawę:
https://buycoffee.to/ksiegarkanaregale/












Strasznym zsypem pelnym nienawistnych ludzi stal sie internet, moze powinnas rozwazyc obecnosc na mniej toksycznych platformach jak substack a przede wszystkim mastodon, gdzie nie ma (przynajmniej na razie) takiej nienawisci i przemocy jak gdzie indziej. A seria non fiction Tajfunow wymiata, zyczylabym sobie wiecej!
Dziękuję pani, że mogłam poznać te książki. Nie wiem, czy którąkolwiek z nich przeczytam, bo sądzę, że poruszą mnie tak bardzo, że długo nie będę mogła dojść do siebie. Wciąż noszę w sobie setki ludzi, tych spotkanych w realnym życiu, i tych z książek (ale niemniej prawdziwych), i nie wiem, czy zmieszczą się jeszcze nowi. To trochę egoistyczne, ale na razie tak musi być. Podoba mi się, jak pani pisze i cieszę się, że człowiek „spoza” może jeszcze spotkać jakiegoś Człowieka (nawet bez latarni się udało ;-)).
Wszystkiego dobrego!
Marzena
Pani Marzeno, tym bardziej się cieszę, że Pani do mnie trafiła! 🙂 I że znajduje dzięki swojemu pisaniu ludzi wciąż ceniących słowo pisane. Skąd Pani do mnie trafiła? Jestem ciekawa, zwłaszcza w czasach wiecznego „oglądania”, a mniej czytania 🙂
Mocno po czasie, ale zaglądam niezmiennie. Bardzo się cieszę, że nadal tu piszesz. No i na pewno coś sobie uszczknę na mój rok bez egzemplarzy.