Po książce „Wiejskie dzieci”, w której Aneta Godynia przyglądała się losom dzieci dorastających na dawnej wsi i stawiała pytanie, czy były one przede wszystkim kochane, czy raczej potrzebne do pracy i przetrwania gospodarstwa, autorka bierze na warsztat kolejnych bohaterów wiejskiej historii. Tym razem są to kobiety, a Godynia znów zagląda tam, gdzie historia opowiadana z perspektywy wielkich wydarzeń rzadko zagląda, a mianowicie do ludzkich, często bardzo prywatnych spraw.

„Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety” to niemal 500 stron historii wydobytych przede wszystkim z akt sądowych i notarialnych. Godynia przekłada urzędowe zapisy na język, który pozwala czytelnikowi zobaczyć stojących za nimi ludzi, ich konflikty, lęki, ambicje, rozczarowania, ale przede wszystkim codzienną walkę o własny los i przyszłość dzieci.

Łatwo patrzeć na kobiety sprzed stu czy stu kilkudziesięciu lat przez pryzmat tego, czego nie miały. Nie miały edukacji, pieniędzy, praw, wygód czy możliwości, które dziś wydają nam się czymś oczywistym. W „Nieugiętych” znacznie ciekawsze okazuje się jednak pytanie, co miały i co potrafiły zrobić w ramach świata, w którym przyszło im żyć. Kobiety, które spotykamy na kartach książki, nie zawsze były wykształcone i nie zawsze mogły samodzielnie decydować o swoim życiu. Nie oznacza to jednak, że były bierne. Pojawiają się w kancelariach notarialnych, zawierają umowy, rozporządzają majątkiem, zabezpieczają dzieci, walczą o swoje prawa przed sądem. Kalkulują, przewidują konsekwencje decyzji i próbują odnaleźć się w systemie, który zdecydowanie nie był skonstruowany z myślą o ich wygodzie.

To bardzo ciekawa korekta obrazu dawnej wiejskiej kobiety. Zamiast bezwolnej gospodyni stojącej gdzieś na drugim planie rodzinnej historii widzimy osobę, która nawet jeśli miała bardzo ograniczone możliwości, to potrafiła działać, negocjować i walczyć o swoje. Pod tym względem „Nieugięte” przyszły i uzupełniły moją wiedzę w tym aspekcie. Szczególnie mocno wybrzmiewa to w historiach sądowych. Są one czymś więcej niż dokumentacją dawnych sporów. Dzięki nim można usłyszeć głos kobiet, które w innych okolicznościach prawdopodobnie pozostałyby anonimowe.

„Na jakiej podstawie sąd dokonuje gradacji bólu?” – to zdanie dobrze oddaje jeden z ważniejszych problemów, które pojawiają się podczas lektury. Dokument sądowy może opisać wydarzenia, przedstawić dowody, zeznania i argumenty stron, ale przecież za tym wszystkim stoi czyjeś życie. Czy da się urzędowym językiem zmierzyć cierpienie kobiety, która samotnie wychowuje dziecko? Czy można odpowiednio zważyć upokorzenie, kiedy musi przed obcymi ludźmi opowiadać o najbardziej intymnych szczegółach swojego życia? Czy da się zapisać w protokole strach, bezradność albo rozpacz?

Godynia ma świadomość tego ograniczenia i pamięta również o tych kobietach, których historii nie znajdziemy w archiwach. Do sądu trafiły tylko niektóre sprawy, te, w których ktoś zdecydował się zrobić krok poza prywatność domu i lokalnej społeczności. Cała reszta pozostaje niema. Archiwum daje nam dostęp do przeszłości, ale jednocześnie uświadamia, jak wiele z niej bezpowrotnie utraciliśmy.

Ciekawy jest również obraz patriarchatu, który wyłania się z akt. Nie jest on jednowymiarowy. Oczywiście kobiety znajdowały się w znacznie trudniejszej sytuacji społecznej i prawnej, a ich wiarygodność mogła być podważana. Jednocześnie z niektórych spraw wynika, że mężczyzna nie zawsze mógł po prostu uchylić się od odpowiedzialności. Jeśli kobieta potrafiła przedstawić swoją historię i znaleźć choćby skromne potwierdzenie swoich słów, sąd mógł stanąć po jej stronie. Nagle tytułowe „nieugięte” wydają mi się trafnym określeniem.

Najbardziej zapadła mi w pamięć historia Zośki. Pięknej kobiety, która pozowała malarzom, a której życie zakończyło się w sposób niewyobrażalnie brutalny. Jej mąż zamordował ją, obawiając się utraty należących do niej nieruchomości. To jedna z tych historii, które trudno po prostu odłożyć wraz z książką. Pokazuje bowiem, że sprawczość i samodzielność kobiety mogły być nie tylko czymś niezwykłym, ale też czymś, co w skrajnych przypadkach stawało się zagrożeniem dla mężczyzny przyzwyczajonego do dominacji.

Ogrom materiału robi wrażenie. Autorka wykonał solidną pracę, wydobywając z archiwów kolejne świadectwa i przekładając je na przystępny język. Problem pojawia się wtedy, gdy podobnych historii zaczyna być po prostu za dużo. Po kilkuset stronach niektóre sprawy zaczynają się ze sobą zlewać, a kolejne konflikty, spory majątkowe, małżeńskie i rodzinne nie zawsze wybrzmiewają już z taką siłą jak pierwsze.

Momentami miałam więc poczucie, że tę książkę można by skrócić. Nie dlatego, że historie są niepotrzebne, ale dlatego, że część z nich po prostu traci swoją moc w sąsiedztwie wielu bardzo podobnych opowieści. Mniejsza liczba przypadków mogłaby paradoksalnie sprawić, że te najważniejsze zostałyby w pamięci jeszcze dłużej. Mimo tego uważam „Nieugięte” za bardzo wartościową książkę. Przede wszystkim dlatego, że nie próbuje stworzyć jednej, uproszczonej historii o „kobietach ze wsi”. Pokazuje różne postawy, różne możliwości i różne strategie przetrwania. Dzięki temu dawna wieś przestaje być jedynie obrazem biedy, ciężkiej pracy i podporządkowania. Staje się miejscem zamieszkiwanym przez ludzi z krwi i kości.

„Nieugięte. Jakie naprawdę były wiejskie kobiety”, Aneta Godynia, Wydawnictwo Znak, wydanie sierpień 2026 

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

„Pytanie numer siedem” Richarda Flanagana ujęła mnie ze względu na to, że jest książką-hybrydą. Trochę jest tu autobiografii, trochę eseju, trochę historii, trochę fikcji, a chwilami niemal filozoficznego strumienia myśli. W tej nieuchwytności tkwi dla mnie jej największa siła.

Flanagan próbuje zrozumieć własne życie, swoich rodziców, szczególnie ojca, który przeżył japońską niewolę podczas II wojny światowej, ale szybko okazuje się, że żeby zrozumieć jednego człowieka, trzeba cofać się coraz dalej. Cofa się do Hiroszimy, bomby atomowej, a także do H.G. Wellsa, jego powieści „The World Set Free”, pojawia się tu postać fizyka Leo Szilárda, a wraca nawet do przypadkowego spotkania Wellsa i Rebeki West. Jedno wydarzenie uruchamia kolejne, jak reakcja łańcuchowa. Okazuje się, że przypadek, który wydarzył się gdzieś bardzo daleko i bardzo dawno temu, mógł zdecydować o tym, że Richard Flanagan w ogóle się urodził.

Przypadek wydaje mi się jednym z najważniejszych bohaterów tej książki. Flanagan nieustannie próbuje znaleźć początek. Ten jeden moment, jedną decyzję, jedno „dlaczego”, od którego wszystko się zaczęło. Ale im dalej szuka, tym bardziej okazuje się, że początku nie ma. Za każdym „dlaczego” kryje się następne „dlaczego”. Za każdym gobelinem kolejny gobelin. W pewnym momencie pozostaje już tylko świadomość, że być może nigdy nie zrozumiemy własnego życia do końca.

Ze strony na stronę zaczynamy rozumieć, dlaczego tak dobrze działa tytuł książki. „Pytanie numer siedem” pochodzi z absurdalnego opowiadania Antoniego Czechowa, będącego parodią szkolnych zadań matematycznych. Pytanie siódme brzmi w przybliżeniu: kto kocha dłużej, mężczyzna czy kobieta? Oczywiście nie da się na nie odpowiedzieć. Flanagan przenosi to absurdalne pytanie na znacznie większą skalę. Dlaczego robimy sobie nawzajem to, co robimy? Dlaczego wydarzyła się Hiroszima? Dlaczego przeżył jego ojciec? Dlaczego on sam dzięki temu istnieje? Flanagan przekonuje, że być może właśnie brak odpowiedzi jest odpowiedzią.

Bardzo mocna jest dla mnie osobista część tej książki. Szczególnie obraz ojca, człowieka naznaczonego wojną i doświadczeniem niewoli, o którym syn próbuje dowiedzieć się czegoś, czego być może nigdy nie będzie już w stanie poznać. Jest w tym coś niezwykle przejmującego, uświadomienie sobie, że nawet najbliżsi ludzie pozostają dla nas do pewnego stopnia tajemnicą. Orientujemy się, że rodzice mieli własne życie, własne lęki, sekrety i doświadczenia, do których jako dzieci nie mieliśmy dostępu. Kiedy wreszcie jesteśmy wystarczająco dojrzali, żeby zadawać pytania, często jest już za późno.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że książka o tak wielkich wydarzeniach historycznych potrafi być jednocześnie bardzo intymna. Hiroszima, wojna, bomba atomowa czy historia nauki mogłyby łatwo zamienić tę opowieść w chłodny esej. Tymczasem Flanagan cały czas wraca do człowieka, do pamięci, śmierci, rodziców, własnego dzieciństwa, a nawet własnego doświadczenia bliskości śmierci.

Mam wrażenie, że ta książka sama jest trochę jak pytanie numer siedem. Nie prowadzi nas po prostej. Zamiast odpowiedzi daje kolejne pytania, kolejne wspomnienia i kolejne przypadki.Najbardziej zapamiętam z niej nie Hiroszimę ani nawet historię ojca, ale tę myśl, że nasze życie jest zbudowane z rzeczy, których nigdy nie będziemy w stanie do końca wyjaśnić. Z przypadków, których znaczenie dostrzegamy dopiero po latach. Z ludzi, których poznaliśmy, choć równie dobrze mogliśmy ich nigdy nie spotkać. „Pytanie numer siedem” jest więc dla mnie przede wszystkim książką o tajemnicy istnienia.

„Pytanie numer siedem”, Richard Flanagan, tłumaczenie Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Czarne, seria Nowa Klasyka, wydanie wrzesień 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

„Proszę mi wierzyć, Saszo, było we mnie tyle żalu i złości, że zadusiłabym każdego bożka.”

To chyba właśnie od tego uczucia, żalu, złości, bezsilności, zaczyna się „Czerwony krzyż” Saszy Filipenki. Choć na pierwszy rzut oka jest to książka o pamięci, wojnie, stalinowskich represjach i człowieku próbującym przeżyć historię, dla mnie przede wszystkim okazała się książką o tym, co robimy z własnym cierpieniem, kiedy nie mamy już komu go oddać.

Dziewięćdziesięcioletnia Tatiana mieszka samotnie i zmaga się z postępującym Alzheimerem. Jej nowym sąsiadem zostaje Sasza, młody wdowiec z maleńką córką, który sam próbuje poskładać życie po śmierci żony. Początkowo ich relacja jest właściwie przypadkowym zderzeniem dwóch samotności. Sasza chciałby mieć spokój, Tatiana zdecydowanie nie zamierza mu go dać. W końcu jednak potok jej wspomnień zaczyna wciągać mężczyznę coraz głębiej.

Ten pomysł Filipenki bardzo mi się podoba. Zamiast wielkiej historycznej panoramy dostajemy dwoje ludzi siedzących obok siebie. Jedno opowiada, drugie słucha, a między nimi powoli zaczyna rozciągać się całe XX stulecie, co staje się wciągającym zabiegiem literackim. Tatiana ma za sobą życie, którego właściwie nie da się opowiedzieć bez bólu. Wojna, mąż uznany za zdrajcę po trafieniu do niewoli, odebrana córka, represje, przesłuchania i dziesięć lat spędzonych w łagrze. Filipenko jednak nie robi z niej pomnika cierpienia. 

Tatiana nie jest wyłącznie niewinną ofiarą historii. Jest również człowiekiem, który w pewnym momencie podejmuje dramatyczną decyzję, a później przez dziesięciolecia żyje z jej konsekwencjami. To właśnie poczucie winy jest jednym z najmocniejszych nerwów tej powieści. Autora interesuje nie tylko pytanie, co system robi z człowiekiem, ale również co człowiek robi z drugim człowiekiem, kiedy zostanie postawiony pod ścianą?

„Czerwony krzyż” robi się w pewnym momencie znacznie bardziej niewygodny, niż mogłoby się wydawać po samym opisie. Filipenko nie szuka łatwych odpowiedzi. Nie dzieli swoich bohaterów na nieskazitelnych dobrych i potwornych złych. Pokazuje ludzi uwikłanych w system, strach, własne ambicje, zazdrość, tchórzostwo i instynkt przetrwania. Jednocześnie nie próbuje tych zachowań usprawiedliwiać. Jest w tym sporo empatii, ale nie ma pobłażliwości. Szczególnie mocno wybrzmiewa to w historii Tatiany, która przez lata nosi w sobie potrzebę odnalezienia człowieka związanego z jej dawną decyzją. Jej przeszłość nie chce się skończyć. Można wyjść z łagru, można przeżyć wojnę, można dożyć dziewięćdziesięciu lat, ale niekoniecznie można uciec przed tym, co zrobiło się innym.

Pojawia się tutaj Alzheimer, który staje się jakoby osobnym bohaterem książki. To jeden z tych literackich pomysłów, które początkowo wydają się po prostu elementem fabuły, a z czasem zaczynają nabierać coraz większego znaczenia. Tatiana boi się, że choroba odbierze jej pamięć, zanim zdąży opowiedzieć swoją historię. Ale jednocześnie w jej słowach pojawia się coś przewrotnego, mianowicie przekonanie, że Alzheimer jest właściwie wynalazkiem Boga, który chce ją pozbawić pamięci, bo sam boi się konfrontacji z jej życiem.

„Dziś, dziś, gdy wszystko w moim życiu się skończyło – Bóg, właśnie ten stworzony przeze mnie Bóg, wymyślił mi Alzheimera, ponieważ się boi! Przeraża go konieczność spojrzenia mi w oczy!”

To są momenty, w których Filipenko jest dla mnie najciekawszy, ponieważ Tatiana nie opowiada historii jak spokojny kronikarz. Ona wyrzuca z siebie wszystko, co przez lata nie znalazło ujścia. Jest w tym gniew, ironia, rozpacz i ogromna potrzeba, żeby ktoś wreszcie usłyszał, a Sasza staje się tym słuchaczem.

Ich relacja jest chyba najczulszą częścią całej książki. Nie dlatego, że autor próbuje zbudować tanią, sentymentalną historię o przyjaźni starszej pani i młodego mężczyzny. Przeciwnie, bo długo między nimi jest niezręcznie, czasem zabawnie, czasem irytująco. Sasza ma własne problemy i początkowo naprawdę nie potrzebuje kolejnego ciężaru. Tatiana z kolei nie pyta go specjalnie o zgodę. Po prostu zaczyna mówić i może właśnie dlatego ta więź wypada tak wiarygodnie.

W „Czerwonym krzyżu” bardzo mocno działa też zderzenie prywatnego i historycznego. Wielka historia nie przychodzi tutaj jako data z podręcznika. Przychodzi jako konkretna kobieta, której zabrano rodzinę. Jako człowiek wracający z niewoli, którego własne państwo traktuje jak winnego. Jako dokument, podpis, nazwisko, decyzja urzędnika. Filipenko wykorzystuje autentyczne materiały dokumentalne związane z korespondencją Czerwonego Krzyża i wojennymi losami radzieckich jeńców, a dokumentalność przeplata z fikcją.

Filipenko pisze bardzo oszczędnie, chwilami wręcz szkicowo. Niektóre rozwiązania fabularne są mocno skonstruowane pod określony efekt emocjonalny, a część symboliki można uznać za dość oczywistą. Tytułowy czerwony krzyż ma tutaj wiele znaczeń, od realnej organizacji humanitarnej, przez znak pamięci, aż po symbol cierpienia i ciężaru, który bohaterowie noszą ze sobą.

Jednak podczas lektury nie przeszkadzało mi to szczególnie. Być może dlatego, że największą siłą tej książki nie jest dla mnie perfekcyjna konstrukcja, tylko głos Tatiany. Jej opowieść ma w sobie coś z ostatniej rozmowy, której nie powinno się przerywać. Po zamknięciu książki zostało mi w głowie pytanie o pamięć. Co zostaje z człowieka, jeśli odbierze mu się wspomnienia? A co zostaje z historii, jeśli wszyscy, którzy ją przeżyli, przestaną o niej mówić?

„Czerwony krzyż”, Sasza Filipenko, tłumaczenie Agnieszka Sowińska, Oficyna Noir Sur Blanc, wydanie wrzesień 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

Są takie książki, które nie tyle się czyta, ile wchodzi się do ich świata. W świecie kreowanym przez Ewtimową okazuje się, że jest duszno, ciasno i trochę za blisko innych ludzi. Wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, każda rodzina ma swoje tajemnice, każda sąsiadka ma własną wersję wydarzeń, a każda przysługa prędzej czy później będzie miała swoją cenę. Właśnie taka jest Stara Wieś.

Ewtimowa tworzy tutaj mały, zamknięty mikrokosmos bułgarskiej społeczności. Biednej, brutalnej, przesądnej, pełnej wzajemnych animozji, ale jednocześnie bardzo ludzkiej. To miejsce, w którym przemoc miesza się z czułością, zabobon z doświadczeniem, a miłość potrafi sąsiadować z niewiernością, zazdrością i zwyczajnym wyrachowaniem.

Centralną postacią jest Elena, surowa, charyzmatyczna zielarka, która potrafi za pomocą odpowiednio dobranego ziołowego ekstraktu postawić człowieka na nogi. Z czasem jej śladami zaczyna podążać wnuczka. Obok nich pojawia się Rudy Dymitr, lokalny postrach, człowiek, którego nazwisko wystarczy, żeby inni dwa razy zastanowili się, zanim powiedzą coś głośno. Jest też Sijana, w której zakochuje się niezdarny Christo. Wychodzi za niego za mąż, ale jej historia wcale nie kończy się wraz z przysięgą, wręcz przeciwnie, prowadzi ją prosto w ramiona Rudego. Właśnie z takich historii Ewtimowa buduje swój tytułowy rezerwat.

Najbardziej charakterystyczna jest jednak konstrukcja powieści. Fabuła jest poszatkowana niemal tak samo jak społeczność Starej Wsi. Przeskakujemy między bohaterami, czasem cofamy się, czasem zbaczamy z głównej ścieżki, a czasem pojawia się postać, o której musiałam sobie przypomnieć, kim właściwie jest. Przyznaję, że kilka razy zgubiłam wątek, ale im dłużej o tym myślę, tym mniej jestem pewna, czy to rzeczywiście wada, ponieważ ta książka nie chce być idealnie uporządkowaną opowieścią. Bardziej przypomina plotkę krążącą po wsi. Jedna historia rodzi następną, czyjeś życie nagle staje się tłem dla cudzego, a przeszłość miesza się z teraźniejszością. Zamiast jednej, mocno napiętej osi fabularnej dostajemy całą sieć ludzkich historii, które splatają się wokół jednego miejsca. Stara Wieś jest tu równie ważna jak jej mieszkańcy.

Ewtimowa potrafi być jednocześnie dosadna, ironiczna, poetycka i absurdalnie zabawna. Nie boi się porównań, przesady ani zdań, które brzmią jak opowieści zasłyszane od kogoś siedzącego na ławce przed domem. „Wokół jest tak wielu niedouczonych, że jeśli wiesz, ile to jest pierwiastek kwadratowy z szesnastu, to obwieszczą światu, że jesteś Galileo Galilei.”Takie fragmenty najlepiej pokazują jej sposób pisania, z jednej strony gorzki, z drugiej pełen przewrotnego humoru. Autorka potrafi opisać nędzę, głupotę czy brutalność tak, że człowiek najpierw się uśmiecha, a sekundę później orientuje się, że właściwie nie ma się z czego śmiać.

Kiedy myślę o „Rezerwacie ludzi i wilków”, nie pamiętam przede wszystkim fabuły. Pamiętam atmosferę oraz ludzi, którzy są dla siebie jednocześnie rodziną, sąsiadami, wrogami i świadkami własnego życia. Nie zapomnę Eleny i jej ziół. A na pewno zapamiętam kobiety, które wydają się zdecydowanie silniejsze od mężczyzn. Ewtimowa zwraca też uwagę na biedę, która nie jest tutaj jedynie tłem, ale czymś, co wpływa na charaktery, relacje i wybory. Zostanie w Was to poczucie, że wystarczy chwila nieuwagi, żeby człowiek przestał być człowiekiem, a zaczął zachowywać się jak wilk. Ten „rezerwat” nie jest miejscem, w którym chroni się ludzi przed wilkami. To miejsce, w którym coraz trudniej rozpoznać, kto jest człowiekiem, a kto już zdążył się zdziczeć.

„Rezerwat ludzi i wilków”, Zdrawka Ewtimowa, tłumaczenie Mariola Mikołajczak, wydawnictwo Relacja, wydanie wrzesień 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

To moje pierwsze spotkanie z prozą George’a Saundersa i muszę przyznać, że było to spotkanie osobliwe. „Czuwanie” jest bowiem książką, w której śmierć, filozofia, kryzys klimatyczny, odpowiedzialność za własne życie i… „dupa biskupa” mogą znaleźć się w jednym akapicie i wcale nie będą się ze sobą kłócić.

Pierwsze skojarzenie miałam z „Joe Blackiem”. Tam śmierć przychodzi do człowieka w postaci młodego mężczyzny, tutaj przyjmuje postać Jill Blaine, kobiety, która sama już nie żyje, ale otrzymała osobliwe zadanie, a mianowicie towarzyszyć umierającym i pomóc im przejść na drugą stronę. Jill jest niewidoczna dla żywych, może natomiast wejść w ich świadomość i usłyszeć ich myśli.

Jej kolejnym podopiecznym zostaje K.J. Boone, potężny potentat naftowy, człowiek, którego życie zostało zbudowane na pieniądzach, wpływach i przekonaniu, że rozwój ma swoją cenę. Teraz leży w śpiączce, a przy jego łóżku zaczynają pojawiać się ludzie i wspomnienia, które pozwalają spojrzeć na jego życie z zupełnie innej perspektywy. Sam pomysł jest zresztą znacznie ciekawszy niż prosta historia o „złym bogaczu”, który przed śmiercią zostaje rozliczony ze swoich grzechów. Saunders przede wszystkim urządza tutaj wielkie intelektualne przekomarzanie się ze śmiercią.

Jill chce pomóc i zna przecież swoją pracę, wie, jak działać z umierającymi, potrafi mówić do nich łagodnie i prowadzić ich przez wspomnienia. Tyle, że Boone niekoniecznie zamierza współpracować i w tych momentach książka robi się najciekawsza. Pod pozornie prostą sytuacją, Saunders buduje rozmowę o tym, czym właściwie jest człowiek, kiedy odebrać mu wszystkie role, stanowiska, pieniądze i społeczne dekoracje.

Bardzo podobało mi się to, jak autor potrafi jednocześnie być czuły i bezlitosny. W jednym momencie dostajemy niemal metafizyczną refleksję nad umierającym człowiekiem, istotą, która „nie z własnej woli pojawiła się na tym świecie” i teraz musi patrzeć, jak kolejne systemy jej organizmu zamykają się jeden po drugim. Chwilę później Saunders potrafi tę podniosłość rozbroić absurdem albo zupełnie nieoczekiwanym żartem.

Narracja Jill ma w sobie coś jednocześnie chłodnego, empatycznego i absurdalnego. Jej sposób myślenia sprawia, że nawet najbardziej abstrakcyjne kwestie zostają sprowadzone do czegoś zaskakująco konkretnego. Śmierć nie jest wyłącznie wielkim filozoficznym pojęciem. Jest także procesem, w którym ciało przestaje działać, świadomość rozpada się na fragmenty, a człowiek próbuje jeszcze znaleźć jakiś punkt zaczepienia.

Saunders bardzo dobrze wykorzystuje też kontrast między tym, co wzniosłe, a tym, co zupełnie przyziemne. Wspomnienie domu może sąsiadować z absurdem, metafizyczna refleksja z fizjologią, a współczucie z irytacją. Dzięki temu książka nie zamienia się w kolejną powieść o „godnym umieraniu”. Jest znacznie bardziej nieporządna, tak jak nieporządna potrafi być sama świadomość człowieka.

Najbardziej zainteresowało mnie chyba to, że Jill sama nie jest neutralną przewodniczką po śmierci. Im dłużej przebywa z Boone’em, tym bardziej jego stan zaczyna odbijać się na niej. Cudze umieranie uruchamia jej własną pamięć, a granica pomiędzy „ja” i „on” zaczyna się niebezpiecznie rozmywać. To sprawia, że „Czuwanie” nie jest wyłącznie historią o człowieku rozliczanym u kresu życia. Jest również historią o tym, że obserwowanie cudzego końca może zmusić nas do przyjrzenia się własnemu.

Tutaj pytanie „co zostaje po człowieku?” przestaje być banalnym pytaniem o spuściznę. Co właściwie zostaje? Pieniądze? Firma? Pomniki? Dobre samopoczucie, że przez całe życie robiliśmy „to, co trzeba”? A może raczej inni ludzie, ich wspomnienia, krzywdy, wdzięczność, żal i konsekwencje decyzji, które podejmowaliśmy, kiedy byliśmy przekonani, że mamy jeszcze mnóstwo czasu?

Momentami „Czuwanie” jest więc naprawdę zabawne. Momentami dziwaczne. Czasem nawet trochę irytujące, bo Saunders zdecydowanie nie prowadzi czytelnika za rękę, ale pod tym całym absurdem znajduje się zaskakująco melancholijna książka o umieraniu, winie, odpowiedzialności i potrzebie pojednania. Najbardziej zapamiętam z niej nie samego Boone’a, lecz Jill. Zmarłą kobietę, która ma pomagać innym umierać, choć sama najwyraźniej nie zakończyła jeszcze własnej historii.

„Czuwanie” zaczyna się więc jak opowieść o śmierci pewnego bardzo bogatego człowieka, ale szybko okazuje się opowieścią o czymś znacznie bardziej niewygodnym, o życiu, którego nie da się już poprawić, kiedy zabraknie czasu.

„Czuwanie”, George Saunders, tłumaczenie Aga Zano, Wydawnictwo Znak, wydanie wrzesień 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej. 

Powiedzieć, że „Na nogach. Opowieści o chodzeniu” Agaty Romaniuk to jedna z tych książek, która skłania do rzucenia wszystkiego i chodzenia, to będzie jedno wielkie uproszczenie. Romaniuk przypomina nam, że istotą chodzenia jest robić to bez celu, bez mierzenia czasu i bez potrzeby, żeby ten spacer do czegoś prowadził. Romaniuk bierze czynność tak zwyczajną, że niemal przezroczystą i przygląda się jej z niezwykłą uważnością, pokazując, że chodzenie może być jednocześnie doświadczeniem fizycznym, sposobem myślenia, praktyką uważności, historią, filozofią, doświadczeniem miasta i sposobem radzenia sobie z tym, co w życiu trudne.

Początek tej opowieści jest zresztą bardzo cielesny. Autorka przygląda się ludzkiej stopie, temu małemu arcydziełu inżynierii, które pod względem estetycznym pozostawia jednak sporo do życzenia. Pięć ruchomych palców przypominających niekształtne kawałki plasteliny, pięta wymagająca szorowania i natłuszczania, z czasem sucha, pękająca skóra, więc trudno mówić o obiekcie powszechnego zachwytu. Ten dystans, poczucie humoru oraz autoironia są jednymi z największych atutów języka Romaniuk. Autorka potrafi rozpocząć od czegoś zupełnie przyziemnego, a następnie przeprowadzić czytelnika w stronę znacznie większych pytań. Z trzeszczek i bolących stóp przechodzimy więc do historii chodzenia, relacji człowieka z przestrzenią, filozofii, architektury i pamięci.

Nie do końca wiedziałam, czego spodziewać się po tej książce. Czy będzie opowieścią o najsłynniejszych piechurach, popularnonaukową rozprawą o korzyściach zdrowotnych spacerowania, zbiorem filozoficznych refleksji, a może reportażem o miastach projektowanych dla pieszych? Okazało się, że jest po trochu każdym z tych gatunków, a jednocześnie nie mieści się w żadnym z nich. Romaniuk prowadzi nas przez bardzo różne historie i miejsca, przywołuje postaci, wydarzenia i idee, ale wszystko podporządkowuje jednemu doświadczeniu: temu, co dzieje się z człowiekiem, kiedy zaczyna chodzić i naprawdę zwracać uwagę na drogę.

Bardzo bliski jest mi sposób, w jaki autorka przeciwstawia chodzenie bieganiu. W świecie, który niemal bez przerwy każe nam przyspieszać, mierzyć efekty i poprawiać wyniki, chodzenie okazuje się czynnością zaskakująco wyrozumiałą. Można przystanąć i popatrzeć w niebo, skręcić w boczną ulicę, zatrzymać się przy czymś, co przyciągnęło uwagę, albo po prostu zagapić się bez wyrzutów sumienia. Nawet jeśli liczymy kroki, nie musimy zmieścić się w określonym czasie. Jest w tym jakaś niezwykła łagodność, szczególnie cenna dzisiaj, kiedy nawet odpoczynek łatwo zamienić w kolejne zadanie do wykonania. Można chodzić tylko po to, żeby pobyć trochę po drodze.

Ta myśl prowadzi Romaniuk znacznie dalej, w stronę miasta i przestrzeni, w której na co dzień funkcjonujemy. Te fragmenty książki zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Zaczynamy dostrzegać, że sposób, w jaki poruszamy się po mieście, nie jest wyłącznie kwestią naszych indywidualnych wyborów. Miasta projektuje się w określony sposób, przyznając przestrzeń samochodom, pieszym, rowerzystom czy komunikacji miejskiej. Chodnik może być wygodną drogą, ale może też stać się wąskim przesmykiem między parkingiem a ruchliwą ulicą. Możemy zatrzymać się, usiąść, popatrzeć na ludzi i budynki, albo być nieustannie poganiani przez rytm miasta podporządkowanego przede wszystkim przemieszczaniu się.

Po lekturze zaczęłam inaczej patrzeć na własne spacery i na miasto, w którym żyję. Nagle przestało być oczywiste, że zmęczenie po przejściu przez centrum jest wyłącznie efektem dystansu. Może ma na nie wpływ również hałas, ruch uliczny, brak zieleni, konieczność przeciskania się między samochodami czy zwyczajny brak miejsca, w którym można się zatrzymać. Romaniuk pokazuje, że projektowanie przestrzeni jest w pewnym sensie projektowaniem naszego codziennego samopoczucia. Po tej książce zaczęłam myśleć o Kopenhadze i Melbourne, zamiast jak wcześniej marzyć przede wszystkim o ucieczce z miasta na wieś. Może problemem nie zawsze jest samo miasto. Może problemem jest to, że zbyt często zapominamy projektować je dla ludzi, którzy po prostu chcą przez nie przejść.

Bardzo mocny jest również wątek Warszawy i jej nieobecnych rzek. Spacerując po mieście, można przecież chodzić po przestrzeni, która skrywa wcześniejsze wersje samej siebie. To piękna metafora miejskiego chodzenia jako doświadczenia utraty. Poruszamy się po tym, co jest, ale jednocześnie możemy próbować wyobrazić sobie to, czego już nie ma. Miasto staje się wtedy nie tylko przestrzenią, lecz także warstwą pamięci, a zwyczajny spacer, sposobem odczytywania jej śladów.

Dużą przyjemność sprawił mi także język tej książki. Jest eseistyczny, ale nie akademicki, pełen wiedzy, ale pozbawiony potrzeby popisywania się nią. Romaniuk ma lekkość w przechodzeniu od konkretu do refleksji, a jej humor skutecznie chroni tekst przed patosem. Co ważne, forma książki przypomina trochę samo chodzenie. Autorka nie zawsze wybiera najkrótszą drogę od jednej myśli do drugiej. Pozwala sobie na dygresje, boczne ścieżki i zatrzymania, dzięki czemu czytanie nie przypomina przemieszczania się według ściśle wyznaczonej trasy. Raczej spacerujemy razem z nią, zaglądamy w kolejne miejsca, poznajemy historie i ludzi, a potem ruszamy dalej.

Zamykam tę książkę i idę. Choć przecież codziennie chodzę na spacery z psem, po tej lekturze zaczęłam myśleć, że mogłyby być dłuższe, wolniejsze i bardziej uważne. Zaczęłam odczuwać ten szczególny głód stóp i głowy, która tęskni za oddechem niesionym nogami. „Na nogach” przypomniało mi, że droga nie zawsze musi być środkiem do celu i że czasem warto pozwolić sobie na luksus skręcenia w bok tylko dlatego, że coś przyciągnęło naszą uwagę. Spacerowałam po tej książce, nie biegłam, bo nie wypadało. Moje czytanie chciało zdać „test loda” a czym właściwie jest ten test, tego już Wam nie zdradzę. Powiem tylko, że doskonale pasuje do ducha całej opowieści.

„Na nogach. Opowieści o chodzeniu” to dla mnie książka o odzyskiwaniu prawa do bezcelowości, o ciele, które przypomina nam o swojej obecności, o miastach, które mogą ułatwiać albo utrudniać życie, i o uważności, która nie wymaga żadnych skomplikowanych praktyk. Wystarczy czasem ruszyć przed siebie i pozwolić sobie nie wiedzieć, dokąd właściwie idziemy.

„Na nogach. Opowieści o chodzeniu”, Agata Romaniuk, wydawnictwo Filia Literackie, wydanie wrzesień 2026

Książkę przeczytałam w ramach współpracy komercyjnej.